Fundacja Wolność i Pokój

Centrum Informacji

Odjechane teksty o Ukrainie

Katarzyna Urbanowicz

Tekst pochodzi ze Spółek Miejskich

Rys. Stasys Eidrigevičius

Wysyp tekstów o Ukrainie jest jak letni dziwny deszcz: są pioruny bez burzy, tęcza bez słońca, konstatacje bez ładu i składu, logiki i własnych doświadczeń. Wszyscy czujemy, że coś nadciąga, ale nie wiemy co. Boimy się, ale i odczuwamy podniecenie: coś może w naszym zwykłym życiu zmieni się. Nad nasze peerelowskie bloki nadciąga nawałnica: Nie bardzo wiemy, co o niej myśleć.

Młode pokolenie, nie doświadczywszy wojny i straszliwości zagłady, przypomina mi pewnych nastoletnich chłopców na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej, których opis pewnego wypadku drogowego kiedyś usłyszałam stojąc pod światłami na rzeczonym skrzyżowaniu: „No i wiesz, ten samochód tak ciągał faceta od słupka do słupka, że obijał się raz w tę raz w tę… Ale zbyty były, mówię ci! Plask, plask, bum, a już to był chyba trup. A ile po drodze flaków zostawił!”

Napisałam kiedyś opowiadanie oparte o autentyczne doświadczenia, moim zdaniem najlepsze opowiadanie w mojej życiowej karierze, niestety, wydawnictwo zapiera się nie chcąc uwolnić praw autorskich, choć nakład antologii dawno został wyczerpany. Przez swoje zaniechanie w czas nie wypowiedziałam umowy i uległa ona milczącemu przedłużeniu na wieczność. Nie mogę więc przywołać tego tekstu dla opisania moich wrażeń z Ukrainy zapisanych rodzinną historią i nie mogę (zniechęciłam się) ciągnąć tego wątku.

Od początku wszystko w sprawach ukraińskich przerażało mnie: życiorysy rodziny męża i mojej, a potem osobista konfrontacja z ukraińską częścią naszej rodziny. Najchętniej bym to wszystko zapomniała, niestety, tkwiło we mnie jak zadra. Wyłazi teraz, nie wiedzieć czemu.

Gdy jednak na FB czytam odjechane interpretacje tego, co się w sprawach ukraińskich dzieje, oglądam w telewizji celebrytkę ukraińskiego pochodzenia niejaką Weronikę Marczuk, znaną z tego, że coś tam tego miała z agentem Tomkiem i nie dała mu się, co świadczyć ma, że nadaje się na europosła — prosto od fryzjera i makijażysty, wyposażoną w najnowsze streszczenia analityków spraw zagranicznych (pojawiają się już w TVN-24 kolejne klony ślicznych Ukrainek) zgrzytam zębami. Czytam bowiem na FB takie „ezoteryczne” teksty (doceńcie przy okazji moje poprawki ortograficzne! Ach ta interpunkcja, te kropki i przecinki rozdzielone spacjami akurat tam, gdzie ich nie potrzeba):

„Tradycja, na której opiera się tarot, przedstawia Ukrainę i Rosję jako wizerunek wielkiej miłości i wielkiej powierzchni wody. Ukraina i Rosja są otoczone granicą, także granicą tarczy słonecznej i wielkich orlich skrzydeł. Zza tej granicy, jak można zauważyć, wylewają się wielkie strumienie wody. Orzeł zawsze symbolizował: niebo, słońce, dobro, ducha oraz męską aktywność. Słońce, które otacza całe terytorium Ukrainy, Rosji: od zawsze było symbolem boskości i oznacza dawcę życia. Woda jest wodą żywą, wodą nieśmiertelności. Granica wyznacza i chroni teren Ukrainy i teren Rosji, na którym to terenie, znajduje się coś cennego. Tym czymś na tych terenach jest święty Graal, wielki akwen wody: jako misterium Ostatniej Wieczerzy przechowany w zamku Króla Rybaka, cel poszukiwań rycerzy Okrągłego Stołu. Od najdawniejszych czasów woda, zwana również naczyniem obfitości, jest symbolem kobiecości, znakiem od niepamiętnych czasów: serca, kosmiczną macicą zawierającą życie. Jest też kielichem Chrystusa przekształconym w świętego Graala z legend arturiańskich, dostępnym tylko dla wtajemniczonych. Jest wodą życia, ofiarowującą dar nieśmiertelności temu, kto się z tej wody napije. A więc z jednego akwenu morza, czy też oceanu w bliskości Ukrainy, czy też Rosji bije pięć źródeł wody (żywiołu będącego symbolem życia oraz prapoczątku). Są one kanałami, przez które życie objawia się i nabiera kształtu. Jest więc to łaska dla Ukrainy i Rosji, która zstępuje z nieba i która ma moc kreowania pierwocin rzeczywistości, z których zrodzą się wszystkie żywe istnienia. Woda mórz, czy też oceanów w bliskości Rosji i Ukrainy jest w swej rozrodczości, tak, jak ludzie. Jest jej obficie dużo, dlatego potrzebny jest spokój i pokój. Wszystko się ustabilizuje, zapanuje zgoda i radość. Jedno i drugie będą już wkrótce dla siebie narodem gościnnym, ponieważ łączą Rosję i Ukrainę: rodziny. Ten moment wprowadzi Ukrainę i Rosję w świat emocji i uczuć. Wyobraża to potencjalną moc energii wody. Jest więc symbolem pierwocin, czegoś, co w następnym przypatrzeniu się koloru wody przyjmie formę emocji, uczuć i radości. Ziemia, tak, jak ludzie przybiera siłę twórczą związaną z już zapłodnioną naturą, wodę życia, która pozwala rozwijać się temu, co zostało stworzone. Mam tu na uwadze: kosmiczną tak zwaną macicę, łono Ziemi i bruzdę ziemi, z których rodzi się życie we wszystkich swoich formach. W wymiarze ludzkim chodzi o wspólne połączenie między ludźmi a wodą. Zachętą więc jest to: aby ludzie się miłowali i pielęgnowali swe uczucia w sobie i przekazywali to każdemu człowiekowi na Ziemi w imię przyjaźni i miłości. Wyobrażana jest tu twórcza siła, która przeobrazi wnętrze człowieka. Urzeczywistni się idea – obrazu. Zapanuje wtedy zgoda ,,która pogodzi te zwaśnione strony: tylko poprzez braterstwo i miłość człowieka do człowieka. Jedno drugiemu musi pomóc, jeden człowiek drugiemu.””

No więc może opowiem, jak przebiegła moja pierwsza wizyta na Ukrainie w latach osiemdziesiątych. Odwiedziliśmy sąsiednią wioskę do tej, gdzie urodził się mój mąż, bowiem jego wioska zrównana została z ziemią, a w dokumentach nawet nie pozostał ślad po jej istnieniu. Wioska nazywała się Zalesie, powiat Kostopol, a plan jej gospodarstw przetrwał w pamięci staruszków. Nie potrafili jednak powiedzieć nic o ludziach, którzy ją zamieszkiwali, poza tym, ile mieli ziemi i jakie były ich nazwiska.

Nagrałam kiedyś opowiadanie mojego teścia i mimo usiłowań nie udało mi się dowiedzieć kto był kim, jaki miał charakter, usposobienie, czym się odróżniał od innych. Rysowali plany, pamiętali dokładnie ile kto miał ziemi, znali imiona niektórych synów (córek w ogóle nie pamiętali, nie były wystarczająco ważne) i to wszystko.

Mój mąż, osierocony przez matkę, która zmarła, gdy był niemowlęciem, w czasie, gdy ojciec zdobywał Berlin, przerzucany od krewnych do krewnych w czasie repatriacji do Polski (dzieci chętnie brano pod opiekę, ponieważ przysługiwał na nie dodatkowy kontyngent żywizny i dobytku do zabrania – podobno aż pół wagonu) pałał namiętnym pragnieniem poznania ukraińskiej części swojej rodziny w czasach, gdy żaden Polak nie miał pozwolenia udania się w tamte strony. Pracując na budowie Chmielnickiej Elektrowni Atomowej, jako kierownik ważnego odcinka tej inwestycji, dysponował kontaktami, które pozwoliły mu wykorzystać miejscowe znajomości dla uzyskania służbowego samochodu pewnej instytucji dającego gwarancję mniejszego ryzyka w razie zatrzymania przez służby ZSRR.

Przejazd musiał odbywać się po terenie poligonu wojskowego o rozległości ok. 100 km i niebezpieczeństwo polegało na możliwości trafienia przez przypadkowy pocisk; jednak dostęp do zwykłych dróg był niemożliwy.

Wyruszyliśmy więc pewnego ranka we czwórkę, z moją koleżanką i jej mężem, terenowym samochodem, którego dysponent przysłał go z kierowcą, ale sam wolał nie ryzykować. O zmierzchu dojechaliśmy na równinę tuż przed uskokiem, za którym widniały zabudowania Kostopola.

Zatrzymaliśmy się, ponieważ nie było widać jak wjechać na urwisko.

Otoczyło nas kilkanaście ludzkich sylwetek. Każda z tych osób mogłaby aspirować do bohatera powieści o Robinsonie Crusoe: łachmany, długie brody, przesadne gesty i nieartykułowane wrzaski. Tylko to ich różniło od Robinsona, że byli pozbawieni kończyn. Jednej albo dwóch.

Ekspresyjna gestykulacja okazała się skutkiem nie posiadania języka, wyrwanego przez Afgańców, jak potem się dowiedziałam. Jeden z nich poruszał się na deseczce zaopatrzonej w cztery małe meblowe kółka. Nie miał też rąk, ale inni pomagali mu w przetaczaniu tej deseczki. Za to głos miał bardziej donośny, niż pozostali.

Byliśmy przerażeni.

Moja koleżanka, twarda dyrektorka pewnych zakładów (w prasie było o niej głośno, gdy zwolniła bez mrugnięcia okiem kilkanaście samotnych matek i upierała się, że są złymi pracownicami) płakała w głos.

Ja znieruchomiałam i zmartwiałam: wydawało mi się, że niczego nie odczuwam, ale ten obraz pozostał wyryty we mnie przez wiele lat.

Dowiedziałyśmy się potem, już tego wieczoru, przy aluminiowych dziesięciolitrowych bańkach z bimbrem przywożonych skądś na kierownicy roweru (po dwie dla równowagi) tuląc się do siebie jak małe głupie, przerażone dziewczynki, jak kraj traktował swoich weteranów z Afganistanu.

Język ukraiński jest tak bardzo zbliżony do polskiego, że łatwo porozumiewałyśmy się z kobietami, każda mówiąc po swojemu: (siedziałyśmy oddzielone, jak tam jest w zwyczaju od świata mężczyzn. Kobiety szykują przyjęcie, ale siadają potem w kącie, przy odrębnym stoliku i jedzą resztki ze stołu mężów) i tylko od czasu do czasu nasze rozmowy cichły, gdy mężczyźni mieli coś ważnego do powiedzenia.

Kobiety miały inną historię, ale ona zawsze tliła się w kontekście do męskiej, zdominowanej przez Afganistan i Czarnobyl, a także przez wspomnienie czasów, gdy podział rodziny na część ukraińską i polską skutkował życiem lub śmiercią.

Muszę oddać im sprawiedliwość: posadzono mnie przy „męskim” stole, ale gdy koleżanka uciekła do sypialni, nie chcąc słuchać opowieści sprzed lat, ja przesiadłam się do kobiet. Tam poznałam też pewną ukraińską ciotkę, dzięki której przeżył mój mąż i która tak mnie polubiła, że przy wyjeździe dostałam od niej w prezencie trzylitrowy słój (po ziemniakach w wodnej zalewie) bimbru. Ale opis tego przyjęcia i relacje kobiece za chwilę…

Nie dziwcie się więc, że kiedy czytam przytoczony na wstępie tekst, pełna jestem złych myśli na temat odjechanej autorki. Może powinna była zasiąść tam, wśród tej ukraińskiej rodziny, i usłyszeć, że „my cię nie zabijemy, bo ty jesteś z naszej rodziny, masz brwi i oczy jak nasi i bimber pijesz jak nasi”.

Nie zdziwcie się, ale kiedyś wbijano we mnie na polonistyce przekonanie, że „Malowany ptak” Kosińskiego to tylko taka licentia poetica, a ja tego wieczoru zobaczyłam różnicę między życiem a literaturą, to znaczy jej politycznym odczytywaniem. I już na zawsze uważnie obserwuję fascynacje polityków.

Rys. Stasys Eidrigevičius

Co usłyszałam przy kobiecym stole w roku 1987…

Na stole stały ziemniaki w misce, okolone skwarkami pływającymi w tłuszczu ze słoniny i talerz połówek świeżych ogórków polanym miodem i posypanych tartym ostrym serem w rodzaju naszego oscypka (pychota!), szklanki bimbru (dla kobiet zabarwionego karmelem i rozcieńczonego sklepowym napojem) oraz kolorowe napoje ze sklepu – obrzydlistwo uważane za szczyt miejscowego szyku. Do tego pierogi z kartoflami (nie ruskie, bo bez sera, ale dobre). Miseczka z gotowanym grochem jako sałatka. Niestety, nie podano kwasu chlebowego, który w naszym Nietiszynie sprzedawano za grosze z wielkich beczek i który był lepszy, niż ukraińskie piwo, ale który uważano za zbyt siermiężny, żeby nim częstować gości.

Samochód szybciutko przykryto gałęziami, chrustem i starymi szmatami, żeby milicja patrolująca wieś trzy razy dziennie nie zobaczyła, że ktoś obcy się pojawił. Do zachodu słońca, gdy przejeżdżał ostatni patrol, musieliśmy być cicho.

Gospodarstwo było maciupeńkie – nie więcej niż 200 m kwadratowych. Mniej niż nasze pracownicze działeczki — była to wieś kołchozowa. Drewniany dom obrośnięty przybudówkami, szopami i składzikami, ustęp na zewnątrz, wodę trzeba nosić. Gdy czegoś potrzebowano z warzyw, przekradano się przez dziurę w płocie na kołchozowe pole i wykopywano to. Niemniej i tak wszystkiego był raczej nadmiar – jadąc tam autokarem widziałam łany niezżętego, sczerniałego zboża w styczniu. Piękna, żyzna ziemia, o która się dba tylko, gdy ktoś akurat każe i przypilnuje.

Przy kobiecym stole usłyszałam kilka opowieści, ale dwie z nich zapamiętałam i obydwie tu streszczę.

Pierwsza opowieść była o młodym chłopaku, weteranie z Afganistanu. Opowiadała jego matka, a uzupełniały ją młode kuzynki. Wszystkie kobiety płakały przy tej opowieści; w ogóle one większość tamtego wieczora przepłakały. To nie tak jak u nas, gdzie łzy są objawem prywatnych, wstydliwych emocji i należy je przed obcymi kryć. Tamte kobiety, stare i młode (ja wówczas byłam po czterdziestce, ale moje tamtejsze rówieśnice to były już staruszki) przeżywały opowiadane historie i komentowały je niczym grecki chór: jeden, drugi, trzeci głos i powtórzona śpiewnie łzawa konkluzja, czasem zwrotka jakiejś pieśni, niczym w starożytnej sztuce. Wrażenie było tak przemożne, że czasami zdawało mi się iż owe ukraińskie kobiece opowieści zawsze muszą być rozpisane na głosy chóru.

Pierwszą ja sprowokowałam, pytając o przerażających ludzi spotkanych przed uskokiem urwiska. Kobiety powiedziały mi, że są to weterani z Afganistanu, do opieki nad którymi zobowiązane są gminy. Ponieważ jednak ludzie obawiają się kontaktów z kalekami (jakby kalectwo mogło zarażać — ale o tym traktowaniu wszelkich odmienności pisał też Kosiński w swojej powieści „Malowany ptak”) każda wieś swoich kombatantów izolowała. Ta akurat powierzyła im pasanie kołchozowych stad na błoniach, przez co na co dzień nie musiano oglądać nieszczęśników. Raz na tydzień zawożono im prowiant i składano na szczycie jaru, musieli więc po niego się wdrapywać. Po sery, mleko i masło wysyłano konia z dwukółką. Pogoniony na skarpie zatrzymywał się na dole, na błoniu i wracał sam, gdy już ładunek był pełny. Weterani mieszkali w rozwalającej się szopie, którą (podobno) sami remontowali. Wyglądała gorzej niż nasze stare stodoły.

Matka owego chłopca (o którego aktualnych losach nic nie wiedziała) opowiadała, że pewnego dnia dostała pismo z Taszkentu, że jej syn leży w miejscowym szpitalu i że ma się po niego zgłosić. Zabrała więc na samolot jakieś ruble w szmatce i pięciolitrową bańkę bimbru, żeby obdarować lekarza.

Kiedy dojechała do szpitala okazało się, że jej syn jest pozbawiony wszystkich czterech kończyn, męskości oraz języka. Porozumiewał się z matką mrugając powiekami, a pielęgniarka zapisywała litery na kartce. Syn powiedział matce, żeby nie zabierała go do domu, bo „skoro go nadgryźli, to niech zjedzą do końca”. Matka zrozumiała, że w jej wsi nie da rady się nim opiekować, ale jej ból i żal był tak silny, że gdy wyszła ze szpitala usiadła w rowie i powoli wypiła całą bańkę tego bimbru (który pierwotnie przeznaczony był dla lekarza, ale przecież mu się nie należał, skoro chciał matce oddać takie niekompletne dziecko. Obudziła się w tym samym szpitalu, z którego wyszła, odratowali ją, ale już syna tam nie zastała, ponieważ wcześniej odmówiła jego zabrania, przewieźli go gdzieś indziej.

Od tamtej pory nic o nim nie wiedziała: czy żyje czy nie i bała się dowiadywać, żeby nie zmusili jej do zabrania go i umieszczenia wśród miejscowych pastuchów. Miała nadzieję, że leży w jakimś innym szpitalu, gdzie jest mu lepiej, ma czyste łóżko koło kaloryfera i karmią go łyżeczką smacznymi potrawami.

Druga opowieść, dla odmiany, pochodziła od młodziutkiej kobiety, nie mającej jeszcze dwudziestu lat, ale już rozwiedzionej matki trojga dzieci. Nie wiem jaka była przyczyna rozwodu, ale pewnie domowa przemoc, bo jak wynikało z napomknięć kobiet, nie był dobrym mężem.

Po rozwodzie mąż został wzięty do wojska na 3 lata (tyle wtedy trwała służba wojskowa) i akurat wybuchł Czarnobyl. Przed mężem otworzyła się szczęśliwa okazja: gdyby wziął udział w likwidacji skutków katastrofy w Czarnobylu, skrócono by mu służbę do pół roku. Warunki były dwa: musiał mieć żonę i przynajmniej dwójkę dzieci. Tymczasem, on wcześniej rozwiódł się.

Jakoś ubłagał byłą żonę, żeby rozwód ten odkręcili i pobrali się drugi raz, na co też miał wpływ fakt, że żonom obiecano jakieś kwoty jako rekompensatę przyszłego braku potomstwa. Dziewczyna oczywiście zgodziła się.

Delikatnie pytałam, czy nie obawia się innych skutków zdrowotnych dla męża, ale zorientowałam się, że oni, w tej wsi, nie mieli najmniejszego pojęcia o szkodliwości produktów rozpadu atomu. Uważali państwo za kogoś, komu odbiło, skoro nie tylko skracają służbę wojskową chłopakom, ale jeszcze płacą ich babom jakieś pieniądze. I ta dziewczyna mówiła, że kazano ratownikom pracować tylko po dwie godziny dziennie, a karmili tak dobrze, jak nie w wojsku tylko w restauracji.

Dowiadywałam się później o los tej kuzynki, ale miała już wówczas innego męża, a ten pierwszy nie żył. Nie znam okoliczności, ale przyczyn jego śmierci można się domyślić.

Słuchałam także opowieści o tym, co się działo latem 1942 roku i żadna z tych rzeczy nie przekonała mnie, że tamtejsi ludzie bardzo się zmienili. W każdym razie mój teść nigdy więcej nie pojechał na Ukrainę, nawet na zorganizowaną wycieczkę. Mąż mówił mi, że bał się, że spotka kogoś z sąsiadów obciążonego winą za tamte lata i ten strach kazał mu do końca życia budzić się nocami z krzykiem.

Z upływem godzin i kolejnych baniek bimbru, nadsłuchując głosów nestora (rodu? wioski?) i innych tamtejszych mężczyzn, i ja musiałam uporać się ze strachem. To był mocno przerażający świat, w każdym razie dla takiej rozpieszczonej warunkami życia miejskiej Polki, jak ja.

Co by nie powiedzieć, ci, którzy zmuszeni byli opuścić swoją ziemię i uciekać do Polski, wygrali los na loterii. Ich dzieci pokończyły szkoły, studia; otrzymały szansę bycia kimś i życia w spokoju. Niektórzy stali się znani, jak polski kosmonauta: Hermaszewski, syn sąsiadów z Zalesia.

Może to zbyt mało — kilka tygodni w izolowanym i strzeżonym mieście naszpikowanym bezpieką i dwa dni spędzone gdzieś na głuchej wiosce — żeby pokusić się o jakąś sensowną diagnozę tego społeczeństwa, ale to, co widziałam przekonało mnie, że miotają nim dwie przeciwstawne siły.

Pierwsza z nich to pokora radzieckiego człowieka, przyjmująca najgorsze krzywdy i nieszczęścia z poddaniem się losowi. Wszechmocna biurokracja, bezduszna i nielogiczna, ale dająca się sprytnie obejść. Bieda, której wyznacznikiem było chodzenie boso i wożenie pociągiem worków z pokrzywami.

Druga z nich, przeciwstawna, to nagłe zrywy, spowodowane jakąś nieznaną sumą wewnętrznych kropli przepełniających naczynie, dziki szał odegrania się na wszystkich i za wszystko. Nieumiejętność radzenia sobie z emocjami poza sposobami znanymi od wieków: płacz, wyrywanie włosów, śpiew dla kobiet i agresywność dla mężczyzn.

Siły te nieustannie ścierają się, a ludzie od bólu i łez przechodzą do wygrażania pięściami i obietnic rozprawiania się z wrogami. Z radzieckim człowiekiem jako z jednostką nikt się nie liczył, dla nich też oni sami i ich życie nie miało wielkiej wartości. Okrucieństwo wobec zwierząt i ludzi, oswajanie życiowych dramatów za pomocą alkoholu i chóralnego podtrzymywania w danym momencie życiowych sentencji — to wszystko bardziej łączyło sposób przeżywania tych ludzi z tradycjami sprzed wieków, niż z współczesnością. Współczesność dostarczała im tylko rekwizytów: pieniędzy, papierów urzędowych, nadzorców trzy razy dziennie patrolujących wieś, ale niedostrzegających produkcji bimbru w ilościach przekraczających naszą wyobraźnię, kołchozowych przepisów i zwyczajów przestrzeganych dokładnie i literalnie, podczas gdy wieczorem pół wsi kopało warzywa na kołchozowym polu. Cała reszta była jednak bynajmniej nie współczesna.

Duże miasta (inaczej niż w Polsce) były tam raczej wysepkami niż ośrodkami mającymi wpływ na stan ludzkiej świadomości i nie sadzę, żeby wiele od tamtego czasu się zmieniło.

W świetle tego wyobrażanie sobie Ukrainy i jej ludności jako ogarniętych świadomym, wolnościowym zrywem jest chyba diagnozą na wyrost. Z takich czy innych powodów ludzie zaczęli mieć wszystkiego dość i trudno uwierzyć mi, że liderzy jednego tylko Majdanu są w stanie opanować ten zryw i skierować go na rozsądne tory. Najprawdopodobniej część z nich wybierze sobie jednego przywódcę, reszta utraci zapał do buntu i po jakimś czasie znowu będzie tak jak było.

Kiedy więc czytam natchnione bzdury o romantycznym zrywie, pieczołowicie kształtowane przez media, nadzorowane, żeby przypadkiem coś, co nie pasuje do prezentowanego obrazu, nie dostało się do relacji, czasem ocenzurowane niedbale lub nierzetelnie przetłumaczone autentyczne wypowiedzi, czy treść wywieszonych haseł, a w ślad za tym słucham wypowiedzi uwiedzionych tę wizją rzesz natchnionych rodaków, robi mi się przykro, że nie potrafimy podejść krytycznie do wszystkiego, czym się nas karmi dla podtrzymania u niektórych polityków poczucia własnej wartości i własnego sprawstwa historycznych zawirowań.

Każda rewolucja: bolszewicka, pomarańczowa, czerwonych goździków czy białych róż jest taka sama: na końcu pożera własne dzieci. Co nie oznacza oczywiście, że sąsiedzi wykorzystując domową awanturę powinni wprowadzać się na cudze pokoje, a nawet do ich przybudówek.

Reklamy

One comment on “Odjechane teksty o Ukrainie

  1. Mariusz
    22 lipca 2019

    Przeczytałem. Bardzo ciekawe, choć mam niedosyt. Byłoby bardziej interesujące, gdyby było więcej tych historii ludzkich z Ukrainy a mniej opisu własnych „przeżyć”.
    Ale literatura dobra. Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Information

This entry was posted on 22 lipca 2019 by in Co piszą inni..., Historia.

Zasady kopiowania z witryny FWiP

Wszelkie materiały publikowane w Centrum Informacji FWiP publikowane są na zasadach licencji Creative Commons 3.0 BY-NC (Uznanie Autorstwa - Użycie Niekomercyjne) chyba, że jest zaznaczone inaczej.

Odpowiedzialność za treść artykułów

Artykuły są wyrazem poglądów ich Autorów. Za treść przedruków, ogłoszeń itp., jeśli nie jest zaznaczone inaczej, odpowiada redaktor odpowiedzialny. Dokumenty i stanowisko Fundacji Wolność i Pokój muszą być sygnowane przez władze Fundacji zgodnie z jej Statutem

Kontakt z redakcją witryny FWiP

%d blogerów lubi to: