Fundacja Wolność i Pokój

Centrum Informacji

Wędrówki ludów

Jarosław Kapsa

Nie znamy początku ani końca, nasza opowieść o przeszłości i przyszłości jest jak fotografia sznurka, którego oba końce giną w wodzie. Tworzymy sobie różne paralele, chcąc utwierdzić się w przekonaniu, że jesteśmy lepsi niż jesteśmy.

I

Widzimy tłum wędrujący z południe na północ, przypominamy mit o średniowiecznej wędrówce ludów, martwiąc się o zagładę naszego Imperium Rzymskiego. Ale ludzie chodzą, bo Bóg im dał nogi zamiast skrzydeł. Wędrują nie tylko z południa na północ, ale i w każdym innym świata kierunku. Dlaczego wspominać mamy wędrówki z III-V wieku n.e.; wcześniej i później były podobne (Czy Ameryka i Australia zbielały od słońca, czy może stały się ziemiami podbitymi wędrówką białych ludzi (Czy nie jest ukrytym rasizmem inne traktowanie naszych, europejskich wędrówek, niż afrykańsko-azjatyckich(

Każdego niosą marzenia o lepszym życiu. Jeśli więc odrzucimy różnice rasowe, religijne, kulturowe, językowe, to migracje okażą się bliźniaczo powtarzalne. Rzeczywiste różnice nie wyznaczały rasy ani narodu, były one jakby w poprzek; ktoś był panem, ktoś zaś poddanym. Inna była wędrówka na wschód Koniecpolskich, Sobieskich, Potockich, którzy tam zdobywali ziemie i je kolonizowali; inna idących w ślad za nimi wieśniaków z Małopolski i Mazowsza, którzy z czasem stawali się Ukraińcami. I kombinuj potem, czy my jako Naród Polski byliśmy Panami Kolonizatorami, czy też poddanymi kolonistów. Ideologia sarmatyzmu poprzedziła teorię Gumplewicza o tworzeniu państw w wyniku podboju. Sarmaci, tak jak Hunowie Arpada czy Wikingowie Ruryka, przyszli z zewnątrz, podbili Polskę, stworzyli z niej państwo i rządzili nim jako szlachta. Konkurencyjna wobec sarmatyzmu była idea ludowości; przekonanie, że prawdziwymi Polakami, z prapradziada, byli chłopi i oni jednie przechowali staropolskie wartości.

Myślę sobie, że jeśli chodzi o Polskę, na początku było Uście Solne i chów wsobny, a jedno z drugiego wynikało. Sama natura wyznaczała granice przestrzeni Uścia; z dwóch stron były rozlewiska rzek – Wisły i Raby, z dwóch pozostałych lasy. Rozrost miał swoje granice; i faktycznie – według badań Zofii Daszyńskiej – Golińskiej, przez blisko 100 lat liczba mieszkańców była stała, areał upraw też, na rodzinę uściową przypadało 2 morgi ziemi. Natura niezbyt dobrotliwie regulowała porządek ekonomiczny; rodziło się dużo dzieci, lecz szybko większość z nich wymierała; przyrost był więc zerowy. Delikatną równowagę demograficzną mógłby zakłócić napływ z zewnątrz, dlatego najpierw (w XVII w) wygoniono Żydów, potem (a może już wcześniej) wprowadzono niepisany obyczaj, że uściowy może żenić się tylko z uścianką. Koligacje wewnętrzne były operacjami trudnymi; ze względów biologicznych unikać należało bliskiego pokrewieństwa; ekonomia dyktowała zaś prawo związków bogatych z bogatymi, a biednych z biednymi. W efekcie ukształtował się wewnętrzna warstwa arystokracji (ok 20 rodzin bogatych) i plebsu.

Dodajmy tu także; wbrew obiegowej opinii, że w Polsce była szlachta i jej poddani, pańszczyźniani; w Uściu nie było ani jednych, ani drugich. Uście Solne było od czasów Kazimierza Wielkiego miastem królewskim, a chłop – mieszczanin był osobnikiem wolnym. Prace pańszczyźniane, owszem, wykonywano; był to tzw „odrobek” – odpracowywanie pożyczki zaciągniętej u bogatego chłopa czy szlachcica z sąsiedniego folwarku. Była to nieprzyjemna uciążliwość, stąd niechęć do Polaków (szlachty) krwawo owocująca zapustami 1846 r. Uściowych, jako miastowych, nazywano „kulonami” (kolonistami), więc pewnie kiedyś skądś przyszli. Sami o sobie byli przekonani, że byli tu od zawsze; a przychodzą „obcy”. Obcymi byli wszyscy: Polacy, Niemcy, Żydzi, górole, moskole za Wisły, jegry, france i duchowni. Tych ostatnich uważano za autorytet, bo taki ksiądz, choć niezbyt mądry ani uczciwy, był niezbędnym pośrednikiem między Uściem a Panem Bogiem.

Z różnych względów w latach 80-tych XIX w. , w Uściu i całej Galicji Zachodniej, nastąpiło załamanie delikatnej równowagi demograficznej. Dzieci przestały masowo wymierać, starzy żyli ciut dłużej; ludzi było więcej a przestrzeń rolnicza pozostała ta sama. Zdarzyło się to, co przewidywał Malthus. Uście było w lepszej sytuacji niż wiele podobnych wsi i miasteczek Galicji; bo uściowi mimo zwyczajowego wsobnego chowu, byli na swój sposób światowymi ludźmi. Wisłą wozili towary na targ w Krakowie; przez rzekę przemycali towary do zaboru rosyjskiego, a jako wykwalifikowani flisacy najmowali się na spływy aż pod Warszawę. W dodatku, ponieważ trafił im się ksiądz mądry i uczciwy, pod wpływem jego namów przestali pić i dzięki temu żyło im się lepiej.

Ale to „lepiej” mnie rozwiązywało problemów; dzieci przez to „lepiej” wymierało coraz mniej, starzy żyli coraz dłużej. Wisły i Raby nie dało się przesunąć by zwiększyć przestrzeń upraw rolnych; Malthus z triumfalnym uśmiechem mógł z góry obserwować ich problemy.

Nie było innego wyjścia, uściowi włączyli się w nurt wielkiej wędrówki ludów; tej która na biało zabawiła obie Ameryki i Australię.

II

Etnografowie znają pojęcie transport nasobny. Poznajemy go z obrazków telewizyjnych: idą kolumny kobiet masalskich lub matabelskich, idą boso, na sztywno wyprostowanych głowach niosą pakunki, tamtejsze wiaderka i walizeczki. Wczesną wiosną w latach 80- tych XIX w. podobne kolumny kobiet z transportem nasobnym wyciekały z Uścia, wędrując piaszczystą drogą przez Łony na Bochnie. Różniły się formą transportu nasobnego; uściowe na głowie miały chustki, na plecach zawinięty w płat lnianego płótna świat rzeczy najważniejszych: żywność, ubranie, przybory do szycia, modlitewnik, coś na sprzedaż(Szły boso, buty zakładały na stacji w Bochni, bo nie wypadało w świat jechać jak dziadówki.

Kobiety stanowiły forpocztę zmian cywilizacyjnych. Mężczyźni w Galicji, nawet niepijący, byli gamoniowaci; dla nich wyprawa w wielki świat to służba wojskowa, potem się żyje tak jak się żyło, wspominając do śmierci służbę u Cysorza. Nastoletnie, piękne uścianki, wydawały się za mąż za tych gamoni; w wieku trzydziestu lat wyglądały już jak wiedźmy, gotowe pazurami wyszarpać każdego grajcara by wyżywić siebie i nakarmić stado wrzeszczących z głodu dzieci. Chłop krowy nie wydoił, obiadu nie ugotował, bo to dla niego nie honor; na jarmarku zamiast targować, wolał pić likput w karczmie. Chłop na saksy? Za pracą do Niemca? A po co. Jeden przywiezie żonę, większość choroby weneryczne; to co zarobią latem, przepiją przez zimę; pożytku z nich wspólnota nie ma. Kobiety przecierały szlaki migracji zarobkowej, docierając już nie tylko na Śląsk, ale i do Westfalii i Danii.

Jednak najważniejsza decyzja, o wyjeździe na stałe, należała do mężczyzn. Ujawniała się tu różnica płci w dostępie i przetwarzaniu informacji. Kobiety realniej poznawały świat i trzymały się tego poznanego. Saksy były harówką na obczyźnie, ale nie różniły się od znanej od dziecka pracy „na odrobku”. Były może nawet lepsze, bo niemiecki bauer bardziej szanował kobiety. W domu bił mąż i ojciec, na”odrobku” ekonom; bauer nie bił, najwyżej bauerowa, jak matka, kijkiem skarciła. Dziewka w Uściu za pół roku pracy przy krowach, dostawała prócz pożywienia najwyżej znoszoną spódnicę i potłuczone lusterko. Bauer też dawał znoszone ubranie, ale – na koniec prac – sumiennie wyliczał i wypłacał srebrne marki. To było oswojone; wyjechać jednak na stałe; oderwać się od uściowej wspólnoty. Za wielkie ryzyko. Były takie, co im się miejskie życie zamarzyło w Krakowie, Pradze lub Wiedniu; kończyły smutno, na ulicy. W kościele nie raz przestrzegano, by diabłom duszy nie dać.

Chłop też bał się świata, bo wszędzie cwaniaki czyhają by go z pieniędzy ograbić. Prócz strachu równie silne było marzenie. W końcu XIX w. owe marzenie krystalizowało się słowem Ameryka.

Musimy tu odnotować, gwoli historycznej prawdy: pierwsza stała emigracja z Uścia Solnego, w latach 70-tych XIX w., pokierowała się na wschód. Kilka rodzin sprzedało ziemię i chałupy, spakowało dorobek życia i stało się kolonizatorami Wołynia. Urodzajna kraina potrzebowała rąk do pracy, zakładali tam swoje osady Niemcy i Czesi; nic dziwnego, że i uściowych przyciągnęło „ruskie Eldorado”. Ten sam szacunek dla historycznej prawdy każe nam bez zbędnych złudzeń odbierać amerykański mit. Słowa o wolności i tolerancji bywają takim samym kłamstwem jak deklaracje o równości i braterstwie. Wiek XIX był czasem wyzwolenia: w Ameryce zniesiono niewolnictwo, na wschodzie Europy poddaństwo chłopów. Uściowych nie dotyczyło jedno i drugie, bo byli wolni; ale wolność nie była w stanie ich nakarmić. Bogactwo jednostek, wspólnot, narodów, tworzy się z ludzkiej pracy, więc bez względu na formę zależności, tak niewolnicy jak i ludzie wolni, musieli na to bogactwo pracować.

Jeśli dziś próbujemy zrozumieć chłopów „pegeerowskich” uwolnionych z zależności od Pana Prezesa, a jednocześnie porzuconych w obcym im świecie wolnego rynku; tak samo zrozumieć należy nostalgię wyzwolonych niewolników i eks-pańszczyźnianych za Dobrym Panem. Był w tym wyzwoleniu smak oszustwa. Niewolnik (poddany pańszczyźniany) był wartością, o którą musiał zadbać właściciel. Musiał zadbać o dzieci by przeżyły, opiekować się zdrowiem poddanych (by mogli najdłużej pracować), na starość wypadało mu zapewnić przynajmniej schronienie i strawę. Wyzwolenie zwalniało z tych właścicielskich obowiązków. Kupowano tylko pracę; sprzedający musiał sam zadbać o swoją zdolność do niej; gdy nie mógł sprzedać pracy, odrzucano go jak zużyty odpad. Policzmy sobie koszty. Niewolnika trzeba było kupić lub złapać w Afryce; ponieść koszt przewiezienia do Ameryki, koszt budowy jakiegoś domu dla niego, koszt wyżywienia (niezależnie czy pracuje czy nie), koszt pilnowania, koszt opieki na starość i koszt pogrzebu. Emigrant „sam się łapał”, płacił za transport, na własnych koszt wynajmował dom, płacił za wyżywienie i własny pogrzeb. Liczby nie kłamią: koszt pracy wolnego człowieka był niższy niż koszt pracy niewolnika. Możemy do tego dopisać jeszcze trochę pięknych słów o moralności i prawach człowieka.

Gdy rozwój Stanów Zjednoczonych (a także Brazylii i Argentyny) zagrożony został deficytem rak do pracy, wybudowano Statuę Wolności, a konsulaty amerykańskie zmieniły się w punkty werbunku siły roboczej. Werbowano tam, gdzie siła robocza była najtańsza, w „dzikich” krajach wschodu i południa Europy; łapano stada „świń” (PIGS – Portugalczyków, Italiańców, Greków, Słowian).

III

W rozmowach w karczmach galicyjskich coraz częściej padało słowa Ameryka. Rozwijało się ono w towarzystwie innych, nieznanych określeń. Pojawiła się szypkarta (siwkarta) jako przepustka do nowego świata. Szypkartę sprzedawał agent, z nią jechało się pociągami do Amburga (Hamburga), była biletem wstępu na okręt linii Cunarda White Star wożący dusze do raju.

We wsi, prócz księdza, było kilka osób piśmiennych, każda korespondencja miała charakter publiczny. W karczmie odczytywano z namaszczeniem słowa podyktowane przez nadawcę w Ameryce, zaczynające się zwyczajowym „W imię Ojca i Syna..”. W słowo napisane wierzono święcie, choć wszelkie okoliczności przemawiały przeciw tej wierze. Ten kto pisał, chwalił się sukcesami, bo nie wypadało robić za nieudacznika; ten, któremu się nie udało, nie pisał. W zaborze rosyjskim była cenzura; nie dopuszczano listów zbyt optymistycznych, by nie zachęcać ludności Imperium Carów do emigracji (na pracę czekały puste przestrzenie Rosji). Byli też agenci, którzy emigrantom jeszcze przed wyjazdem kazali podpisywać krzyżem listy o sukcesach za oceanem; taki był galicyjski marketing. Konsulaty rozsyłały foldery, widokówki, ulotki, gwarantując każdemu pracę za oceanem i prawo do poszukiwania szczęścia.

Linie okrętowe budowały siatki pośredników sprzedających bilety (owe szypkarty). Tworzyła się w Galicji i Królestwie Polskim złożona wielopiętrowa sieć agentów, pomocników agentów, naganiaczy i pośredników. Kupowany w Hamburgu bilet na statek kosztował 130 koron, dojazd pociągiem z Krakowa do Hamburga 50 koron. Szyfkartę dla chłopa sprzedawał agent za 500 koron, był więc w tym interes i to dobry interes. Tysiące ludzi, od karczmarzy i handełasów żydowskich, po nauczycieli ludowych i podupadłych ziemian, żyło z pośrednictwa ruchu emigracyjnego. Bywali uczciwi, ale oszustów też nie brakło. Konkurencja była ogromna, każdy chwyt w niej dozwolony. Agent w Wadowicach potrafił na oczach zdumionego chłopa zatelefonować (na jego koszt) do samego Cesarza Ameryki, by w krótkiej rozmowie upewnić się, że ten przyjmie wieśniaka z bocheńskiego. Inny agent był nerwowy, pobił więc i w chlewiku zamknął chłopów co się nadmiernie dopytywali o szczegółu. Jeszcze inny zgadywał się z policją; jak chłop korzystał z konkurencji to mu nie dali paszportu i jeszcze rewizję w chałupie zrobili. Jedni uczciwie brali zadatek, uprzedzając o płatnościach w Hamburgu; inni za gotówkę zamiast szypkarty wciskali widokówkę ze stateczkiem. Dobry agent potrafił wszystko. Załatwił paszport, a jak nie to przemycił przez granicę, towarzyszył w drodze pilnując przesiadek z pociągu na pociąg, zapewniając noclegi i posiłki, dbając do czasu wejścia na pokład statku. Inny dawał szypkartę i karteczkę z wypisanymi nazwami miejscowości wyznaczającymi marszrutę; potem człowiek nie znając języka tułał się przez Niemcy, śpiąc po parkach i klatkach schodowych.

Każdy los był inny. Wyjeżdżali z Uścia ludzie, dla których cały świat zamykał się w widłach Wisły i Raby. Często niepiśmienni, nie mówiąc o znajomości obcych języków i geografii obcych krajów. Chłop galicyjski łączył w sobie zakorzeniony lęk przed obcymi i wynikającą z tego nieufność z równie wielką łatwowiernością. Nie trudno go było oszukać. Wyjazd był ryzykiem, rozkładano je racjonalnie. Najpierw wyruszał „zwiadowca”. Rodzina zaciągała kredyt; nie było o to trudno, bo z agentami współdziałały kantory finansistów (czasem mieszczące się w sklepikach ze śledziami). Chłop był dobrym kredytobiorcą; zakorzenione poczucie honoru i uczciwości nakazywały mu płakać i spłacać nawet najbardziej lichwiarskie pożyczki. Miał także jako zastaw ziemię, a prędzej płuca by wypluł niż stracił ojcowiznę. Kupno szypkarty na kredyt chroniło przed oszustami; kredytodawca sam sprawdzał wiarygodność agenta, upewniał się czy rzeczywiście wsadzi podopiecznych na „szipa” (okręt). Zwiadowca nie jechał sam, organizowano się przynajmniej w kilka osób, by się nie zatracić. Dotarcie na miejsce do Ameryki jeszcze nie decydowało o sukcesie. W porcie na ludzi z Uścia czekał tabun pośredników i naciągaczy; pośrednicy werbowali do pracy na farmach, w rzeźniach w fabrykach; naciągacze obiecywali tani nocleg i jeszcze tańsze rozrywki. Rolą zwiadowcy było zadomowienie się, znalezienie pracy, odkładanie centa do centa, by spłacić dług i kupić szyfkartę dla bliskich. I tak płynął strumień: zwiadowca, potem jego bliscy, potem bliscy bliskich. A że każdy swój musiał wspierać swojego, to w dalekiej Ameryce odtwarzało się Uście, Szczurowa, Mszana; silne solidarnością i strachem przed obcymi wspólnoty lokalne.

I tak z Galicji do dalekiej, Hameryki wyjechało 3 miliona ludzi.

Zmieńmy tylko czas i nazwy geograficzne. Przenieśmy się w wiek XXI, nazwijmy egzotyczną nazwą Uście, Galicję uznajmy za prowincję Konga lub Sudanu. Bo tylko to się zmienia. Ludzie są tacy sami, wszędzie. Chcą żyć, a widząc, że żyć „u siebie” „po staremu” się nie da; przełamują strach przed obcym, wyruszają w wędrówkę ludów. Pogardzani, oszukiwani, ograbiani idą za swoimi marzeniami, tak wczoraj, tak dziś, tak do końca świata.

A ten co z pogardą mówi o falach emigrantów, zagrażających naszej cywilizacji, kto obiecuje budować mury, by chronić nas przed nimi, ten jest – dla mnie – zwykłym łajdakiem, obrażającym moich przodków emigrantów z Galicji i Królestwa Polskiego.

Reklamy

One comment on “Wędrówki ludów

  1. Zdzichu
    6 stycznia 2018

    idą głodni
    idą bosi
    idą bici
    nędza ich pogania i śmierć

    w powietrzu się unosi Coco Chanel No 5

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

Informacja

This entry was posted on 6 stycznia 2018 by in Historia, Narodowość, Prawa Człowieka, Społeczeństwo and tagged .

Zasady kopiowania z witryny FWiP

Wszelkie materiały publikowane w Centrum Informacji FWiP publikowane są na zasadach licencji Creative Commons 3.0 BY-NC (Uznanie Autorstwa - Użycie Niekomercyjne) chyba, że jest zaznaczone inaczej.

Odpowiedzialność za treść artykułów

Artykuły są wyrazem poglądów ich Autorów. Za treść przedruków, ogłoszeń itp., jeśli nie jest zaznaczone inaczej, odpowiada redaktor odpowiedzialny. Dokumenty i stanowisko Fundacji Wolność i Pokój muszą być sygnowane przez władze Fundacji zgodnie z jej Statutem

Kontakt z redakcją witryny FWiP

%d blogerów lubi to: