Fundacja Wolność i Pokój

Centrum Informacji

Jeszcze nie jesteśmy martwi…

Wiesław Cupała

08

Od Autora

Ten tekst, który jakiś czas temu opublikowałem na „Spółkach Miejskich”, postanowiłem przypomnieć z kilku powodów

  • Autorzy, mimo obietnic, nie nadsyłają nowych tekstów do publikacji na witrynie Fundacji Wolność i Pokój a jako Redaktor Odpowiedzialny tej witryny czuję odpowiedzialność za to by witryna nie stała w miejscu.
  • Na początku lipca zakończył się kolejny, wygrany przez Majora, etap opisywanego poniżej procesu. Jeśli magistrat dłużej będzie chachmęcił (trwa to już chyba siedem lat)) to całkiem możliwe, że nie dożyję zakończenia.
  • Trzecim powodem jest poniższa fotografia Prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza wykonana w trakcie niedawnej inauguracji World Games we Wrocławiu i pochodząca z plotek wiedza, że mimo przegranych procesów sądowych Pan Rafał Dutkiewicz „za punkt honoru” postawił sobie niezapłacenie Majorowi należnego odszkodowania.

Wstęp

Nie wiem czy jest mi smutno, czy też jestem wściekły. Nie lubię takich schizofrenicznych uczuć, bo bardzo utrudniają racjonalne myślenie. Choć… czuję, że to jednak wściekłość. Smutek jest od kilku lat uczuciem, które zdominowało moje postrzeganie rzeczywistości, i ta podłość, o której będzie tu mowa, nie może go pogłębić. Zresztą, fakt, że mam wielką ochotę podczas spektaklu w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu pobić swoją laską kaleki pewną ładną, choć kiepską aktorkę, świadczy, że jest to wściekłość.

Powinienem zacząć od jakiegoś początku bo według pewnych teorii bytu wszystko ma swój początek. Co było tym początkiem? Umówmy się, że poniższa ulotka:

Pomarańczowa Alternatywa nr 1 str 1

Pomarańczowa Alternatywa nr 1 str 1

Nie będę zanudzał, historia była opisywana wielokrotnie, wystarczy wpisać w dowolnej internetowej wyszukiwarce „Pomarańczowa Alternatywa”, by znaleźć wiedzę na jej temat. Dobrym wprowadzeniem wydaje mi się również esej „Krótka historia małego monumentu”, który opublikowałem kilka miesięcy temu na tej samej witrynie. Niniejszy tekst jest tego eseju kontynuacją.

Kradzież symbolu

03

Postawiliśmy ten pomniczek na swoją zgubę, a właściwie na zgubę dzikich krasnoludków. Zostały one wygonione z wyobraźni Wrocławian. Więcej, nie tylko je wygoniono. Zastąpiono je oswojonymi, niegroźnymi dla systemu krasnoludkami. Pojawiły się one masowo – piękniutkie, brodate krasnoludki. Każdy o słodziutkim imieniu. Każdy ze swoją historyjką. Takie krasnoludki nie naszczają nikomu do piwa. Takie krasnoludki nie zakwaszą nikomu mleka…

Początkowo dzikie krasnale jeszcze walczyły. Kilka pierwszych „słodziutkich” zostało zniszczonych. Nic już jednak nie mogło powstrzymać zwycięskiego pochodu tej upupiającej krasnoludzkiej stonki. Wyposażono piękniutkich w sygnał GPS, pilnowała ich Straż Miejska, Policja Państwowa, monitorujące kamery. Pomniczek został nazwany Papą Smerfem i zmuszony do adopcji tej grzecznej hołoty. I tak dzieło wymienione w książce Brada Fingera „Surrealism – 50 works You should know” (ISBN: 978-3-7913-4843-8, wydanej przez Prestel Publishing, czołowe w świecie wydawnictwo specjalizujące się w dziedzinach sztuki i architektury) zostało przez wrocławskie władze pod dowództwem Prezydenta Dudkiewicza i jego specjalisty od promocji miasta – Pawła Romaszkana zamienione na żeliwne statuetki o uroczych imionkach. Zamysł był jak najbardziej biznesowy. Promocja miasta to niezła kasa, zarówno ta wyjęta legalnie z publicznych pieniędzy, jak i kasa zarobiona na przeróżnych pamiątkarskich gadżetach dla turystów ozdobionych symbolem Wrocławia, krasnoludkiem. Tą częścią biznesowego planu zajęła się zaprzyjaźniona z magistratem firma Orfin. Została monopolistą w tej dziedzinie.

Błąd magistratu i wojna

Gdy rozwijał się ten krasnoludkowy biznesik magistratu, Waldek od dawna już mieszkał w Warszawie, a ja dopadnięty przez różne życiowe nieszczęścia odpuściłem sobie myślenie o krasnoludkach. Jednak władze Wrocławia popełniły poważny błąd, zamiast zniszczyć ostatniego (istniejącego na murze przy ulicy Smoluchowskiego) dzikiego krasnoludka oddały go pod opiekę konserwatora zabytków. Konserwator pieczołowicie go odrestaurował, zabezpieczył przed erozją, odbudował jego magiczną moc. Moc zaczęła promieniować, dopadła najpierw Majora, a później mnie.

Zabytkowe graffiti z ul. Smoluchowskiego 22

Major rzucił wyzwanie magistratowi. Najtrafniej sformułowane zostało one w XVI numerze Pomarańczowej Alternatywy, którą przez moment zaczęliśmy znowu wydawać.

Wolność nadal jest komfortem, a liczba nieszampańskich kanałów, w których pływają ludzie wzrosła stwarzając pozory możliwych wyborów. Wszystko opakowane w przepiękne foliowe metalizowane torebki promocji, obwiązane wstążeczkami pijaru i nadętej kompetencji. Wolność nadal jest komfortem, nieskutecznym komfortem niewoli. Zaćmione umysły miłośników fontann (czasami multimedialnych) usiłują zawłaszczyć dziedzictwo Pomarańczowej Alternatywy, oswoić je, zapakować i sprzedać ku uciesze znudzonych turystów… Deklarujemy wojnę. Totalną wojnę między krasnoludkami a twórcami ogrodowej, fontannianej sztuki przepełnionej słowotryskiem i laniem wody. Dzisiaj państwo mieniące się demokratycznym narzuca kłamliwą ideę wolności sztuki, rewolucji w sztuce. Finansuje z pieniędzy płaconych przez obywateli przedsięwzięcia podejrzane. Panie Dutkiewicz, Prezydencie miasta Wrocławia, my twórcy Pomarańczowej Alternatywy jeszcze żyjemy i nadal reprezentujemy przesłanie wolności, o które walczyliśmy w latach osiemdziesiątych. Pański magistrat o tej wolności i walce nie ma żadnego pojęcia. Przewodzi Pan sile, która próbuje zawłaszczyć dorobek nasz i naszych przyjaciół, rozmienić go na drobne, oswoić. Do waszych znomenklaturyzowanych mózgów nie dociera nic z naszego przesłania. Wiecie jedynie, że nasze działania były znane w świecie. Że są doskonałym pretekstem do organizacji urzędniczych wycieczek na koszt podatnika. Nie zapominamy o kosztach i jakości waszej zabawy w Expo. Swoje prawa będziemy egzekwować bezwzględnie, nie zwracając większej uwagi na piski dziennikarzyn na Pańskiej smyczy. Jeżeli nie pozostanie nam nic innego, zastosujemy Voodu i Goecję. Radzimy po raz ostatni – przestańcie nas okradać.”

Surrealizm znów zawitał do Wrocławia – w Sądzie Okręgowym we Wrocławiu rozegrał się długotrwały „proces o krasnoludka”. Byłem świadkiem pozywającego magistrat Majora i byłem świadkiem przedziwnych wydarzeń procesowi towarzyszących. Jedno, o zabarwieniu terrorystycznym, opisałem na ówcześnie prowadzonym przez siebie blogu. Opis drugiego, o wymiarze europejskim skopiowałem wraz ze zdjęciami z blogu „Misja Transmisja” prowadzonego przez poznanego w tym okresie, niezależnego dziennikarza.

Sąd bomb – sond bąb

Dziwny dzień. Obudził mnie atak twórców seriali telewizyjnych na spokojną, śródmiejską, wrocławską ulicę. Sny też miałem niespokojne choć bardziej z powodu olbrzymich czteronożnych ślimaków przybyłych na Ziemię gdzieś z okolic Syriusza i wypytujących zawzięcie o to, co stało się w trakcie ich krótkiej nieobecności z brontozaurusami. Atak filmowców wyzwolił mnie z tej niezbyt przyjemnej sytuacji. Szybki akt strzelisty do Freuda, Junga i Adlera, kawa. dwie kromki chleba z serem, ogórek, papieros i byłem gotów mierzyć się z jawą. Zapowiadała się jako uporządkowana – o godzinie 9:30 powinienem stawić się w Sądzie Okręgowym jako świadek w sprawie Wrocławskiej Afery Krasnoludzkiej i powspominać w urzędowej obecności Sędziego heroiczne czasy początków Pomarańczowej Alternatywy. Afera, która spowodowała zaangażowanie Wymiaru Sprawiedliwości RP była wielokrotnie relacjonowana (niekoniecznie bezstronnie) przez media głównego nurtu, szczegółowo opisywana na blogu Majora Waldemara Fydrycha oraz dyskutowana na kilku internetowych forach. Przypomnę krótko. Magistrat Wrocławia zawłaszczył symbol Pomarańczowej Alternatywy, Krasnoludka, do czegoś co nazwał Promocją Miasta, a co sprowadzało się do urzędniczych wycieczek na koszt podatnika i tłuczeniu kasy, na produkcji i sprzedaży turystom rożnych gadżetów zdobionych krasnoludkiem, przez zaprzyjaźnioną z Magistratem firmę Orfin. Podjęto równocześnie próby przejęcia całej historii Pomarańczowej Alternatywy. Pozew był jedynym wyjściem, gdyż, jak powiedział to Generał Jaruzelski w swoim historycznym przemówieniu, „wyciągnięta dłoń zbyt długo stykała się z zaciśniętą pięścią”. Pierwsza Wokanda (16 maja bieżącego roku) nie przyniosła rozstrzygnięcia sporu. Bardzo atrakcyjna, prawna przedstawicielka Władz Wrocławia umiejętnie uniknęła wyrafinowanych ciosów biegłego w jurysdykcji prawnego przedstawiciela Majora i dalszy ciąg rozprawy, zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, Pan Sędzia przełożył na 18 lipca. Właśnie tego dnia zostałem obudzony przez atakujących cichą, spokojną, śródmiejską ulicę Wrocławia twórców telewizyjnego serialu…

Herrmann, u którego mieszkałem, zupełnie nie przejął się organizującymi przestrzeń działaniami Twórców Telewizyjnych Seriali i z bezpretensjonalnością godną radykalnego ekologa wymiksował nas z grodzonych biało-czerwoną taśmą rewirów. Po drodze zabraliśmy jeszcze jednego świadka, Ankę, prawdopodobnie czarownicę (jej aura miała pobłyski metafioletu, ale mogło być to również związane z calgonitem używanym przy praniu sweterka). Chroniczne kłopoty ze znalezieniem miejsca parkingowego spowodowały, że musiałem na swoich mocno zużytych nóżkach dokuśtykać do Gmachu, w którym mieszka Sprawiedliwość. Rozmowa z Anką w trakcie tego spaceru koncentrowała bardziej na moich przypadłościach niż Sprawie, która nas tu przywiodła. Kompetentny wykład Anki (chyba jednak przyczyną pobłysków metafioletu w jej aurze nie był calgonit) został przerwany przez policyjną czteroosobową Drużynę w czarnych mundurach. Młodzieńcy z wielką wprawą przeskoczyli płot oddzielający chodnik przed wejściem do Gmachu Temidy od jezdni i dyskutując o czymś ze znacznie mniej bojowo umundurowanym Zawiadowcą Bramki stworzyli eleganckiego Cerbera podkreślającego Powagę Sytuacji. Anka z niewymuszoną kokieterią złożyła swą damską torebkę w paszczy wyrafinowanego technologicznie urządzenia sprawdzającego czy bagaże petentów Temidy nie zawierają środków, które w wybuchowy sposób zwiększają entropię wszechświata. Urządzenie okazało się niedziałające, a pięcioosobowy Cerber łaskawie pozwolił wejść nam do wnętrza Gmachu.

Spotkania! W moim wieku, dawno niewidzianych przyjaciół, znajomych i wrogów spotyka się głównie na rozprawach sądowych i pogrzebach. Czas spotkań na weselach, chrzcinach i parapetówach odszedł już w przeszłość…

Major i Agnieszka czekali na nas w sądowym barze „Pod Paragrafem”. Dla osoby z upośledzeniem chodzenia wejście do tego baru przypomina wyczyn Hillarego. Postukując laską o podłogę przystanąłem na zewnątrz baru, a Herrmann zbiegł raźnie w jego czeluści, by wywołać przyjaciół. Wnętrze Sądu Okręgowego we Wrocławiu jest urządzone przez ludzi, którzy uważają, że sprawy sądowe dotyczące kalek stanowią tak znikomy margines wszystkich spraw, którymi zajmuje się Wymiar Sprawiedliwości RP, że nie warto marnować publicznych pieniędzy na przystosowanie wnętrza do faktu istnienia osób fizycznie niedostosowanych. W tym radykalnym podejściu tkwi niewątpliwa prawda. Koszta postępowania sądowego w Polsce przekraczają możliwości finansowe większości fizycznie sprawnych obywateli, zatem kalekę, dochodzącego swoich roszczeń przed sądem stać na wynajęcie muskularnych młodzieńców, którzy wniosą wózek inwalidzki.

Pozostałych przyjaciół spotkaliśmy przed salą 42. Kręciło się tam również kilku dziennikarzy, byli obecni przedstawiciele prawni stron i tajemniczy Pan Konsylariusz G. – współwłaściciel komandytowej spółki Orfin.

Protokolantka, w imieniu Sędziego zaprosiła wszystkich do sali. Po wstępnej procedurze i sprawdzeniu listy obecności wezwanych świadków, zostaliśmy (świadkowie) poproszeni o opuszczenie sali rozpraw.

Korytarzowe rozmowy między ludźmi, którzy dawno się nie widzieli, a kiedyś, dawno już temu wspólnie, intensywnie uczestniczyli w rewolucji są godne osobnego eseju…

Halina była pierwszym świadkiem, którego poproszono o złożenie zeznań. Chwilę po tym, jak drzwi sali rozpraw zamknęły się za nią, na korytarzu pojawiła się trzydziestokilkuletnia kobieta otoczona gromadką innych (podenerwowanych) pań. Kategorycznym głosem nakazała opuszczenie przez nas gmachu sądu z powodu ewakuacji. Ponieważ w młodości miałem dobrych nauczycieli Przysposobienia Obronnego, natychmiast stwierdziłem niezgodność jej postępowania z regułami, jakimi powinien kierować się zarządzający ewakuację tak ważnego obiektu, jakim jest budynek Sądu Okręgowego. Postępowanie tej kobiety wyczerpywało wszelkie znamiona działań siewcy paniki. Moi nauczyciele wbili mi do głowy, że „ten nigdy nie ulega panice, kto poznał obrony cywilnej tajemnice”. Jedną z tych tajemnic był fakt, że człowiek zarządzający ewakuację nie może być anonimowy i musi posiadać coś, co uprawomocniałby jego zarządzenia. W innym przypadku szalenie łatwo byłoby zakłócić pracę każdej instytucji. Zgodnie ze swoim obywatelskim sumieniem zażądałem od głoszącej konieczność ewakuacji kobiety okazania pełnomocnictw. Nie uczyniła tego. Żachnęła się tylko i dalej powtarzała swoje rozkazy. Zażądałem okazania pełnomocnictw głośniej akcentując moje żądanie uderzeniem laską o podłogę. Reakcja kobiety była bardzo podejrzana, odwróciła się do mnie plecami i szybko odeszła znikając za zakrętem.

Tego dnia nie było na wokandzie sądu zbyt wielu spraw. Działania kobiety rozsiewającej panikę okazały się na tyle skuteczne, że na korytarzu pozostaliśmy jedynie my, świadkowie w sprawie krasnoludzkiej afery. Zamieniłem z Markiem kilka zdań na temat dziwnego zdarzenia, gdy kobieta pojawiła się ponownie i ponownie zażądała byśmy opuścili gmach sądu. Znowu nie chciała okazać żadnych pełnomocnictw, więc rzuciłem żartem, że zaraz przyłożę jej laską. Kobieta powtórnie wykonała szybki „w tył zwrot” i zniknęła za zakrętem.

Powróciliśmy do przerwanych rozmów. Nie na długo. Na korytarzu pojawiła się grupa odzianych w letnie mundury policjantów i swoim mundurowym pełnomocnictwem potwierdziła konieczność ewakuacji. Tym razem wszystko było w zasadzie zgodne z regułami Obrony Cywilnej oprócz faktu, że policjanci nie chcieli przerwać rozprawy w sali 42. Dopiero gdy powiedzieliśmy, że nie opuścimy gmachu bez naszych zamkniętych w sali 42 przyjaciół najwyższej szarży policjant otworzył drzwi sali rozpraw i poinformował znajdujących się w niej ludzi o alarmie bombowym i konieczności ewakuacji.

Czytelniku, oceń te wydarzenia sam. Ja mam kilka hipotez. Jednego jestem pewien, istnieje osoba, niezbyt trudna do wykrycia, która powinna ponieść, co najmniej służbowe, konsekwencje w związku z brakiem jakichkolwiek procedur bezpieczeństwa we wrocławskich sądach. Ten dzień, który na początku tego wpisu nazwałem dziwnym, jest zwyczajną grandą i świadectwem tego, jak urzędnicy naszego państwa wypełniają swoje obowiązki.

Frickster

(Poniższy tekst i galeria zdjęć pochodzi z blogu „Misja Transmisja”)

Prezydencja Polski w Unii Europejskiej przypada dokładnie na 30-lecie powstania Pomarańczowej Alternatywy. Założona w 1981 roku we Wrocławiu przez Waldemara Fydrycha grupa, a później ruch happeningowy, działała w opozycji do reżimowego systemu. Emblematem ruchu stał się krasnoludek nanoszony w miejscach, w których wcześniej widniały plamy zakrywające wolnościowe hasła. Żartobliwy krasnoludek był rasowym tricksterem. Igrał z totalitarnym systemem, używając swoich najważniejszych atutów – śmiechu, ironii, dystansu. Istniał poza jakąkolwiek ideologią, z dala od „poważnej” polityki i patriotycznej misji, a jednak jego działania niosły zmiany: odsłaniały szkodliwość i absurdy systemu, walczyły z marazmem i martyrologicznym stygmatem Polski jako Mesjasza narodów.

Działania Pomarańczowej Alternatywy stały się punktem wyjścia do myślenia o programie performatywnym, który będzie towarzyszył Europejskiemu Kongresowi Kultury. W programie nie pojawi się jednak żadna akcja słynnych aktywistów ani nawet dokumentacja ich dokonań. Projekt ma za to przywołać ducha nonkonformizmu i podobnie jak PA przekornie zagrać z rzeczywistością „tu i teraz”. O ile aktywiści Pomarańczowej Alternatywy działali w ponurej rzeczywistości reżimowej Polski, o tyle realizowany w ramach Programu Kulturalnego Polskiej Prezydencji w Unii Europejskiej Trickster 2011 wpisuje się w świętowanie idei współczesnej Europy w jej wolnościowym, liberalnym i humanistycznym wymiarze.”

Tak wygląda pół opisu będącego częścią Europejskiego Kongresu Kultury Trickstera 2011. Prawda, że sporo tu o Pomarańczowej Alternatywie? Można pomyśleć, że autor tych słów wie o działalności Majora wszystko. Powinien był więc przewidzieć jego reakcję na to, że nie tylko nie pozwolono mu się włączyć do programu EKK, ale nawet nie został nań zaproszony jako gość. Przecież jeszcze niedawno Fydrych procesował się z władzami Wrocławia, które pozwoliły na sprowadzenie tych walczących z systemem krasnali do roli gadżetów. Teraz znowu ktoś się powołał na dokonania Pomarańczowej Alternatywy, tym razem nawet zupełnie jawnie, żeby zinterpretować całą ideologię po swojemu. W odpowiedzi, po nieudanych rozmowach z przedstawicielami EKK, Major z kolegami ogłosił program Frickster 2011, mający być alternatywą wspomnianego festiwalu. Można uważać, że to już przewrażliwienie, ja jednak gościa rozumiem. Poza tym ośmielam się twierdzić, że… jego impreza była nawet lepsza.

Frickster 2011 zaczął się od wręczenia ustanowionej specjalnie na tę okazję nagrody. Happening odbył się przed Halą Stulecia, 8 września, pół godziny przed inauguracją EKK. Jeśli wziąć pod uwagę słabą reklamę imprezy, wybór czasu i miejsca był kluczowy. Akcję wręczenia Grand Prix Krasnala Pomarańczowej Alternatywy grupie The Krasnals mogli zobaczyć licznie przybywający (częściowo niewpuszczeni do budynku z powodu błędów organizacyjnych – ale to inna historia), w tym osobistości z samochodów z przyciemnianymi szybami, eskortowanych przez radiowozy. Dobrze, że przemawiano nie tylko po polsku, ale i po angielsku, jednak paru obcokrajowcom i tak musiałem wytłumaczyć, o co chodzi. Szczególnie zainteresowany był niemiecki dziennikarz, który na moje pytanie, czy słyszał o Orange Alternative, odpowiedział, że kojarzy ją z Ukrainy. Cóż, na kolory nie ma monopolu…

Miałem nadzieję, że uniknę tematu figurek krasnali, jednak w trakcie happeningu usłyszałem, jak w punkcie informacji turystycznej pracowniczka z entuzjazmem, wręczając klientowi odpowiednią ulotkę, opowiadała o tej pladze, jako o największej atrakcji Wrocławia, interesującej wszystkich. Zgodnie z prawem Godwina, im dłużej trwa dyskusja, tym większe jest prawdopodobieństwo, że ktoś w końcu wspomni o nazizmie. Niechaj tak będzie. Oto doprowadziliśmy do tego, że nazywanie Oświęcimia-Brzezinki polskim obozem koncentracyjnym jest niepoprawne politycznie – mimo, że powstał na terenie okupowanej Polski i znajduje się w Polsce. Więcej: nie powinienem nawet używać jego polskiej nazwy. Dlaczego? Bo idioci z zagranicy myślą, że Polacy brali udział w holokauście. A teraz zastanówmy się, co się dzieje we Wrocławiu. Władze miasta twierdzą, że figurki krasnali nie są nawiązaniem do Pomarańczowej Alternatywy. Niech będzie, że w to wierzę. Ale tłumaczcie teraz turystom, że grupa, która w charakterystyczny sposób walczyła z PRL-owskimi władzami nie ma nic wspólnego z figurkami reklamującymi piwa i hotele, z pamiątkowymi kubkami i z całą resztą tego interesu, który się przecież nie najgorzej kręci. Wyjaśniajcie przybyszom, że Pomarańczowa Alternatywa to nie uliczny teatrzyk inspirowany „symbolem Wrocławia”, tylko grupa, która również w dzisiejszych czasach ma coś do powiedzenia, a cyrk robią władze miasta i media. Czy ktoś wreszcie zdecyduje się to odkręcić?

Poruszenia tego tematu spodziewałem się w następnych dniach. Frickster 2011 nie skończył się bowiem na happeningu. Dalsza część programu zawierała wspomniany już koncert oraz trzy debaty dotyczące m.in. praw autorskich i cenzury, prowadzone na Łokietka 5, przez Majora, Wiesława „Rotmistrza” Cupałę i Marka Krukowskiego, od 9 do 11 września. Niestety nie zaliczyłem wszystkich, a szkoda, bo tematyka mnie interesowała. W porównaniu do programu EKK… Musiałbym być snobem, żeby się wybrać na którąś z tamtych debat. Na szczęście fricksterowe miały luźną formę, więc za jednym zamachem usłyszałem to i owo na każdy z tematów, chociaż do głównych tego wieczoru należało używanie takich wyrazów, jak „pedał” i „Żyd” (również w kontekście historycznym), oraz poszukiwanie odpowiedzi, co zmieni ustawa o mowie nienawiści. Co dla mnie ważne, Krukowski i Rotmistrz wykazali się nie tylko jako inteligentni i doświadczeni ludzie i działacze, lecz również otwartością, brakiem skłonności do wpierania na siłę swoich poglądów innym. W przeciwieństwie do osobnika, którego zobaczyłem później – spotkanie zakończyło się projekcją zrealizowanego przez The Krasnals filmu „La Dolce Vita”, w którym wielką „elokwencją” wykazał się Sławomir Sierakowski. Ratujcie się przed takimi krytykami!

Plan Frickstera 2011 był dobry, jednak reakcja lokalnych mediów – zaskakująco słaba. Tu i ówdzie opublikowano zdjęcia z akcji pod Halą Stulecia, jednak komentarz do nich zwykle ograniczał się do słów „happening Pomarańczowej Alternatywy”. Przegięciem była galeria Gazety Wyborczej zatytułowana „O co chodziło w happeningu Pomarańczowej Alternatywy”. Przegięciem, bo zamiast rzetelnej, dziennikarskiej roboty odwalono fuszerkę. Ośmielam się twierdzić, że w celach nieczystych, propagandowych. Opisy pod zdjęciami to tylko zdania przepisane z ulotek. Słowem nie wspomniano tam o The Krasnals i wręczonej im nagrodzie, a skupiono się najwyraźniej na ośmieszeniu Majora. Nie ma nawet miejsca na sprostowanie, najzwyklejsze uzupełnienie informacji z czyjejkolwiek strony, bo możliwość komentowania artykułu została wyłączona. Uczestnicy happeningu mogą się jednak z całej sytuacji śmiać. Jeśli się bowiem wczytać, jak na swojej stronie ekipa EKK zdefiniowała trickstera, opis ten nadal jak ulał pasuje właśnie do Pomarańczowej Alternatywy i The Krasnals, a nie do tych, którzy się na nich powołali. I kto tu jest prawdziwy?

PS
Autor tekstu, pomimo swojego nicku, nie jest w żaden sposób powiązany z Pomarańczową Alternatywą, The Krasnals ani wrocławskimi figurkami krasnali. Również nie inspirował się nimi przy wyborze ksywy.

PS 2
Inaugurację EKK wykorzystało również Stowarzyszenie „Akcja Park Szczytnicki”. Tekst rozdawanego przybywającym trzeciego numeru jego biuletynu został okropnie zredagowany, jednak dało się z niego wyłowić ciekawą informację. Otóż wynika z niego, że UNESCO nic nie wiedziało o dopiero co ukończonym remoncie Hali Stulecia, wpisanej na jego Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego Ludzkości. Co za tym idzie: władze Wrocławia dopuściły się samowolki budowlanej na międzynarodową skalę. Rozwijamy się.

Pomarańczyk

 

Proces o prawa autorskie trwał cztery lata. Magistrat przeciągał, kluczył, ściemniał. Pan Paweł Romaszkan przyzwyczaił się do wydawania publicznych pieniędzy w swoim osobistym interesie. Ponieważ w sądzie źle się działo wykreował paszkwil.

Poniższe cytaty pochodzą z artykułu „Pomarańczyk” we Współczesnym. Skandal w trzech aktach, który ukazał się we wrocławskim dodatku Gazety Wyborczej.

„Czas akcji: 17 maja 2013 roku. Miejsce: foyer i mała scena Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Godzina 18.55, tuż przed premierą „Pomarańczyka”.

Spektakl „Pomarańczyk” ma być uniwersalną historią o autorytetach. W żadnym razie nie o „Majorze”. W foyer garstka osób – dziennikarze, krytycy teatralni, kilku urzędników, aktorzy, pracownicy teatru. Bo to kameralny spektakl – na widownię małej sceny nie wejdzie więcej niż 30 osób. I nie wszystkie miejsca będą zajęte.

Przed pokazem jedna z dziennikarek zaczepia Pawła Romaszkana. Pyta, czy to prawda, że współtworzył tę sztukę. On odpowiada, że to przesada. Że nie pisał, tylko konsultował „pewne treści”. I może odrobinę zainspirował kolegę.

Marek Kocot, autor „Pomarańczyka”, i Romaszkan znają się od kilku lat. Współpracują przy „Antykabarecie”, tzw. otwartej scenie w jednym z wrocławskich klubów. Kocot jest twórcą i animatorem „Antykabaretu”, a dyrektor Biura Promocji Miasta – jedną z gwiazd tej sceny. Opowiada anegdoty z życia urzędu miejskiego. Przez jeden z żartów omal nie stracił pracy – opowiadał o tym, jak któryś z dyrektorów w urzędzie wymyślił akcję walki z rasizmem pod hasłem: „Przytul Murzyna”.

Teraz – 17 maja – o tamtej aferze już zapomniano. Zaczyna się nowy spektakl. Bohaterem „Pomarańczyka” jest Waldemar „Major” Frydrych (nie Fydrych). Dodanie jednej litery w nazwisku to niewidoczna właściwie różnica, nawet znajomym „Majora” zdarza się popełnić tę pomyłkę i dodać r.

Sceniczny Frydrych to człowiek, który „podszywa się” pod przywódcę Pomarańczowej Alternatywy. Dość toporny zabieg ma zapewnić alibi twórcom. Bo na scenie obchodzą się z „Majorem” wyjątkowo brutalnie.

W spektaklu dziennikarz „oskarża” swojego rozmówcę na przykład o to, że nie był internowany. A ten się „tłumaczy”, że owszem, nie był, chociaż zawsze bardzo chciał.

Major jest tu tchórzem, który maluje na murze krasnala, bo brak mu odwagi, żeby napisać: „Precz z komuną”. Jest też mitomanem przypisującym sobie cudze zasługi. Że żałosny to gość, widać na pierwszy rzut oka – koszula wystaje spod swetra, spod sandałów widać skarpetki. W dodatku jest chory psychicznie i kompletnie pozbawiony poczucia humoru. Jego „żarty” polegają na obrzucaniu widzów zakrwawioną podpaską lub wyciąganiu z rozporka kawałków papieru toaletowego i rozdawaniu ich publiczności. To ma być aluzja do akcji Pomarańczowej Alternatywy z lat 80. Wtedy to członkowie ruchu ostentacyjnie obdarowywali przechodniów deficytowymi towarami: watą i papierem do pupy.

– Zdarza się, że moim pacjentom wydaje się, że są Bonapartem albo Chrystusem – mówi do scenicznego Frydrycha jego terapeutka. – Ale „Major”? Przyznam się panu, że nigdy o nim nie słyszałam.

Mirosław Kocur, teatrolog, po obejrzeniu „Pomarańczyka”: – Jestem przerażony. Nigdy wcześniej, nawet w PRL, nie byłem w teatrze świadkiem linczu na niewinnym człowieku. Wielcy artyści od czasów Ajschylosa przemawiali zawsze w imieniu słabszych. I z empatią. Z nienawiści sztuka marna. Jak ta tutaj.

Zniesmaczony jest Wiesław Geras, dyrektor Wrocławskich Spotkań Teatrów Jednego Aktora, widz Teatru Współczesnego od 40 lat: – Przeciętny amatorski teatr. I niebezpieczna awantura z „Majorem”. Niebezpieczna dla teatru, bo to jest skandaliczne, hańbiące przedstawienie. „Majorowi” należy się szacunek za to, co zrobił w latach 80. Najgorsze, że tej prowokacji towarzyszy poklask urzędników miejskich.

Spektakl oglądają też dawni sympatycy Pomarańczowej Alternatywy, znajomi „Majora”. W drodze z Poznania na wakacje zatrzymali się we Wrocławiu. Ktoś dał im wejściówki. Poszli przekonani, że obejrzą ciekawą opowieść o Pomarańczowej Alternatywie. A tu – paszkwil.

Na widowni nie ma „Majora”. Nie został zaproszony, gdy odrzucił pierwszą wersję „Pomarańczyka”, w której wykorzystano fragmenty jego książek. Marek Fiedor, dyrektor Teatru Współczesnego, mówi: – W związku z odmową kontaktu nie zapraszaliśmy go. Ciągle jednak jesteśmy otwarci na możliwość wizyty pana Fydrycha i rozmowę o spektaklu.”

Czas akcji: kilka dni po premierze. O spektaklu mówi już tzw. całe miasto.

Pierwsza recenzja ukazuje się dwa dni po premierze – na antenie Polskiego Radia Wrocław Dagmara Chojnacka rozprawia się ze spektaklem w ostrych słowach: – Sytuacja wygląda tak, jakby miasto zleciło opłacanemu przez siebie teatrowi wykonanie publicznego linczu swego przeciwnika w procesie sądowym. Jak z czasów realnego socjalizmu!

W podobnym tonie utrzymana jest recenzja w lokalnej „Gazecie”.

Autor spektaklu Marek Kocot odpowiada na łamach wrocławskiej prasy tajemniczym i pokrętnym stwierdzeniem: – Ta sztuka jest opowieścią o mnie samym.

Więcej dowiaduję się od „konsultanta” spektaklu Pawła Romaszkana.

– Nie konsultowałem tekstu w sensie ścisłym. Ponieważ znam Marka Kocota, bo współpracujemy przy „Antykabarecie”, to oczywiście znałem i tekst, i rozmawiałem z autorem, kiedy powstawała sztuka. Nie rozumiem jednak zamieszania wokół tej premiery. „Major” to megaloman! Poza tym on też mnie szkaluje na swoim blogu. Nagranie z moim zeznaniem podczas procesu wrzucił do sieci z podpisem: „Romaszkan kłamie”. To jak – jemu wolno mnie obrażać, a teatrowi jego osoby ruszać nie wolno?

„Major” Fydrych do Teatru Współczesnego się nie wybiera. – Autor opowiadał, że chodzi mu o uniwersalną opowieść, że to nie będzie tekst o mnie. A ja wyczytałem tam coś odwrotnego – paszkwil, który stawia mnie w fatalnym świetle. W kategoriach racjonalnych to granda – nikt chyba nie myśli, że wystarczy dodać jedną literkę do nazwiska, żeby uniknąć odpowiedzialności za to, co się mówi ze sceny. Przecież żadna poważna instytucja nie ryzykowałaby w taki sposób! Wydaje mi się, że to było obliczone na prowokację – że zgłoszę sprawę do prokuratury, sztuka zostanie zdjęta z afisza, a twórcy wyleją gorzkie żale. I wyjdę po raz kolejny na starego dziada, który się czepia, na niedorzecznego jakiegoś osobnika. A nieznany wcześniej autor będzie szczęśliwy – odniesie sukces „kontrowersyjnym” spektaklem. Ale ja do sądu nie pójdę.

Po skandalu, który spowodował ten paszkwil Prezydent Dutkiewicz „kopnął” Pana Pawła Romaszkana na inne, prawdopodobnie lepiej płatne, stanowisko (patrz: Wrocław: Miękkie lądowanie Romaszkana. Były szef biura promocji ma zajmować się imprezami).

paszkwil0

Zakończenie

Major wygrał proces przed Sądem Okręgowym, magistrat złożył apelację. Chciano wydać jeszcze trochę publicznych pieniędzy, gdyż żadnych nowych faktów nie przedstawiono. Sąd Apelacyjny nakazał ugodę. Z tego co wiem od Waldka rozmowy ugrzęzły w martwym punkcie… Wznowiono przedstawienia „Pomarańczyka” w Teatrze Współczesnym…

Ten paszkwil obraża również mnie. Nie tylko jako współtwórcę Pomarańczowej Alternatywy. W jednej ze scen odgrywana jest moja osoba. Przedstawiono mnie jako skończonego kretyna. Mam jakiś tam dystans do siebie i jestem „kosmicznym głupkiem”, któremu w życiu nie za bardzo się powiodło, ale Rotmistrz odgrywany na deskach teatralnych (obejrzałem spektakl z płyty DVD, którą otrzymałem w prezencie od Majora, na bilet mnie nie stać, a darmowej wejściówki nikt mi nie zaproponował) to jakaś plwocina. Mam ochotę tej ładnej, ale kiepskiej aktorce dowalić moją laską. Wstrzymuje mnie brak pieniędzy na bilet, niechęć do powtórnego oglądania tego gówna i wiedza, że ta biedna dziewczyna została w tę rolę wmanipulowana.

Panie Pawle Romaszkan. Rozwścieczył mnie Pan! Życzę Panu WSZYSTKIEGO NAJGORSZEGO! Jestem słaby, ale bronią słabych jest Magia. Moja klątwa będzie dla Pana bardzo bolesna!

Reklamy

4 comments on “Jeszcze nie jesteśmy martwi…

  1. Mariusz Maszkiewicz
    29 lipca 2017

    Bardzo dobry tekst i bardzo dobrze, że napisałeś. To wiele wyjaśnia z naszej post-solidarnościowej frustracji w Polsce. Próby reinterpretacji zdarzeń sprzed 30-40 lat są śmieszne. Ale żeby to powiedzieć nie trzeba milczeć tylko pisać prawdę. O sobie i innych….
    Pozdrawiam ciepło

  2. Krasnal Adamu
    29 lipca 2017

    Krasnal przy Smoluchowskiego 22 powinien być obowiązkowym punktem wycieczek po Wrocławiu.
    Warto mówić też o bezprawnym przerobieniu „Revolucji krasnali” Pontona na stojaki rowerowe.

  3. Darek
    29 lipca 2017

    Podobnie jak Mariusz uważam, że teksty utrzymane w duchu tego, który Wiesiu napisałeś, należy tworzyć i publikować.

  4. Małgosia
    1 sierpnia 2017

    Przeczytałam ze smutkiem, niestety, ale dzięki za świetny tekst i wyjaśnienie wrocławskich niuansów krasnalskich,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 29 lipca 2017 by in Co piszą inni..., Historia and tagged .

Zasady kopiowania z witryny FWiP

Wszelkie materiały publikowane w Centrum Informacji FWiP publikowane są na zasadach licencji Creative Commons 3.0 BY-NC (Uznanie Autorstwa - Użycie Niekomercyjne) chyba, że jest zaznaczone inaczej.

Odpowiedzialność za treść artykułów

Artykuły są wyrazem poglądów ich Autorów. Za treść przedruków, ogłoszeń itp., jeśli nie jest zaznaczone inaczej, odpowiada redaktor odpowiedzialny. Dokumenty i stanowisko Fundacji Wolność i Pokój muszą być sygnowane przez władze Fundacji zgodnie z jej Statutem

Kontakt z redakcją witryny FWiP

%d blogerów lubi to: