Fundacja Wolność i Pokój

Centrum Informacji

Krew sięgnęła bruku

Jarosław Kapsa

26 lutego 1948 nieznani sprawcy wtargnęli w Jerozolimie do mieszkań dwu Polaków, – dziennikarza Stefana Arnolda i byłego konsula generalnego Witolda Hulanickiego– wywlekli ich na ulicę, związali ręce i zamordowali charakterystycznymi strzałami w tył głowy. Przyjętym już w Palestynie zwyczajem mordercy zawiadomili „anonimowo” prasę o swym czynie. W wyniku tego gazety hebrajskie następnego dnia doniosły, że obaj Polacy byli „straceni za kontakt z nieprzyjacielem”. Do popełnienia czynu przyznała się jedna z terrorystycznych organizacji żydowskich, znana p.n. Grupy Sterna”1

Urodzony w 1890 r w Kijowie Hulanicki był w latach 1936-1939 polskim konsulem generalnym w Jerozolimie. Odwołany został przez gen W. Sikorskiego na fali rozliczenia z piłsudczykami.

Być zabitym strzałem w tył głowy, czy umrzeć na tyfus; w tamtym okresie oba rodzaje śmierci były naturalne. Ginęły całe narody, czemuż więc śmierć jednostki stanowić miała większy problem. Kto zabił, jakie były motywy? Takie pytania interesować mogą komisarza Maigreta z powieści Simeona. W zwykłym życiu ważniejszym jest co napiszą media. I tak „dipis”(displaced persons – obywatel bez państwa), Hulanicki został zabity, bo dozbrajał Arabów walczących z Żydami. Jedni w to uwierzą, drudzy nie, dla większości było to obojętne. Ludzie ze „śmietnika historii” nie cieszą się zbytnim zainteresowaniem.

Historia tworzona jest dowolnym wyborem faktów. Prawda nie pasująca do mitu jest skrycie ukrywana. Tak jest i było. W końcu, kto z nas, pisząc opowieść genealogiczną własnej rodziny, nie ukryje przodka złodzieja czy pijaka. W podręcznikach historii zacierają się indywidualne dramaty. Prostota przekazu jest sprzeczna z twierdzeniem I. Kanta: z pokrzywionego drzewa ludzkości nie da się prostej deski wystrugać.

Nie odpowiemy jak było. Nikt tego nie wie. Z mgły wydobywają się tylko oderwane obrazki.

Była Zofiówka, mityczny sztetl na mitycznym Wołyniu. Miejsce wielonarodowościowe, gdzie z wielu narodów Rzeczpospolitej żyli: Żydzi, Izraelici i starozakonni. Czasem także ci inni. Pod Zofiówką przebiegała linia frontu austriacko-rosyjskiego. Siedziało w nich przemieszane przedstawicielstwo kilkudziesięciu narodowości i kilku religii wzajemnie próbujące się pozabijać. W przerwach między wzajemnym zabijaniem przychodzili do Zofiówki by też zabijać, kraść, gwałcić. Potem lepiej nie było. Zanim Zofiówka nie stałą się miasteczkiem na Kresach Rzeczypospolitej, kilkanaście razy przechodziła z rąk do rąk. Czyich? A kto by w tym orientował. Byli tu Rosjanie, Austriacy Niemcy, Ukraińcy hetmana Skoropadzkiego, Polacy, Ukraińcy Zachodnioukraińskiej Republiki, bolszewicy, „zieloni” atamana Machno, Ukraińcy Petlury, znów bolszewicy i znów Polacy. Kto by rozpoznał jednych od drugich? Prawdy szukaj po kolorze oczu nieślubnych dzieci zgwałconych kobiet. Pamięć zarastała chwastem, jak okopy, ciągnące się koło miasteczka, użytkowane sporadycznie jako poligon wojskowy.

Dwadzieścia lat po wojnie Zofiówka, zadziwionymi oczyma swoich mieszkańców, widziała defiladowy przemarsz dziwnych wojsk. Szli, w piaskowych koszulach, podkutych butach, z dębowymi laskami zamiast karabinów, równym krokiem, z dumnie uniesiona głową, z wypiętą piersią, ochotnicy żydowskiego wojska. Chłopcy z Pińska i Kowla, z Kołomyi i Tarnopolu, z setek różnych sztetli rozrzuconych między Europą Zachodnią a Europą Wschodnią.

Poszła wieść: polscy antysemici ćwiczą syjonistów. W dzień więcej łez niż potu, wrzask sierżantów: ruchy Żydy, ruchy, padnij, powstań, bieg, padnij, leż bo ci d… ustrzelą i czosnek zgubisz… Wieczorem apel: flaga z gwiazdą Dawida, chóralne pieśni, z dumą składany raport. W nocy, pobudka, pogrzeb zapomnianej słomki, czołganie w błocie… Musztrowali zupacy, weterani armii rosyjskiej i niemieckiej, najlepsi z najlepszych do przetwarzania materiału ludzkiego w mięso armatnie. Ważniejsi byli inni instruktorzy, jedni w mundurach, inni po cywilnemu; nikt z nich nie przedstawiał się swoim nazwiskiem, u niektórych blizny świadczyły o praktykowanym zajęciu. Nazywano ich, po cichu, „sławkami”; bo Premier Walery Sławek też się oszpecił przy wybuchu bomby.

Doświadczenie historyczne powodowało, że Polska miała najlepszych na świecie speców od terroryzmu. Być może po długim okresie niewoli nie szło najlepiej z budową demokracji, z konstruowaniem administracyjnych procedur, z upowszechnianiem kultury technicznej. Ale konspirowanie, tworzenie siatki wykonawczej, konstruowanie bomb, planowanie zamachów, inwigilowanie celu; wszelka tego typu łowiecka gospodarka była wpajana od dziecka. Bojowcy PPS z 1905, POW-iacy z ostatniej wojny, twórczo przejmowali wzory Narodnej Woli i eserów; najlepsi naukowcy doskonalili konstrukcję bomb, wyliczali siłę ich rażenia. Rządząca elita sanacyjna, wykształciła się z konspiratorów i działała zgodnie z kanonami spiskowców. Ktoś był dyrektorem departamentu Ministerstwa Rolnictwa, ktoś inny urzędolił w GUS; oboje wykonywali tajne zadanie dla „dwójki” (II Oddział Sztabu Generalnego zajmował się wywiadem kontrwywiadem).

Więc pod Zofiówką na przemian uczono budować domy i je wysadzać w powietrze, budować mosty i je niszczyć, konstruować bomby z niczego, przewozić materiały wybuchowe w sposób bezpieczny; „dla bezpieczeństwa” przygotowywać trucizny, poznawać podstawowe zasady szyfrowania informacji, kamuflażu, metod inwigilacji… Innymi słowy wszelkich przydatnych rzeczy by mordować bez obawy wyśledzenia sprawcy przez komisarza Maigreta. Uczyli najlepsi z najlepszych terrorystów, uczyli najlepsi z najlepszych konspiratorów, uczyli najlepsi z najlepszych morderców.

Przenieśmy się z dalekiego Wołynia w inne egzotyczne miejsce. W 1933 r dumę polskiej floty pasażerskiej, „klejnoty księżniczki Dagmary”: SS Pułaski, SS Kościuszko i SS Polonia, skierowano na obsługę linii orientalnej, na Morze Czarne i Śródziemnej. „Światowid”, pismo propagujące turystykę, z zachwytem pisał o urokach rejsów Konstancja-Stambuł-Hajfa. Spotkać tu można było najsłynniejsze twarze, obserwować opalającą się na pokładzie Ordonkę, czy grającego w kasynie Dymszę. Elita, zapraszana do kapitańskiego stołu, pływała I klasą. W gorszych warunkach, bez kasyna i widoku na Ordonkę, III klasą płynęła fala „anglików” z Kołomyi, dżentelmenów z Bałut, ferajny z Murdziela. Rejs był turystyczny, ferajna z Murdziela „przypadkiem” spóźniała się na odpływający z Hajfy okręt; z tego przypadku stawała się, ku wyraźnej i nieukrywanej złości administracji brytyjskiej, założycielami kibuców.

Mędrcy świata dyplomatycznego, rozpatrywali zgodność Deklaracja Balfoura z uchwałą Ligi Narodów o mandacie Palestyny. Żyjący na Ziemi Obiecanej beduini dowiadywali się, że są południowymi Syryjczykami, a potem z równym niedowierzaniem przyjmowali informacje, że są Palestyńczykami. W Jerozolimie, Betlejem, Nazarecie, mnogość różnych odmian chrześcijaństwa walczyła o datki z obsługi pielgrzymów do miejsc świętych. Przybywający „turyści” z Murdziela powtarzali, że „Naród bez ziemi, szuka ziemi bez narodu” i spotykali na miejscu cały gąszcz narodów, półnarodów, ćwierćnarodów; ludzi bytujących tu „od zawsze”, niechętnych do przesunięcia się w imię racji moralnych czy racji zapisanych w Starym Testamencie.

Dlatego pod pokładem, na którym opalała się Ordonka, pod zapasami żywności, skrzynkami win, w ukryciu przewożono broń. Nowe, prosto z taśmy produkcyjnej, dzieła sztuki technicznej z Radomia i Pionek; naoliwione, sprawdzone; które „przypadkiem” znikały z magazynów fabryk, „przypadkiem” tego nikt nie zauważał, nie prowadził śledztwa, nie uwzględniał w bilansie.

Znów przeskoczyć muszę w inne miejsce, w inny czas. Kijów, miasto gdzie urodził się Hulawicki, był przed wojną zbiorowiskiem polskich studentów. Tak wyszło, wedle woli woli carskich urzędników; w Warszawie przeważali rosyjscy studenci; w Moskwie i Petersburgu mogli studiować ci z najlepszych domów, o lojalności potwierdzonej bumagą „ochrony”. Polskimi miastami uniwersyteckimi były: Dorpat, Kazań i Kijów. Z różnych powodów Kijów był najbardziej radykalny, kwitły tu rozmaite socjalizmy, w tym takie o narodowych obliczach polskich, rosyjskich, ukraińskich, tatarskich, żydowskich, gruzińskich. Był to Paryż Carskiego Imperium, tak jak w stolicy Francji tak i tu życie polityczne mieszało się z tajemnymi obrządkami masonerii; a bracia „fartuszkowi” jednocześnie tworzyli bardziej ukryte świeckie konspiracje. Na bazie owego spiskowo-masońskiego melanżu po wybuchu wojny tworzono POW. W latach przełomu 1917-1921r. była to chyba największa w Europie siatka zorganizowanego wywiadu, sięgająca od Kijowa po Kazań, Moskwę, Tbilisi, Baku; wywiadu „prywatnego”, pracującego dla Piłsudskiego, bez względu na to, czy istniało państwo polskie i kto tym państwem rządził. Czas był taki jaki był; wróg naszego wroga była naszym sojusznikiem, wrogowie i sojusznicy zmieniali się szybciej niż pościel w hotelu „George”, tworzyły się i rozpadały mikrosojusze, sztuka manipulacji stawała się sztuką przeżycia. Przez pewną historyczną chwilę POW miało nawet swoje państwo, które współtworzyło i z którym walczyło: Ukraińską Republikę Ludową. Akcje powieści Fleminga i La Carre mogły by się toczyć na tej, tworzącej się Ukrainie; tyle, że czytelnik przerażony byłby brutalnością scen. Tu złapanych „szpionów” gotowano we wrzątku, obdzierano ze skóry, wbijano na pal; kwitły średniowieczne obyczaje w epoce czołgów i samolotów.

Witold Hulawiecki wychował się i wyszkolił w kijowskim POW. Tam stał się profesjonalnym szpiegiem, z umiejętnością zawierania różnych sojuszy, zdradzania byłych przyjaciół na rzecz byłych wrogów, manipulowania jednymi i drugimi. Dobry agent nie odchodzi ze służby; może urzędolić tam czy siam, udawać dyplomatę zainteresowanego promocją polskiej gospodarki, ale w „nadgodzinach” robić swoje na rzecz służby. W Palestynie, brytyjskim obszarze mandatowym, wir ludzki był podobnie rozszalały jak na Ukrainie w latach 1917-1920. To nie było tylko tak, że po jednej stronie Arabowie, po drugiej Żydzi, a nad nimi próbujący utrzymać porządek Anglicy. Trzeba było bardzo tęgiej głowy by rozeznać, którzy Palestyńczycy są prosyryjscy, a który antysyryjscy; a już rozeznać różnicę między żydowską Haganą a Irgunem mógł tylko człowiek z doktoratem. Administracja brytyjska próbowała stosować politykę indyjską: tak każdemu dogodzić by nie chciał nam szkodzić; wyszło jak zwykle odwrotnie. Jedynie co łączyło wielce podzielone środowiska arabskie i żydowskie to wspólna ochota dowalenie Brytolom. Nic dziwnego; dwóm narodom uroczyście obiecano własne państwo na tym samym obszarze. Potem mogło być jedynie gorzej: gdy doszło w 1937 r do powstania palestyńskiego, Anglicy zalegalizowali i dozbrajali milicję żydowskiej Hagany. Gdy Żydzi rozpoczęli „czystki etniczne”, Anglicy zaczęli dozbrajać bojówki arabskie. W tym całym wirze rolą konsula było znać wszystkich graczy, z każdym jakoś współpracować, w każdej sytuacji dbać o realizację najważniejszego celu wyznaczonego przez polskie władze: zwiększeniu emigracji Żydów z Polski do Palestyny; taki był cel sanacyjnych władz, podporządkowany sytuacji wewnętrznej Polski. Rozładować próbowano antysemickie napięcie, potęgowane kryzysem gospodarczym, przez dobrowolną emigrację ludności żydowskiej.

Znać wszystkich, współpracować z każdym, manipulować ogółem; to takie ogólne założenie. W szczególe, brać trzeba było pod uwagę, że stroną nieformalnego porozumienia antysemickiej sanacji był Zelew Żabotyński i jego faszyści. Nie obrażajmy się na tą nazwę: organizacja Bejtar zafascynowana była postacią Mussoliniego, na wzór jego bojówek umundurowano bejtarowców. Oni właśnie ćwiczyli pod Zofiówką i Andrychowem; ich weterani z POW uczyli konstruowania bomb. Dla nich SS. „Piłsudski” przywoził z radomskiego „Łucznika” pistolety. W Palestynie bejtarowcy stworzyli Irgun, wzorujący się na Organizacji Bojowej PPS Piłsudskiego. Dodajmy tu, że Irgun powstał jako grupa dysydentów z wcześniej utworzonej organizacji samoobrony Hagana. Obie najważniejsze organizacje zbrojnej samoobrony tworzone były i kierowane przez Żydów z Polski, obie za wzór wybrały Piłsudskiego, obie korzystały z wsparcia rządu polskiego (tyle, ze Irgun bardziej). Późniejsze określanie jednych lewicą (Hagana) drugich prawicą (Irgun) to swoista konfabulacja. Liczyły się anse personalne i różnice taktyczne: kto skuteczniej bronił osadników żydowskich.

Przed wybuchem powstania arabskiego w 1936 r do Palestyny przybyło 100 tys polskich Żydów. Pod wpływem rebelii władze brytyjskie zdecydowały o zablokowaniu imigracji. Nie wpłynęło to na ograniczenie wrogości Arabów do Anglików, nie zmieniło ich przekonania o konieczności zepchnięcia Żydów do morza. Blokadę wprowadzono w najgorszym momencie, w czasie gdy represje antysemickie wymusiły emigrację Żydów z hitlerowskich Niemiec; w czasie, gdy nie tylko w Polsce, ale i Rumunii, Węgrzech, Austrii, w emigracji Żydów widziano możliwość rozwiązywania wewnętrznych problemów. Chcąc utrzymać pokój na Bliskim Wschodzie Brytyjczycy stworzyli sobie dwóch wrogów: Żydów i Arabów; nie zyskując żadnego sojusznika.

Polski wywiad, zgodnie z porozumieniem międzypaństwowym, ściśle współpracował z brytyjskim. Jednocześnie szef wywiadu gen. Tadeusz Pełczyński, w porozumienie z MSZ (Witold Drymmer), przemycił do Palestyny 13 tys Żydów. i 20 tys sztuk broni. Wśród tych 13 tys. kolonizatorów było kilkuset wyszkolonych w Zofiówce i na innych poligonach terrorystów. Młodych ludzi nauczonych wysadzania domów i mostów, podkładania min-pułapek, zabijania pistoletem i nożem; gotowych oddać życie własne i zabrać życie wroga w imię idei erec Israel. Jednym z odpowiedzialnych za wyszkolenie bojowników był Abraham Stern. We wrześniu 1939 r gdy Wielka Brytania wypowiedziała wojnę Hitlerowi, w imię obrony Polski, główne organizacje żydowskie w Palestynie – Hagana i Irgun – ogłosiły zawieszenie broni w walce z brytyjskimi władzami kolonii palestyńskiej. Stern się wyłamał; dla niego Hitlery, tak jak bibilijni Hamani, to to tylko prześladowcy, którzy przychodzą i odchodzą; stworzenie państwa żydowskiego zależne jest od pokonania angielskiego wroga.

Hulanicki został, jako sanator, zwolniony przez gen. Sikorskiego ze stanowiska konsula generalnego. Być może, oprócz niechęci Premiera do piłsudczyków, zadecydowały o tym także naciski brytyjskie (pamiętano aktywność Hulanickiego w przemycie ochotników żydowskich). Dymisja powodowała, że eks-konsul znalazł się na obcej ziemi bez środków utrzymania. W tym ludzkim wirze politycznym Jerozolimy ceniony był jednak człowiek „który znał wszystkich”; ceniony i opłacany tak przez sfery handlowców „czarnego rynku” jak przez rozmaite kręgi spiskowo-polityczne. W czasach, gdy każdy walczył z każdym, neutralny pośrednik był cenniejszy od złota. Nie wiemy, i nigdy tego nie będziemy wiedzieć, jaki był udział tego typu pośrednictwa, w budowaniu sojuszu wrogów wspólnego wroga. Stern, tworząc Lehi (Grupę Sterna) decydując się na kontynuowanie walki z brytyjskim wrogiem, potrzebował nowych sojuszników. Starym „polskim” kanałem, przez Konstancję-Stambuł-Hajfę płynęła do żydowskich bojowników broń od Mussoliniego. Krokiem następnym było nawiązanie kontaktów z niemiecką Abwehrą. Dla Hitlera ważniejszym sojusznikiem był Wielki Mufti Jerozolimy, który – gdy wojska gen. Rommla wejdą do Egiptu – miał wywołać wielkie powstanie w Palestynie i Syrii. Jednak owe kontakty Sterna z Abwehrą zdecydowały o losie lidera Lehii. W 1942 r. policjant brytyjski zastrzelił go; podobno chciał uciekać w czasie aresztowania. Zabójstwo lidera nie wpłynęło na osłabienia działań Lehii. Nazywany przez Brytyjczyków pogardliwie Gang Sterna stał się tym samym co Tymczasowa IRA w latach 70-tych w Irlandii; śmiertelnie kąsającą Imperium osą.

W 1943 r do Palestyny przybyło polskie wojsko – Armia Andersa. Wśród przybyłych był ocalony z łagru Menahem Begin (Mieczysław Biegun); byli także urzędnicy MSZ zaangażowani w przemyt broni dla Irgunu (Drymmer, A. Zarychta). Nastąpiła fala dezercji; żołnierze żydowscy odchodzili z Armii Andersa z bronią, by walczyć o swoją Ojczyznę. Zabiegi Drymmera, Hulanickiego i innych powodowały, że żandarmeria polska niezbyt gorliwie szukała zbiegów (nawet przesyłała im w prezencie skrzynki z amunicją). Wzajemnie, żołnierze i sprzęt wojskowy „andersowców” był bezpieczny; ciche porozumienie chroniło przed atakiem terrorystycznym ze strony jakiejkolwiek grupy żydowskiej. Po wojnie to „ciche porozumienie” nadal chroniło ludność polską. Rodziło to nadzieję, że po zakończeniu „ery ołowiu”, w podzielonej na niepodległe państwa żydowskie i arabskie Palestynie znajdzie się miejsce dla polskich „dipisów”; narodu, który utracił Ojczyznę.

Niestety; wróćmy tu do przywołanego artykułu J. Luxenburga z maja 1948 r. W końcu 1947 r „prasa hebrajska poczęła sobie używać na całego. W ciągu jednej nocy Polacy stali się bodaj czy nie najgłówniejszym czynnikiem w walkach żydowsko-arabskich. Posypały się oskarżenia o szkolenie Arabów i dostarczanie im broni. Tym razem wiedziano już, że odbywa się to na terenach Syrii i Libanu, skąd następnie, wyszkolone i uzbrojone przez „andersowców”, oddziały przeprawiają się do Palestyny, by walczyć z Żydami. Wówczas to bodaj po raz pierwszy na łamach prasy hebrajskiej zyskał prawo obywatelstwa rdzennie bolszewicki termin „Anders-Leute” i przez długie już tygodnie z nich nie schodził. W Palestynie rozpętała się psychoza, z którą walka była całkowicie beznadziejna. To, z czym sami Żydzi walczyli od wieków, a mianowicie oskarżanie w czambuł całego narodu o popełnione, czy nawet nie popełnione, winy jednostek, zastosowano obecnie do Polaków. Dla prasy i społeczeństwa żydowskiego nie było wśród Polaków jednostek dobrych i złych, ludzi tych lub innych przekonań politycznych, natomiast istniała jedna, zwarta i jednolita masa „andersowców”, która poprzysięgła Żydom zgubę. Zwalczana przez Żydów od tak dawna norma odpowiedzialności zbiorowej święciła teraz smutny tryumf. /../ Powoli życie Polaków w Palestynie stawało się nie do zniesienia. Już sama rozmowa w miejscach publicznych po polsku była dość niebezpieczna. W niektórych sklepach nie chciano Polakom nic sprzedawać. Na ulicach zatrzymywano ich, legitymowano, i prowadzono do różnych placówek, które żądały powołania się na gwarantów ich lojalności spośród społeczeństwa żydowskiego. /… / Z pomocą przyszedł zamach 22 lutego 1948 na głównej ulicy Jerozolimy, Ben Yehuda. Eksplozja 3 ton materiałów wybuchowych, przywiezionych w ciężarówkach i pozostawionych na środku ulicy, spowodowała śmierć i rany około 200 osób. W gruzach legły wielopiętrowe domy, grzebiąc pod sobą mieszkańców. Ludność wpadła w szał. Zaczęto szukać sprawców. Jedni upatrywali ich w Arabach, inni w Anglikach. Poszukiwania nie dały rezultatu, społeczeństwu trzeba było dać jak najprędzej satysfakcję. Zamordowanie przejeżdżających tamtędy natychmiast po zamachu trzech lotników angielskich nie wystarczyło. Grupa Sterna ten właśnie moment uznała za odpowiedni, by wykonać sowieckie „zamówienie społeczne” i zlikwidować Arnolda i Hulanickiego. /… / Ohyda i bezsens tego morderstwa nie mogła być niczym usprawiedliwiona. Byłoby jednak błędem oskarżanie o nie całego społeczeństwa żydowskiego, którego beznadziejną tragedią jest, że jego dążenie do niepodległości tak się nieszczęśliwie splotło ze sprawą usadowienia się bolszewików w tej części morza Śródziemnego, iż stanowi ono groźby dla całego świata.”

Luxenburg pisał o sowieckim zamówieniu. Po wycofaniu się Brytyjczyków z Palestyny sojusze się zmieniły. Grupa Sterna nawiązała kontakt z wywiadem sowieckim, ZSRR wspierał Żydów w walce z „pro-kapitalistycznymi” Arabami. Brzmi to dziś śmiesznie; ale zbyt dużo krwi to kosztowało by uśmiechem kwitować dramaty ludzi.

Prawdę jak było, łatwiej jest zamieść pod dywan. Nie wyciągać z szafy, nie przypominać na akademiach. W słońcu błyszczą pomniki „poległych za Ojczyznę”; w cieniu zapomnienia groby tych zabitych w imię tego, by ktoś miał Ojczyznę wyłącznie dla siebie. Deszcz zmyje ich krew z bruku.

1„Wiadomości” Londyn, 16.05.1948 r 3 nr 20 /111/; Jerzy Luxenburg „Kulisy pewnego morderstwa”

Advertisements

2 comments on “Krew sięgnęła bruku

  1. Radosław Gawlik
    29 kwietnia 2017

    Pasjonujące, i z jakim dystansem i bliskością o tym piszesz!
    Odłożyłem wszystko i czytałem!
    Jarek, zaskakujesz mnie, jak mało Cię znam z tej strony;)
    Radek

    • Przepraszam Radku, że dopiero teraz zatwierdziłem Twój komentarz, ale nie jestem w najlepszej formie i trochę przestałem dbać o witrynę FWiP. Zaglądam do kokpitu jedynie wtedy gdy jest do publikacji nowy artykuł a to ostatnio zdarza się rzadko.
      Wiesiek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 29 kwietnia 2017 by in Historia, Narodowość, Wojna and tagged .

Zasady kopiowania z witryny FWiP

Wszelkie materiały publikowane w Centrum Informacji FWiP publikowane są na zasadach licencji Creative Commons 3.0 BY-NC (Uznanie Autorstwa - Użycie Niekomercyjne) chyba, że jest zaznaczone inaczej.

Odpowiedzialność za treść artykułów

Artykuły są wyrazem poglądów ich Autorów. Za treść przedruków, ogłoszeń itp., jeśli nie jest zaznaczone inaczej, odpowiada redaktor odpowiedzialny. Dokumenty i stanowisko Fundacji Wolność i Pokój muszą być sygnowane przez władze Fundacji zgodnie z jej Statutem

Kontakt z redakcją witryny FWiP

%d blogerów lubi to: