Fundacja Wolność i Pokój

Centrum Informacji

Nierealność kulturalna

Jarosław Kapsa

Bolesław Prus z właściwą sobie dozą okrucieństwa potraktował sienkiewiczowską powieść „Ogniem i mieczem”. Wytknął , że nasz arcypolski pisarz opisuje zegarek, wymalowując cyferblat, bez ukazania sprężynek i kółek. Złośliwiej jeszcze potraktował głównych bohaterów, nazywając Skrzetuskiego „Jezusem Chrystusem w roli oficera kawalerii”, a Zagłobę „sfinksem z głową wieprza”. A już słowa o Longinusie Podbipięcie powinny trafić do szkolnych podręczników: „Złowroga to figura. Gdy człowiek przypomni jego monomanię ścinania głów, dziewiczość, łagodność i pobożność, wtedy – przychodzi na myśl gilotyna. Zdaje ci się, że to potworne rusztowanie przybrało ludzkie kształty i od czasu do czasu poci się westchnieniami i modlitwami, jakimi mimowolnie nasiąkło przy egzekucjach”.

Niestety, słowa tej recenzji pisanej w 1884 r. dawno zapomniano; kolejne pokolenia naszej młodzieży skazane są wylewanie łzy szlachetnej, gdy Longinus Gilotyna odmawia paciorek po usieczeniu kilkunastu Tatarzynów. Odwinąć się mógł Sienkiewicz Prusowi łatwo, wzajemnie wytykając powichrowanych bohaterów „Lalki”, spętanych koniecznością odgrywania nie przystających doń ról społecznych. Brnięcie w wymianę ciosów krytyki nie miałoby jednak historycznego sensu.
Jakbyśmy bowiem nie kombinowali, cokolwiek byśmy nie wymyślali; Polska jest Polską a Polak Polakiem dzięki słowom Sienkiewicza i obrazom Matejki. Jedno z drugim się tak uzupełniało, że podświadomie widzimy matejkowską „Bitwę pod Grunwaldem” jako ilustrację do sienkiewiczowskich „Krzyżaków”. I nie potrafimy widzieć przeszłości inaczej, niż ten duet artystycznym nam narzucił.

Sienkiewicz był z Podlasia, podobno miał tatarskie korzenie. Matejko z pewnością genetycznie był Czechem. Jeden tworzył w rosyjskiej Warszawie, drugi w austriackim Krakowie; razem, niezależnie od siebie, w dodatku w sposób niechcący, stworzyli kulturę narodową. Domniemywam tą „niechcącość”; obaj chcieli przede wszystkim zdobyć odbiorców i zarabiać na sprzedaży swych dzieł. Nie byli grafomanami stawiającymi wyżej Ideę, nad potrzebami rynku. „Niechcącość” nie jest cechą dyskwalifikującą; Kolumb też niechcąco odkrył Amerykę. W każdym razie rzecz się stała; około roku 18851 powstała polska kultura narodowa, od tego czasu wpisywano w nią wszystko co było wcześniej i wszystko co było potem. Nie będę specjalnie dyskutował, gdy ktoś poda w swojej teorii inną datę. Istotny jest inny mechanizm: coś się zrodziło w określonym czasie i miejscu, potem stało się czymś odwiecznym, dostosowującym do politycznie ustalonych granic administracyjnych.

Możemy podzielić pewne procesy społeczne na naturalne i sztucznie wdrożone. Naturalne, a więc tworzone stopniową ewolucja zachowań danej społeczności. Naturalnie, w drodze ewolucji, kształtowała się kultura lokalna lub regionalna. Żyła sobie w dolince społeczność Kadłubków lub Muminków, przechowująca i uzupełniająca z pokolenie na pokolenie pewne normy, zwyczaje, obyczaje, gusta estetyczne, wierzenia itp. Ponieważ Muminki spotykały się na targu z Kadłubkami, wzajemnie podpatrywali się i naśladowali to co u sąsiadów podpatrzyli cennego. W obu tych społecznościach były warstwy wyższe, które ze swej natury były kulturotwórcze. Wśród tej arystokracji byli wojażerowie; jeździli na wojny, na wyprawy handlowe, wycieczki „orbisowskie” i przywozili rozmaite nowinki, które – po rozważeniu wad i zalet – albo adaptowano albo odrzucano. Drugi proces ewolucyjny dotyczył szerszego kręgu społeczności. Gdybyśmy tak rozważyli to bez uprzedzeń, tym drugim, szerszym kręgiem była kultura europejska.

Tego nie trzeba udowadniać: to widać. W miastach Hiszpanii i w Kamieńcu Podolskim znajdziemy podobny krajobraz miast, z rynkiem, ratuszem w jego centrum, z kościołem. Jadąc z Rygi do Rzymu po drodze spotkamy podobne gotyckie wieże katedr, podobne, bogato zdobione frontony barokowych świątyń, podobne pałace, zamki, domy mieszczańskie. Różnice nie wynikały z politycznych granic państw, ale z regionalnej specyfiki lub szerszych podziałów religijnych. Nie trzeba udowadniać istnienia tego, co jest widoczne. Są więc w naszej rzeczywistości uzupełniające się, wzajemnie zasilające, kręgi kultury szerszej, europejskiej, i węższej: lokalnej, regionalnej.

A gdzie w tym naród i jego kultura?

Zaryzykować tu można twierdzenie, że kultura narodowa jest zjawiskiem „odgórnie” zaszczepionym, stale uzupełnianym sztucznym doborem argumentów z przeszłości i wartościami przywożonymi z zewnątrz. Czy nasze obyczaje, zwyczaje, prawo są rodzimo-narodowe? Tak nie bardzo. Prawo jak w całej Europie ma swoje źródła w Rzymie, a nie w umyśle genialnego Piasta. Zwyczaje i obyczaje (np. bożonarodzeniowa choinka czy wielkanocny śmigus-dyngus) też miewają cudzoziemski rodowód. Nawet orzeł biały, godło nasze, jest jedną z odmian godła rzymskich legionów; tak jak orły Rosjan i Niemców. Szukanie śladów kultury narodowej w krajobrazie, jest rzeczą wiodąca na manowce. Narodowy „krakowski gotyk” był świadectwem cywilizowania miast polskim przez napływ niemieckiego osadnictwa. Witkiewicz (architekt, ojciec Witkacego) próbował krzewić polski styl architektoniczny; tyle, że wzorcem były chaty przybyłych z Rumunii górali. Kontusze i szable szlacheckie dowodzą sarmackiej mody na sturczenie. Polski dworek jest upowszechnioną w XIX w. modą na francuski styl klasycystyczny. Literatura? Młody, kształcony obywatel I Rzeczpospolitej uczony był literatury na mowach Cicerona i pamiętnikach Cezara, budowy wierszy na Homerze i Wergiliuszu. Dopiero romantyzm w XIX w. odkrył wartość folkloru w postaci stylizowanych na prastare „ballad i romansów”. I nie była to bynajmniej polska moda, lecz odzwierciedlenie trendów zdobywających uznanie Anglików i Niemców.

To nie ewolucyjne przemiany dziedzictwa przeszłości zaowocowały „Trylogią” i „Hołdem pruskim”; przeciwnie owe twory artystów swą siłą sugestii narzuciły swoiste postrzeganie dziedzictwa (wybieranie z niego, tego co pasuje do treści akceptowanego dzieła). Oczywiście, Sienkiewicz pochłaniał pamiętniki Paska czy dzieło ks. Kitowicza, by mieć na czym się oprzeć. Podobnie Matejko uważnie studiował artefakty a ponoć także kościotrupy przodków, by wiernie odtwarzać przeszłość. Ale ta wierność jest pozorna, jest bardziej kreacją świata, takiego jakim powinien być, a nie takim jakim jest.

Pojęcie narodu, jak każda forma szufladkowania zbiorowości, jest samo w sobie neutralne. Nie jestem uprzedzony do wiewiórek, nawet gdy je nazwano gryzoniami. Podobnie mam neutralne uczucia do pana Kowalskiego, choć ponoć łączy mnie z nim więź narodowa. Kultura narodowa, nawet wykreowana odgórnie, może przenieść rzeczy dobre. Wspólnie akceptowane wartości zwiększają poziom wzajemnej ufności, budując lepszą jakość kapitału społecznego. Ale nawet wiewiórka może czasem ugryź, by udowodnić słuszność zaliczenia jej do gryzoni. Podobnie niebezpieczna bywa kultura narodowa, jeśli jej kreatorzy przez tworzenie obrazu „odwiecznego wroga” chcą odseparować swoich od obcych. Jest to, na domiar złego, proces nieunikniony: wiewiórka jest gryzoniem bo nie jest muchówką; Polak jest Polakiem bo nie jest Niemcem, Rosjaninem, Żydem czy Ukraińcem.

Jest taki truizm: naród bez własnej kultury nie przetrwa. Odwróćmy pytanie: czy jest w stanie przetrwać naród, który w imię własnej kultury, odrzuca wartości kultury uniwersalnej (europejskiej)…

Mickiewicz i Sienkiewicz brali ze swojskości tyle ile było im potrzebne, wpisując swoje dzieła w kanon europejskiej kultury. Dzięki temu przyswajalni byli przez mieszkańców ziem polskich, związanych przez najbliższe otoczenie ze swojskością, a przez edukacje z europejskością. Mickiewicz, niestety, nie mógł stać się twórcą kultury narodowej z trzech powodów technicznych: 1) literatura nie trafiała do świadomości analfabetów, 2) większość mieszkańców ziem polskich nie uważała się za Polaków; a nawet przeciwnie uważała Polaków za wrogą kastę panującą, 3) ograniczona była możliwość dotarcia dzieł; nakłady „Pana Tadeusza” (tak edycji paryskiej jak i pierwszego, polskiego wydania w Toruniu w 1858 r) nie przekraczały kilku tysięcy egzemplarzy. Sienkiewicz skorzystał z nieporównywalnie lepszych warunków stąd i jego większy wpływ na kształt powstającej kultury narodowej. I dobrze, bo bez względu na krytykanctwo Prusa i spółki, mogło być gorzej.

Przekonanie, że za pomocą kultury można ukształtować sobie naród, taki jaki być powinien, było silnym narkotykiem. Szarlatani nazwali się lekarzami i w dużych dozach chcieli na swój sposób ukulturniać Polskę. Narzekając na fałszowanie historii przez Sienkiewicza, nie da się pominąć tła w postaci rozrostu popularnej powieści historycznej, tych płodów Kraszewskiego, Przyborowskiego i innych epigonów. Nierzeczywistość archaizacji językowej, wyraźna w „Krzyżakach” Sienkiewicza (małopolskie rycerstwo posługiwało się gwarą mazurskiego chłopa), przez epigonów podniesiona została do rangi cnoty. Tak jak dzisiejszy ksiądz podkreślając wartość głoszonych dogmatów trzyma się sztucznych archaizmów (zaprawdę powiadam wam, iż Oblubieniec ubogacił stadło małżeńskie); tak pisarz historyczny bez większej żenady produkował „epokowe” zbitki słowne (kniaź, wodząc swych witezi, zasiadł na stolcu krakowskim). Sienkiewicz, pod presja polityki, naszkicował nam zaledwie obraz Niemca – odwiecznego wroga, nie odbierając mu jednak cech ludzkich. Epigoni nie mieli takich zahamowań; Niemców zamienili w patologicznych morderców, dla rozrywki plujących nam w twarz. Powiedzmy sobie szczerze; to zaranie kultury narodowej dawało taki impuls nienawiści do obcych, jak dziś kazania imamów związanych z Al-Kaidą.

Nie dziwmy się. Tak kształtowała się kultura narodowa w większość tworzący się europejskich państw narodowych. Nawet Belgowie (by poczuć się narodem a nie zbieraniną walońsko-flandryjsko-fryzyjska) wymyślili sobie wroga: Holendra. Nie było też tylko polska specjalnością osadzanie kultury narodowej na pseudonaukowej mitologii prastarej pogańskości. U nas oznaczało to cykliczne erupcje „słowiańszczyzny”, wymyślanie Panteonu Słowiańskich Bogów czy narkotycznych wizji Wielkich Lechiji. Była to nasza kopia pomysłu odnowienia świata germańskiego, preferowana u zachodnich sąsiadów.

Mity tworzyły narody. Niestety, przedawkowanie każdego narkotyku rodzi smutne skutki. Mity usprawiedliwiały zbrodnie mordowania się wzajemnego grup tego samego ludzkiego gatunku.

Kultura niekoniecznie zatem łagodzi obyczaje, jest jednak wmontowany w nią, nawet w jej narodową odmianę, pewien mechanizm samoregulujący. Kultura jest materią otwartą w wielu kierunkach. Nawet tradycja nie jest zamknięta, stale wprowadzamy tu zmiany, coś adoptując, coś odrzucając. Był czas, gdy w imię czystości narodowej postulowano wyrzucenie z polskiej kultury wszystkiego „co czosnkiem śmierdziało”, a nie „polskim gównem w polu”. Później przyszedł czas, gdy szczycono się wielokulturowością Polski Jagiellonów, organizowano miejskie festiwale „Czterech Kultur” i restaurowano w „prapolskim” Wrocławiu Halę zbudowaną z okazji 100 lecia postania współczesnych Niemiec. Za pomnik narodowej kultury uznawany jest obraz Leonarda da Vinci, który z naszym krajem łączy tylko miejsce ekspozycji. Arcypolskim twórcą jest Fryderyk Chopin, choć i z pochodzenia i z miejsca zamieszkania bliżej mu było do Francuzów. Nie tracę nadziei, że kiedyś uczyć będą w szkołach o polskim nobliście I.B. Singerze (wszak żył w Polsce, pisał o Polsce, tworzył w języku, który istniał i rozwijał się tylko na obszarze Polski). Otwartość znosi dogmaty, nie jesteśmy w stanie nawet przewidywać jaki zbiór nazywać będziemy za 50 lat kulturą narodową.

Otwartość kultury wynika z mechanizmu szczególnie nielubianego przez twórców: z wolnego rynku. Marksizm, feudalizm i tym podobne doktryny zaraziły szeregi inteligencji niechęcią do wolnego rynku. Szczególnie szkodliwe stało się przyziemne zmaterializowanie, wyrażane przecenieniem roli pieniądza. Wolny rynek nie sprowadza się do sztubackich utyskiwań, że wszystko (miłość, sławę, pozycję społeczną) można kupić za pieniądze. Wolny rynek to dobrowolna wymiana dóbr, w tej dobrowolności mieści się niezmierzona skala ludzkich marzeń. Ktoś daje nie oczekując pieniędzy, lecz wdzięczności; inny nad rzeczy materialne przedkłada sławę. Jestem wolnym człowiekiem, więc do mnie należy wybór co i komu daję, a także jakiego rodzaju ekwiwalentu oczekuję. Pozbawieniem daru wolności jest interwencjonizm państwa, gdy pod przymusem zabierają wytworzona przez nas wartość, wciskając w zamian gówno-talon na groch. Każdy głoszący tezę o niesprawiedliwości rynku, uzasadnia (zazwyczaj nieświadomie) przymus i ograniczanie wolności.

Jeśli przyjmiemy, że kreatywność wymaga wolności i otwartości; to interwencjonizm państwa w kulturze jest nieporównywalnie gorszy niż w gospodarce. Wrócę do pokusy kształtowania przez kulturę narodu, takim jaki powinien być. Suweren (tak to teraz określają grupę trzymającą władzę) posiada, lub może posiąść, wszelkie narzędzia umożliwiające ograniczanie wolności w kulturze, wymuszające na twórcach realizację odgórnie zaplanowanych dzieł. Nie muszą to być nawet sprawdzone w ustrojach dyktatorskich nakazy/zakazy. Demokracja też ma swoje metody; to system, gdzie większość obywateli zabiera wszystkim obywatelom pieniądze. Im więcej tych pieniędzy zabierze, tym większą ma możliwość wpływu na prywatne decyzje jednostek, a więc na ich wolność.

Nie ma podstaw by obawiać się o przyszłość kultury narodowej, gdyby coś się stało i odebrało Państwu Polskiemu Ministerstwo Kultury. W sprzyjających warunkach ten fakt pewnie by przeszedł niezauważalny. Fundacje obywatelskie i samorządy przejęłyby utrzymanie większości ministerialnych instytucji. Obawy o przyszłość kultury rodzi inna wizja; rozrost zadań Ministerstwa Kultury, stworzenie takiego państwowego Lewiatana pożerającego wszystko w mię kreowania własnej wizji kultury narodowej.

Przy takim Lewiatanie nawet ten sienkiewiczowski Longinus Gilotyna wyglądałby na poczciwca.

Pocieszyć się można jednym. Nie ma podstaw by sądzić, że suwerennemu rządowi polskiemu udać się może zrobić to, co nie udało się rządom rosyjskim, niemieckim, faszystowskim czy komunistycznym. Wolność się obroni.

1Data umowna; żyjący w tamtej epoce Polak zachwycał się wydaną w 1884 książką „Ogniem i Mieczem” i pielgrzymował oglądać „Bitwę pod Grunwaldem” (1878), „Hołd Pruski” (1882) i „Jan III Sobieski pod Wiedniem” (1883)

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 7 Kwiecień 2017 by in Edukacja, Historia, Narodowość, Patriotyzm and tagged .

Zasady kopiowania z witryny FWiP

Wszelkie materiały publikowane w Centrum Informacji FWiP publikowane są na zasadach licencji Creative Commons 3.0 BY-NC (Uznanie Autorstwa - Użycie Niekomercyjne) chyba, że jest zaznaczone inaczej.

Odpowiedzialność za treść artykułów

Artykuły są wyrazem poglądów ich Autorów. Za treść przedruków, ogłoszeń itp., jeśli nie jest zaznaczone inaczej, odpowiada redaktor odpowiedzialny. Dokumenty i stanowisko Fundacji Wolność i Pokój muszą być sygnowane przez władze Fundacji zgodnie z jej Statutem

Kontakt z redakcją witryny FWiP

%d bloggers like this: