Fundacja Wolność i Pokój

Centrum Informacji

Uczony we mgle

Jarosław Kapsa

Tekst jest polemiką z Wojciech Myślecki, „2017 – Szanse na normalnosc”

przechwycenie-obrazu-ekranu-20-01-2017-011051

W ogóle i w szczególe mgła. Nie wiadomo czy się idzie do przodu, czy do tyłu, bo mgła. Można mieć najlepszy przewodnik, wyczytaną z niego wiedzę o superatrakcyjności okolicy; i nic, bo mgła. Na wiarę przyjąć jedynie możemy ustalenia GPS, bo przez mgłę nie widać czy jesteśmy bliżej zamku, czy karczmy…I tak właśnie wygląda mój pogląd na tezy przedstawione w referacie prof. Wojciecha Myśleckiego. Mgła, sztuczna mgła, powodowana mieszaniem subiektywnych oczekiwań z przed-sądami współczesnymi opartymi na żonglerce faktami.

Co przykre: pozorna odkrywczość jest „pływaniem w głównym nurcie”, rozpaczliwą próbą gonienia mód intelektualnych; z przekonaniem, że dzięki temu lepiej rozumie się świat, a poprzez to znajdzie się ostateczną receptę na ostateczne rozwiązanie wszelkich doczesnych problemów.

Tkwi w nas to przekonanie wynikające z anachronicznej, wielokrotnie skompromitowanej teorii, że rozumem ludzkim jesteśmy w stanie świat pojąć a następnie zmienić. Przyjęliśmy, że ekonomia jest nauką ścisłą, bo opiera się na liczbach, a od nauk ścisłych oczekujemy gotowych formułek, czyniących każde działanie przewidywalnie racjonalne. Denerwuje więc nas nieprzewidywalność zjawisk ekonomicznych, nieuniknioność ujawniających się cyklicznie kryzysów, stan wiecznej destrukcji/konstrukcji, związane z tym okrutne marnotrawstwo pracy i kapitału, niesprawiedliwość w rozdziale owoców rozwoju gospodarczego. Gdyby jakiś mądry człowiek wziął to wszystko krzepko za mordę, wszystkim byłoby lepiej (a przynajmniej lepiej byłoby dzierżymordom). A tak to co, mgła…

Ekonomia nie jest, niestety, nauką ścisłą, w tym znaczeniu, że jest w stanie odnaleźć formułki definiujące przyszłość. Może, podobnie jak historia, analizować przeszłe zachowania ludzi, próbować na tej podstawie znajdować pewne prawidłowości, które mogą także występować w przyszłości; i z pewną dozą pokory przyjmować, że to co działa tu i teraz, niekoniecznie sprawdzi się tam i wtedy. Pomni, przy tym, że „fałszywa historia jest matką złej polityki” rzetelność badawcza powinna górować nad zakorzenionymi „przed-sądami”. O tym, że tak nie jest poucza nas siła trwania anachronicznego przesądu jakim jest „doktryna marksistowska”. Nie jest to, niestety, jedyny przykład siły przesądów.

Powtarza się tezę o Wielkiej Zmianie, unieważniającej wszelkie poprzednie doświadczenia, nakazującej szukania nowych recept. Jedni uważają, że ta Zmiana zaszła 3 lata temu (przywoływany prof. Myślecki), inni widzą jej początek w 2008 r (kryzys bankowy), dla jeszcze innych świat zmienił się nieodwracalnie 11.09.2001 r. Jeśli żyjemy tylko bieżącą informacją, to – tak – każdy dzień zaskakuje nas czymś nowym, a więc żyjemy w czasach Wielkiej Zmiany. Ale dokładnie tak samo odbierali zmiany ludzie żyjący 50, 100, 200 lat temu . Były już w niedalekiej przeszłości wydarzenia po których świat miał wyglądać zupełnie inaczej; pomijając wojny przypomnę Wielki Kryzys 1929, nowa polityka gospodarcza Rosevelta 1934, odejście w obrocie finansowym od parytetu złota, kryzys energetyczny 1973 r itd. Wspomnieć także wypada, że kryzys bankowy z 2008 r., nie miał dla światowej gospodarki tak dolegliwych skutków, jak szereg wcześniejszych kryzysów z lat 90-tych XX. Polska gospodarka zdecydowanie bardziej odczuła kryzys roku 1997 r., bo jego skutkiem dla nas była upadłość całego sektora hutniczego i stoczniowego.

Po prawie każdym większym kryzysie ekonomicznym pojawiali się wieszczowie nowej polityki. Każdy kryzys odbierano bowiem jako „koniec klasycznej ekonomii”, efekt błędu „doktryny liberalnej”, konieczność wzmocnienia interwencjonizmu państwowego. Recepty były przeróżne, od antysemityzmu (po kryzysie 1873 r) po wizję upaństwowienia wszystkiego. Ponieważ hipokryzja krępuje wolność słowa miłośników pracy niewolniczej, w watę ideologii opakowywano nienawiść do ludzkiej wolności. Dziś także wygodniej jest szydzić i niszczyć moralnie liberalizm, niż – tłumacząc nazwę tej doktryny na język polski – deklarować siebie jako „wojującego antywolnościowca” (jakże to inaczej brzmi od „bezkompromisowego antyliberała”). Stałym kierunkiem ataku są ponadnarodowe koncerny (bił już w nie Lenin i Hitler), globalizacja (też piętnowane przez spółkę W.I.L i A.H.), rosnące różnice majątkowe (vide programy WKPb i NSDAP). Współczesna doktryna Wielkiej Zmiany nie dostrzega, że człowiek jest nadal taki sam, wciąż chodzi na dwóch nogach i udaje mądrzejszego niż jest. Większość padających współcześnie słów krytyki kapitalizmu, tak jak i większość nowych recept, jest powtórzeniem tego, co możemy przeczytać w starych, obrosłych kurzem i molami, książek.

Globalizacja, rozumiana jako rozszerzająca się swoboda przypływu ludzi, kapitału, idei, informacji, nie jest zjawiskiem nowym, lecz tak starym, że powinna być uznana za prawo naturalne. Podobnie stare są obawy przed wolnością, skutkujące różnego rodzaju formami zamykania państwowych granic. Mamy powtarzający się zbiór historycznych doświadczeń, że „zamykanie się” państw prowadziło do regresu gospodarczego „zamkniętych” (vide wspomniany przez Myślewskiego przykład Chin po okresie rozwoju w XV w.) lub wojen. Zjawiskiem równie trwałym, związanym z procesem globalizacji jest tworzenie „ponadpaństwowych” koncernów. Wpływ ich na politykę globalną był nieporównywalnie większy niegdyś; dość przypomnieć, że Imperium Brytyjskie stworzyło nie państwo, nie król i rząd, lecz prywatne spółki prawa handlowego (Indie skolonizowane zostały przez prywatną Kampanie Wschodnioindyjską). Podobnie starym i trwałym zjawiskiem jest koncentracja kapitału prowadząca do rażących nierówności materialnych.

Tu jednak nie dajmy się oszukać analitykom, którzy twórczo opanowali posługiwanie się rachunkiem ciągnionym. Jeśli czegoś uczy historia, to tego, że nic nigdy nikomu nie jest dane raz na zawsze, zwykle jeden polepszy a drugi spieprzy, a w gospodarce trwa, stała, twórcza destrukcja, gdzie byty mniej efektywne ustępują efektywniejszym. Wystarczy porównać jak w ciągu 25 lat zmieniły się nazwiska na liście 100 najbogatszych. W początkach XVI w., potęgą finansową wpływającą na losy Europy (decydującą o wyborze Karola V na cesarza), byli Fuggerowie, bo mieli praktyczny monopol na wydobycie srebra i złota na naszym kontynencie. Wystarczył przypadek – odkrycie Ameryki – by przypływające stamtąd złoto zniszczyło potęgę środkowoeuropejskich bankierów, pozostawiając po nich jedynie ślad w nazwie warszawskiej winiarni „u Fukiera”. Podobnie mało kto dziś pamięta, że „światem rządził” bank Rothschildów (ich nazwisko dziś bardzie kojarzy się z dobrą marką wina). A gdzie się podziała potęga amerykańskich enterprajzerów: Morgana, Cornegie, Rockeffellerów itp. Kapitał dąży do koncentracji, przedsiębiorca walczy o monopol. Ale system oparty na wolności ma wmontowane przeciwciała; żaden monopol nie jest ani pełny, ani trwały, prędzej czy później znajdzie się śmiałek z nowym pomysłem wdzierający się na rynek. A skoro żadne przedsięwzięcie nie ma pewności trwania, tak i koncentracja kapitału nie ma mocnych fundamentów.

O jakiej koncentracji bogactw, przy tym, dziś myślimy? Pan Elon Musk ma dziś majątek szacowany na 13 mld dolarów. Ta wartość wynika jedynie z wiary, mniej lub bardziej racjonalnej, że tyle warte są jego pomysły biznesowe. Jeśli akcjonariusze przestaną wierzyć w możliwość produkcji „superauta” i lotów na Marsa, wartość firmy z 13 mld spadnie do zera. Czym jest bogactwo? Czy bogatszy jest facet, który otrzymał np. słynną działkę na warszawskim Placu Defilad, szacowaną na 70 mln zł; czy też facet mający w kieszeni „tysiaka” wolnej gotówki? Działka, której nie da się zabudować, ani sprzedać, jest warta mniej niż zero, „tysiak” gotówki można zawsze zmienić w szereg przyjemności.

Mitem bardzo niebezpiecznym jest domniemanie wyższości państwa demokratycznego nad „niedemokratyczną” prywatną spółką prawa handlowego. Ideologia w tym wypadku przeważa nad logiką. Mamy do czynienia z dwoma niedoskonałymi tworami ludzkimi. W przypadku spółki prawa handlowego przystępujemy do niej dobrowolnie, równie dobrowolnie możemy wystąpić; demokratycznie wybieramy i odwołujemy zarząd, mamy stały, możliwie pełny wgląd w politykę i finanse firmy i narzędzia by wymuszać korekty. Odpowiedzmy sobie szczerze, czy podobne uprawnienia pozwalają nam skutecznie kontrolować „demokratyczne państwo narodowe”? W relacjach spółki prawa handlowego mamy wymierny wskaźnik pokazujący, czy zarząd działa czy nie działa dla naszego dobra: świadczy o tym wysokość dywidendy czy kurs akcji. W naszych relacjach z państwem rzecz jest bardziej skomplikowana; duma z faktu, że rośnie PKB nie pokrywa się z radością obserwacji własnego konta. Jakie więc, prócz ideologicznego, jest nasze przeświadczenie o moralnej wyższości państwa nad kapitałem prywatnym?

Jestem urzędnikiem, więc przyzwyczaiłem się do utożsamiania mnie z kastą skorumpowanych nieudaczników. Czy nie jest więc dowodem schizofrenii wiara, że ręka tych „skorumpowanych, nieudaczników-urzędasów” znakomicie zastąpi „niewidzialną rękę rynku”? A do tego prowadzi oczekiwanie zwiększenia interwencji państwa w gospodarce.

Etatyzacja, nacjonalizacja, zwiększenie interwencjonizmu ma być walorem tego, co ktoś w przypływie wyobraźni nazywa planem Morawieckiego. Padają zdecydowane głosy, że państwo powinno posiadać 70% udziału w rynku usług bankowych (stąd radość z upaństwowienia PeKaO. S.A.). Sęk w tym, że własność nie stanowi o kapitale; dla rozwoju gospodarczego istotniejsze jest, czy w tym banku będą rosły czy malały zasoby oszczędnościowe. W tym bowiem leży największy problem decydujący o rozwoju naszego kraju. Jest to taki alfabet szkolny: chcąc mieć więcej, trzeba inwestować, by inwestować trzeba twórczo wykorzystać zgromadzone oszczędności. Rachunek jest prosty, przedstawił go przygotowany w 2015 r raport Deloitte. By osiągnąć za 25 lat poziom 75% średniej PKB Niemiec, powinniśmy inwestować, 23-32 % naszego PKB. Nasze zasoby oszczędnościowe (zasoby firm i osób prywatnych) to jedynie 18% PKB. Mamy więc lukę : 5-14% PKB. Polacy oszczędzają stosunkowo mało, w porównaniu z innymi krajami europejskimi. W dodatku gorsza u nas jest struktura oszczędności; w krajach „starej UE” 45% oszczędności ma charakter długoterminowego zabezpieczenia na starość; w Polsce w 2015 r tego typu długoterminowe oszczędności stanowiły 17%. Nie mając własnych oszczędności uzależnieni jesteśmy od oszczędności zagranicznych. Deloitte słusznie alarmował: „Polska od początku transformacji korzystała z oszczędności zagranicznych, a średni poziom deficytu na rachunku obrotów bieżących Polski wynosił 4 proc. PKB w latach 2000-2014 i w efekcie ujemna międzynarodowa pozycja inwestycyjna netto Polski narosła do -67 proc. PKB na koniec 2014 r., gdy za poziom bezpieczny uznaje się -35 proc. PKB. Słabość finansowa polskiej gospodarki widoczna jest również w podatności na ryzyko odpływu kapitału zagranicznego i niski poziom krajowego majątku netto. Dalsze zapożyczanie się za granicą jest dla Polski bardzo ryzykowne.”

To nie ideologia, to alfabet. Każdy może udawać silnego suwerena wobec żony i dzieci, ale jak ma długi bank nim rządzi. Rząd może „wstawać z kolan”, pouczać tego i owego, ale państwo, uzależnione od zagranicznych oszczędności, może jedynie udawać „suwerena”. Przy tak dużym uzależnieniu, każde, nawet nieracjonalne, zawirowanie na międzynarodowych rynkach kapitałowych, może być dla nas poważnym zagrożeniem.

Z tym łączy się druga rzecz. Jeśli poziom krajowych oszczędności jest zbyt niski wobec potrzeb inwestycyjnych, z tym większą uwagą należy dobierać finansowane inwestycje. Nie stać nas na marnotrawstwo. Upaństwowienie PeKaO S.A. zwiększa niebezpieczeństwo. Czy ja, jako oszczędzający na starość i chorobę, obywatel powierzę swoje pieniądze bankowi, który zamiast je mnożyć trafnym lokowaniem, ma realizować „politykę rządu”? Mam, jako obywatel, złe doświadczenie: z moich oszczędności na starość ZUS budował hutę Katowice, niedawno inne moje oszczędności na starość poszły na program 500+; czy więc ciułanie w państwowym banku nie skończy się „silnym państwem” i moją biedą na starość… Rząd czyni wszystko by zniechęcić mnie do powierzenia mu swoich oszczędności. Nie przejmując się rachunkiem zysku/strat planuje budowę fabryki dronów czy wydanie 70 mld zł na uregulowanie rzek. Oby więc nie stało się tak, że upaństwowienie banków skutkować będzie odpływem krajowych oszczędności za granicę. Bo wtedy zamiast muskułów rządzący politycy będą sobie prężyć suwerennie powietrze w balonikach.

Przykład banków pokazuje, że mimo zalewu słów o Wielkich Zmianach, nadal aktualne są prawdy zawarte w starych powiedzeniach: oszczędnością i pracą ludzie się bogacą. Badacze ekonomii, uciekając w liczby, zapominają, że jest to nauka o zachowaniu człowieka. Nie da się tego sprowadzić tylko do obserwowania reakcji na bodźce materialne. Zoolog może udowodnić tezę, że dobrze nakarmiona krowa ma ochotę się rozmnażać. Czy zaryzykujemy podobne twierdzenie, wprowadzając program 500+? Nawet dobrze nakarmiona kobieta różni się od krowy; na jej decyzje o rodzeniu dzieci wpływa szereg różnych przyczyn, nie tylko o charakterze materialnym. Nie uwzględniająca psychiki ludzkiej interwencja państwa może przynieść więcej szkód społecznych niż pożytku. Dlaczego tak mało oszczędzamy? Bo mało zarabiamy? Bzdura; Chińczyk zarabia mniej, a oszczędza. Różnica polega na tym, że Chińczyk wie, że w przypadku choroby czy starości ratować go będą tylko prywatne zgromadzone oszczędności. Polak wie, że jego choroba czy starość to zmartwienia państwa. Skłonność do oszczędzania nie wynika jednak tylko z „przymusu”. Równie istotny jest klimat wzajemnego zaufania, przekładający się na jakość tego, co nazywa się kapitałem społecznym. Szereg osób ma ukształtowaną wizję kapitalizmu, jako swoistej wojny, gdzie silny przeżyje kosztem słabego, a wszystkie chwyty są dozwolone. Otóż tak nie jest; wielowiekowe doświadczenie ukazuje, że rozwój wolnorynkowy jest trwały tam, gdzie oparty jest na fundamencie moralnym. Na dłuższą metę nie da się żyć „w stanie wojny”, społeczeństwo musi wiązać zaufanie; przekonanie, że ludzie, z którymi utrzymujemy kontakty handlowe lub towarzyskie, nas nie oszukują, nie okłamują, nie okradają; że zasady są po to, by je przestrzegać, a umów należy dotrzymywać. Bez tego minimum zaufania będziemy się bali nawet wódkę kupić w sklepie.

Dzieje się rzecz bardzo zła. Trwająca wojna polityczna przeszła w stan walk na wzajemne wyniszczenie. Nie dostrzegamy skutków, bo nie mają one jeszcze wyraźnego wymiaru materialnego. Bombardowanie miasta (niszczenie kapitału materialnego) widać; bombardowanie ludzkiej psychiki (niszczenie kapitału społecznego) umyka naszej uwadze. Ale skutki są równie żałosne. Ciężko będzie odbudować państwo, gdy zniszczone zostanie zaufanie do wszelkich instytucji: rządu, samorządu, sądów, banków, stowarzyszeń obywatelskich, uczelni. Nie jest możliwy rozwój, gdy zniszczone zostanie minimum zaufania człowieka do człowieka, Nie ma szans na dobrobyt tam „gdzie jest dobrem każde zło, gdzie przykazań brak dziesięciu i pić można, aż po dno”.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 20 Styczeń 2017 by in Biurokracja, Co piszą inni..., Pieniądze, Społeczeństwo and tagged .

Zasady kopiowania z witryny FWiP

Wszelkie materiały publikowane w Centrum Informacji FWiP publikowane są na zasadach licencji Creative Commons 3.0 BY-NC (Uznanie Autorstwa - Użycie Niekomercyjne) chyba, że jest zaznaczone inaczej.

Odpowiedzialność za treść artykułów

Artykuły są wyrazem poglądów ich Autorów. Za treść przedruków, ogłoszeń itp., jeśli nie jest zaznaczone inaczej, odpowiada redaktor odpowiedzialny. Dokumenty i stanowisko Fundacji Wolność i Pokój muszą być sygnowane przez władze Fundacji zgodnie z jej Statutem

Kontakt z redakcją witryny FWiP

%d bloggers like this: