Fundacja Wolność i Pokój

Centrum Informacji

Nieboszczka PZPR i ludzie

Grzegorz Majewski

web-Wr_0_24_8861_0047.tif

Jestem pokoleniem urodzonym za Gomułki, dlatego nie posiadam tak wiele doświadczeń z komunizmem jak Michał Mońko, człowiek zasłużony dla walki o polską niepodległość, autor artykułu, z którym postaram się niezgrabnie polemizować. Tekst ukazał się w najnowszym, 114 numerze Gazety Obywatelskiej. Jeśli chodzi o ocenę komunizmu w swojej generalnej postaci, zgadzamy się pewnie w 100%. Na tym jednak moja zgoda się wyczerpuje. Można odnieść wrażenie, że w PRL każdy jeden członek PZPR był z definicji zły i nie zasługuje na szansę poprawy. Czy takie postrzeganie człowieczeństwa jest uprawnione? Wszelkie generalizowanie uważam za przekłamanie, świat nie da się podzielić wg kolorów czarno białych, a każdy próbując dokonywać czegoś takiego robi masę krzywdy ludziom dobrym, którzy stają się niewinną ofiarą polepszaczy świata. Nie twierdzę, że to coś bardzo złego postrzegać świat czarno-biało, ale to raczej przywilej młodości. Uważam, że ocenianie ludzi wg sztywnych kryteriów bez kontekstu-to jest błąd. Bardzo duży błąd. Można powołać się na etyków, kapłanów oraz na przeróżne autorytety by wykazać niemożliwość pogodzenia się z odpowiedzialnością zbiorową, ale autor oparł się na własnych doświadczeniach, dlatego ja też tak zrobię.

Swoja polityczną pamięć datuję na wybór polskiego papieża i karnawał Solidarności, podczas którego dowiedziałem się o Katyniu, a także o obozach w Sowietach. Pamięć rodzinna była na tyle szczelna, że nic nie wiedziałem o legionowej przeszłości dziadka, o jego pracy w wojsku w przedwojennej Polsce, o Żydach którym pomagała Babcia . O tej pomocy dowiedziałem się całkiem niedawno, już po śmierci babci, od wujka jej nie lubiącego, dlatego jest to bardzo prawdopodobne. Lwów tylko czasem, po cichu wspominano, starając się by myślą nieprawowierną nie sprowadzić sobie kłopotów, których źródłem mogłem być jako dziecko.

Od 1980 roku widać było potężną dychotomię drążącą członków partii. Tych zaangażowanych z przekonania było bardzo mało, ogromna większość to byli oportuniści, wspierający system z powodu zysków osobistych.

W 1983 roku, byłem uczniem wrocławskiej szkoły zawodowej. Przed 1 maja tylko kilkoro nauczycieli starało się nas namówić na uczestnictwo w oficjalnych obchodach święta pracy. Sekretarz POP w szkole, nauczyciel łagodny, za byle co stawiający nam piątki, tego jednego dnia zmienił skórę. Całą lekcję poświęcił na politykę, zgrabnie przechodząc od szczęścia jakie nas spotkało z powodu urodzenia się w kraju socjalistycznym, a nie we wstrętnym kapitalizmie, do zwykłego, chociaż zawoalowanego straszenia. Skutek był raczej odwrotny, byliśmy już nasiąknięci podziemną prasą z zakładu, gdzie odbywaliśmy praktyki, więc część klasy spotkała się na pochodzie, ale tym zorganizowanym przez podziemną Solidarność. Z lekcji tej zapamiętałem jeszcze „wybitną” myśl pana profesora (posiadał dyplom profesora szkoły średniej). Kryzys w Polsce i bieda jest spowodowana tym, że kiedy przychodzą do nas do domu goście, to my ich przyjmujemy „czym chata bogata’…Na zachodzie tak nie robią, więc maja pełne półki. Wtedy poczuliśmy zażenowanie, że nauczyciel opowiada takie głupoty.

Stałym obrazkiem tamtych lat było odwiedzanie klas przez dyżurnych, którzy odczytywali komunikaty Rady Pedagogicznej o relegowaniu ze szkoły takiego to a takiego ucznia za udział w demonstracjach ulicznych. Nauczyciele głosujący na Radzie Pedagogicznej w przytłaczającej większości nie byli w partii, a mimo to Rada działała jak sprawna maszynka do głosowania. Nie słyszałem o przypadku innego potraktowania nieszczęśnika złapanego przez milicję. Nauczyciele na ogół ze wstydu starali się nie komentować wydarzenia. Raz trafił się młody belfer, który zapytał nas przeciągając wzrokiem po sali : „Jaki z tego wniosek?”. Odpowiedź była chóralna : „Nie dać się złapać”. Nauczyciel nie kontynuował swojej myśli, odpowiedź pokazała mu beznadziejność próby wytłumaczenia nam nieopłacalności demonstrowania.

Kiedy w 1985 roku podjąłem pracę w dużym zakładzie, a był to wrocławski WSK PZL Hydral, nie było żadnych nacisków na członkostwo w PZPR czy ZSMP. Brakowało fachowych rąk do pracy, starano się pozyskiwać wykształconych robotników różnymi zachętami, ostre postawienie sprawy z PZPR byłoby bardzo zniechęcające. Przewodniczącego zakładowej komórki PZPR poznałem przy okazji chodzenia z obiegówką pierwszego dnia pracy. Pamiętam tylko, że takie spotkanie było, nic więcej. W kolejnych latach miałem częstszą styczność z partyjnym aktywem, a to z powodu swojej działalności w NSZZ Solidarność i Ruchu Wolność i Pokój. Dyrektor ds. pracowniczych, oczywiście „członek”, człowiek o raczej słabym charakterze, wzywał do siebie by postraszyć konsekwencjami. Nigdy mnie nie złapano na niczym, więc nie bardzo miał co mówić. Kiedy przychodziła Służba Bezpieczeństwa udostępniał swój gabinet na przesłuchania, budził wtedy moją raczej litość. Przez moich współpracowników był znienawidzoną postacią, wcześniej bowiem przesłuchania bywały ciężkie, z pastwieniem się nad robotnikami łącznie.

Na wydziale, gdzie pracowałem, na 40 ludzi do partii należało trzech. Zastępca kierownika , mistrz zmianowy i jeden pracownik. Na tego pracownika wszyscy patrzyli jak na zjawisko, rozumieli, że na stanowisku kierowniczym trzeba było być partyjnym, ale zwykły pracownik ? Po co? Nikomu do głowy nie przyszło dyskutować z nim o polityce, stanowczo unikano tego tematu w jego obecności. Kierownik należał do związków zawodowych, nie był w partii. Do legendy przeszła jego telefoniczna dyskusja z dyrektorem technicznym. Będąc nieco „pod dobrą datą”, został zaatakowany przez dyrektora za opóźnienie w próbach prowadzonych na wydziale. Prawdziwym powodem opóźnienia było przysłanie długo po terminie części ze Związku Radzieckiego, co było nagminne i nikt tego nawet nie komentował. Tym razem kierownikowi nerwy puściły i na zarzut, że to jego wina odpalił dyrektorowi: „Moja wina?! Ja z Aurory nie strzelałem!!!”. Nikomu z mojego i starszego pokolenia nie trzeba tej sceny tłumaczyć, młodszym jednak czytelnikom wyjaśniam: tzw. Rewolucja Październikowa zaczęła się od strzału z okrętu Aurora.

Zastępcą naszego kierownika był członek partii, niezbyt gorliwy. Nie wiem jak wcześniej, ale gdy w tym roku dotarłem do dokumentów w IPN na mój temat, jest tylko jeden zapis, że jestem pracownikiem porządnym, zdyscyplinowanym i nie zaobserwował niczego złego w moich zachowaniu w pracy. A w tak małym środowisku trzeba było nie chcieć by pewnych rzeczy nie widzieć…Kiedyś, namówiony przez starszego kolegę, by uniknąć czekających esbeków przed zakładem urwałem się 2 godz. przed końcem pracy. Zastępca kierownika nakrył mnie na tym. Poza koniecznością odpracowania nie poniosłem żadnych konsekwencji. Miałem 20 lat kiedy był na przesłuchaniu w mojej sprawie. Jak widać, różnie w tej pracy bywało i z pewnością kij by się znalazł gdyby poszukał- w końcu byłem czupurnym, zadufanym w sobie szczeniakiem. Pamiętam dokładnie ten dzień, kiedy wzywano kierownika, jego zastępcę i moich kolegów na przesłuchanie prowadzone w zakładzie przez esbeków. Żaden nie chciał mi mówić o co pytali, ja też widząc ich przestrach niezbyt się dopytywałem, raczej im współczując, ponieważ byłem powodem ich problemów. Dokumenty obejrzane po latach sprawiły mi prawdziwą przyjemność. Wszyscy-przesłuchiwano 6-7 osób- mówili o mnie tylko dobrze, nie ma śladu pójścia na współpracę, a tego z pewnością próbowano. Do końca mojej pracy w PZL Hydral nie spotkałem się ze złym traktowaniem ze strony kolegów i koleżanek, co niedługo potem bardzo mocno doceniłem. Podkreślę – członek partii, zastępca kierownika naszego wydziału mimo niewątpliwej wiedzy co i jak robię- niczego złego nie powiedział. Chronił mnie.

Żeby nieco ograniczyć moją działalność zostałem przeniesiony na inny wydział, na którym biuro dzieliłem z młodym inżynierem, członkiem PZPR. W pierwszym dniu po poznaniu zaczął mi się tłumaczyć ze swojego członkostwa do którego doszło, ponieważ u niego na osiedlu czy na wsi chcieli by postawiono świetlicę. Jeśli wstąpią do PZPR, to świetlica będzie, jak nie-to nie. Tłumaczył jaszcze, ze chce coś zmienić, stara się wyjaśniać potrzebę zmian tam gdzie może. Człowiek inteligentny, wtedy przewyższał mnie z pewnością, a tłumaczył mi się jak komuś od niego znacznie poważniejszemu…Widać męczyło go to „członkostwo” i chciał się komuś „wyspowiadać”. Po roku 1989 spotkałem go jak prowadził z żoną malutki prywatny biznes-mam nadzieje, że do dzisiaj z sukcesem.

Żeby uciąć moją szkodliwą działalność usiłowano powołać mnie do odbycia zasadniczej służby wojskowej. Długi czas skutecznie odmawiałem, jednak kiedy zaoferowano mi surogat wojska i służby zastępczej- czyli służbę w oddziałach Obrony Cywilnej poczułem, ze to jest ten moment, kiedy należy sobie odpuścić. Pacyfistą nigdy nie byłem, a służby odmawiałem z powodów polityczno-moralnych. W odmowie napisałem, że mundur żołnierza polskiego jest splamiony krwią Polaków . 1 kwietnia 1988 r. padła decyzja-idę do zastępczej w ramach Obrony Cywilnej.

8 kwietnia 1988 roku zameldowałem się w jednostce Obrony Cywilnej 26-02 w Strzelcach Opolskich. Po wypełnieniu ankiety moi nowi przełożeni byli dosyć zdziwieni. Z wykształceniem zawodowym, nie karany wiezieniem i z kategorią zdrowia A1 nie miałem prawa tam trafić. Gdyby podzielić jednostkę, to byli tam w 1/3 przestępcy po odbyciu wyroków, 1/3 ludzie bez skończonej nawet szkoły podstawowej a pozostali posiadali kategorie zdrowia A3. Skierowano mnie do pracy w pobliskim zakładzie maszyn rolniczych, gdzie uczyłem się naprawiania wózków widłowych. Atmosfera na początku poprawna, pracownicy etatowi zachowywali się normalnie, koleżeńsko. Do czasu.

W połowie maja wziąłem udział w głodówce zorganizowanej przez Solidarność Polsko-Czechosłowacką i Ruch Wolność i Pokój. We Wrocławiu byłem na pierwszym dniu, potem pojechałem do jednostki, gdzie postanowiłem pracować i wstrzymać się od przyjmowania pokarmów do środy, co razem dało 4 dni głodówki. Było to racjonalne, ponieważ w tym czasie pracowałem fizycznie, często dźwigałem ciężary i gdybym trwał dłużej, mogłoby to się źle skończyć. W poniedziałek po południu zatrzęsła się ziemia. Po 17.00 dyżurny wezwał mnie do telefonu. Podszedłem i usłyszałem, że rozmawia ze mną pułkownik LWP. Pyta co i jak, dlaczego. Odpowiadam podkreślając brak związku ze służbą w OC. Za pół godziny przyjechał z Opola osobiście. Rozmawialiśmy około godziny, gdzie odpowiadałem na jego pytania. Nie był agresywny, chociaż czasem śmieszył mnie naiwnymi chwytami mającymi pociągnąć mnie za język-miałem niezłą szkołę po przesłuchaniach oficerów SB. Na koniec powiedział, że nic do mnie nie ma, prosi tylko, bym dłużej nie ciągnął głodówki niż założyłem, podkreślając dbałość o zdrowie. Następnego dnia zwolniono mnie wcześniej z zakładu, ponieważ komendant OC, mjr. Stanisław Zarychta chciał ze mną rozmawiać. Na spotkanie poszedłem przygotowany na obronę swojej postawy i…byłem bardzo zdziwiony. Powiedział mi tylko, że nie obchodzi go co i jak robię, dopóki nie ma to związku z jednostką. Dalej, już z ogromnym grymasem obrzydzenia powiedział, żeby moja działalność nie zmuszała go do rozmów z tym „czymś”. Dał mi tym do zrozumienia, że odwiedzili go oficerowie Służby Bezpieczeństwa. Do dzisiaj pamiętam grymas na twarzy jak o nich mówił. Po południu miałem podobne spotkanie z zastępcą komendanta por. Januszem Berdzikiem, będącym oficerem politycznym w wojsku. Podobna rozmowa i podobny grymas obrzydzenia gdy mówił o esbekach, jakby był zmuszony grzebać się w gównie. Więcej rozmów w tym czasie nie było. W czwartek, zgodnie z założeniem przerwałem głodówkę, o której, jak się potem dowiedziałem mówiła Wolna Europa. Kilka lat temu dowiedziałem się, że jeden z esbeków, pragnący się mocno wykazać żądał aresztowania mnie i sztucznego dokarmiania. Tylko stanowczej postawie mjr. Stanisława Zarychty, por. Janusza Berdzika i ppłk. Murczkiewicza zawdzięczam tak lekkie przejście tego epizodu.

Od tej pory zaczęło się coś zmieniać na gorsze. W zakładzie poczułem gęstniejącą atmosferę, drobne szykany, prowokowanie do postawienia wódki, co było zabronione. Nagle niektórzy koledzy zaczęli zachowywać się wrogo, kpić, za wszelka cenę starali się uprzykrzyć mi życie. Nie było to od razu, narastało przez tygodnie. Kiedy powiedziałem o tym por. Januszowi Burdzikowi, nic nie odpowiedział, ale poczułem jego pomoc. Oficer polityczny pomagał ekstremie! Dalsza służbę odbyłem we względnie dobrych warunkach właśnie dzięki niemu. Kiedy atmosfera z zakładzie zrobiła się nie do zniesienia, najpierw spowodował przeniesienie mnie na inny wydział, a potem wysłał na dwa miesiące do opola, gdzie pracowałem w OHP w sekretariacie. Nie od razu się zorientowali kogo tam mają, kiedy wybuchły strajki sierpniowe 1988 prawie wszyscy zapraszali mnie do siebie by porozmawiać. Mieszkałem wtedy w domu we Wrocławiu, do Opola dojeżdżałem. Oficerowie prosili mnie nawet o przywiezienie ulotek z Wrocławia, ale na to byłem za mądry lub nieufny. We wrześniu wróciłem do Strzelec Opolskich, do zakładu, potem dostałem „fuchę” sanitariusza i byłem pod całkowitym parasolem por. Berdzika i mjr. Zarychty. Wtedy nie zdawałem sobie tak do końca z tego sprawy, po latach dowiedziałem się kulis całej mojej „służby” i tańca miejscowych esbeków. Czasem widziałem ogon, ale nie brałem tej działalności poważnie. Myliłem się.

Jeszcze jeden epizod z OC pokazał jakimi ludźmi są mjr. Zarychta i por. Berdzik. Zostałem przez nich wezwany i poinformowany, że przyszło pismo od komornika o niezapłaconych kolegiach. Trochę byli zszokowani wielkością. Zadali proste pytanie-czy chcę by mi potrącali część wynagrodzenia, czy też mają napisać, żeby się komornik odwalił, bo nie mam z czego. Oczywiście z uśmiechem poprosiłem o druga opcję. Do końca służby nie zabrano mi z pensji ani złotówki.

Jak widać bycie w partii nie zwalniało z bycia porządnym, wszystko zależało od człowieka. W swojej młodości miałem do czynienia z członkami partii a nawet oficerem politycznym. Wszędzie byli porządni i źli ludzie. Kierownik z Hydralu ratował mi tyłek kłamiąc przed bezpieką, ze jestem porządnym pracownikiem, a porucznik i major LWP pomagali mi unikać represji spowodowanych przez SB, ale czynionych przez kolegów z pracy nie będących w partii. Nie ma nic gorszego w życiu jak szufladki. Rozumiem, że na każde doświadczenie trzeba patrzeć z szacunkiem, zwłaszcza na osoby tak zasłużone jak Michał Mońko. Jednak patrząc jego oczami musiałbym zapomnieć o tych „dobrych”. Nie potrafię.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 22 Maj 2016 by in Historia, Społeczeństwo and tagged .

Zasady kopiowania z witryny FWiP

Wszelkie materiały publikowane w Centrum Informacji FWiP publikowane są na zasadach licencji Creative Commons 3.0 BY-NC (Uznanie Autorstwa - Użycie Niekomercyjne) chyba, że jest zaznaczone inaczej.

Odpowiedzialność za treść artykułów

Artykuły są wyrazem poglądów ich Autorów. Za treść przedruków, ogłoszeń itp., jeśli nie jest zaznaczone inaczej, odpowiada redaktor odpowiedzialny. Dokumenty i stanowisko Fundacji Wolność i Pokój muszą być sygnowane przez władze Fundacji zgodnie z jej Statutem

Kontakt z redakcją witryny FWiP

%d blogerów lubi to: