Fundacja Wolność i Pokój

Centrum Informacji

Pacząc sobie historię

Jarosław Kapsa

mem

Gdy historię polubi zwykły człowiek, to się cieszę bo wielce mi się podoba taka admiracja. Gdy historię polubi Państwo, moje uczucia stają ambiwalentne; zaczynam bać się agresywnych przejawów miłości. Państwo ma monopol na przemoc, przemocą narzucana miłość jawny gwałt przypomina.

Polityka historyczna deklarowana przez rząd nie ogranicza się do promocji wydarzeń historycznych, które zdaniem rządzących mają istotne znaczenie dla tworzenia wspólnoty narodowej. Drugą stroną deklarowanej promocji jest „przeciwdziałanie wypaczeniom”. Z tym pierwszym można dyskutować; są różne punkty postrzegania, które wydarzenia i w jaki sposób ukształtowały wspólnotę mieszkańców współczesnej Rzeczpospolitej (zwaną zgodnie z preambułą Konstytucji wspólnotą narodową). Druga forma aktywności jest niebezpiecznym nadużyciem. Czy w imię własnej wiary w „wyższe racje” można wprowadzać cenzurę lub straszyć ludzi batem, więzieniem lub wysoką grzywną pieniężną za grzech wypaczania historii?

Z zupełnie prywatnych powodów i osobistych przekonań nie znoszę wszelkiego totalitaryzmu, w tym nazizmu. Ale za haniebne zubażanie kultury europejskiej uważam, obowiązujący w większości krajów europejskich, zakaz publikacji źródłowych tekstów nazistowskich, w tym elaboratu „Mein kampf”. Wolność przypływu informacji, myśli, idei jest fundamentem tego co określane jest jako cywilizacja europejska. Każde ograniczenie wolności prowokuje rozszerzanie sfery zakazów, tym samym rodzi więcej zła niż pożytku. To nie złe idee, zwłaszcza gdy mogą być poddane pod otwartą dyskusje publiczną, druzgocą normy społeczne; lecz zakazy szerzenia takowych idei, czyniące z nich „pożądany owoc zakazany”.

Wróćmy jednak do naszej historii. Model edukacji historycznej i wdrażanej przez Państwo promocji bazuje na wzorcu z XIX w.; poznawać mamy przeszłość by czuć się dumnymi z polskości, a tym samym ofiarnie dla swojego państwa pracować, bronić go, oddawać za nie swoje życie. W takim ujęciu promowane powinny być opowiastki w stylu Przyborowskiego, Bunscha i Sienkiewicza. Obelgą byłoby opisanie naszych Piastów tak jak to w przypadku dziedziców francuskiego Kapeta uczynił M. Druot w „Królach przeklętych”. Takie zdziecinniałe podejście (nie gorszyć maluczkich wieściami , że Piast Piasta mordował mieczem lub trucizną, oślepiał, kastrował, więził, wypędzał) przychodzi płynnie w modę zwalniania z myślenia w ocenianiu historycznych wydarzeń.

Przyjmijmy jako przykład nasz triumf pod Samosierrą. Nic w końcu tak nie budzi dumy jak pamięć o brawurowej szarży setki ułanów na armaty, dzięki której w pył rozniesiono 12-tysięczną hiszpańską armię. Świetnie, ale by poczuć się dumnym należałoby rzecz rozważyć w różnych aspektach, by wiedzieć z czego być dumnym. Z postawy ułanów, ich odwagi i zdyscyplinowania; jak najbardziej. Nie obrażając nikogo, podobnie dumni powinniśmy być z postawy koni; który normalny koń pokonałby galopem oblodzoną przełęcz, straszony przy tym hukiem i błyskiem armat. Chwalić też trzeba geniusz strategiczny Napoleona. Wodza ceni się, gdy najmniejszym kosztem własnej armii zadaje największe straty przeciwnikowi. Zastosowanie nieprzewidywalnego manewru zdecydowanie ograniczyło wielkość strat armii francuskiej; szturm pieszo kosztowałby życie blisko 1000 żołnierzy.

Nasyceni dumą z odwagi naszych i pełni uznania dla wojskowych umiejętności Napoleona musimy jednak na koniec zadać pytanie: a po co nasi szwoleżerowie szturmowali wąwóz Samosierry. I tu, w miejsce, prostej odpowiedzi mamy cały wachlarz opinii. Skrajną z nich byłoby (też bliskie prawdy) twierdzenie: po to, by umożliwić francuskim żołdakom gwałcenie Hiszpanek i rabowanie skarbów w Madrycie. Przy takim dictum moje, narodowe poczucie dumy topnieje jak bałwan na słońcu.

W tym właśnie leży problem „prawdy historycznej”. Nie istnieje dziś w wolnej Polsce problem „białych plam” – faktów historycznych celowo ukrytych przed opinią publiczną. Każdy badacz może, bez większych problemów istotne dla swoich badań fakty ustalić. Ale fakt to tylko część prawdy historycznej. Wiemy, że w dniu 15 lipca 1410 r była bitwa, możemy ustalić nie tylko strony tej walki ale i konkretnych uczestników, a nawet określić jakiej broni używali; ale taka wiedza nie daje nam pełnej prawdy. Nie wiemy (i to będzie sferą przypuszczeń) co myśleli uczestnicy walki, jakie motywy nimi kierowały, co w rzeczywistości (a nie tylko w deklaracjach) chcieli osiągnąć. Ta część „dążenia do prawdy” będzie zawsze intelektualną spekulacją, rodzącą spory.

Jednocześnie ta „spekulacja” może być dla nas, współcześnie żyjących, istotniejszym darem, niż ściśle ustalone fakty. Już w okresie II wojny światowej wyraźnie zarysował się podział w myśleniu o wartościach wojennych. Dla jednych najwyższą cnotą była ofiarność, w tym oddanie życia za wielkość swej Ojczyzny. Drugi rodzaj myślenia ilustrowały słowa gen. Pattona: nie chodzi by samemu ginąć za Ojczyznę, lecz o to by przeciwnicy ginęli za swoją. Ta różnica w myśleniu przenosiła się na liczby: w walkach na frontach zginęło 7,5 mln żołnierzy sowieckich, 3,5 mln niemieckich, 1,3 mln japońskich; dla porównania: 292 tys amerykańskich, 264 tys angielskich, 213 tys francuskich. Po wielkim dramacie I wojny światowej żaden z generałów amerykańskich , angielskich czy francuskich nie zaryzykowałby decyzji skutkującej zbyt wysokimi stratami ludzkimi. Rozliczany był ze skuteczności, nie z ofiarności. Przeciwieństwem tego było myślenie sowieckiego i niemieckiego dowództwa wojskowego. „U nas liudi mnogo” – taka nonszalancja uzasadniała szafowanie krwią. A w Polsce? Z jednej strony był przykład Westerplatte, gdzie kosztem życia 15 żołnierzy przez 7 dni broniono się, wiążąc kilkutysięczne siły niemieckie, zabijając 300 przeciwników. Z drugiej – Powstanie Warszawskie, gdzie straty własne wyraźnie przewyższały straty przeciwnika. Mamy więc i przykłady skuteczności i ofiarności. Pytanie: jakie wartości powinniśmy dziś upowszechniać? Czy rzeczywiście przydatne jest obnoszenie się dumą z ofiar „całopalnych”, z beztroski w szafowaniu krwi żołnierzy i cywilów?

Innym dogmatem, nieobecnym w naszej promocji historycznej, jest twierdzenie Clausewitza: „wojna jest przedłużeniem polityki”. W naszej mitologii wojna nie ma nic wspólnego z polityką, jest zmaganiem dobra ze złem (dobro to my), którego nie można po kupiecku racjonalizować. Z tą mitologią zderza się wcześniej zadanie pytania: o co polscy szwoleżerowie walczyli pod Samosierrą. Politycy decydują o udziale w wojnie, określają cele i przekonują, że nie ma innej metody realizacji tych celów, jak tylko poprzez zastosowanie przemocy. Generałowie wykonują decyzje polityczne, dbając o możliwie najwyższą skuteczność (uzyskać możliwie najwięcej najmniejszym kosztem ludzkim). Nie można, bo to niemoralne oszustwo, zasłaniać i bronić złej polityki uwypuklając odwagę żołnierzy. Sporu o powstanie warszawskie nie rozstrzygnie przypominanie o bohaterstwie żołnierzy batalionu „Zośka”. Koniecznym jest ocena decyzji politycznej o podjęciu powstania w okupowanej Warszawie.

Dążenie do prawdy historycznej nie jest i nie może być próbą zadekretowania prawdy. Każdy człowiek jest ze swej istoty niedoskonały, każde jego dzieło będzie oceniane subiektywnie. Równie uprawnione jest składanie pod pomnikiem Piłsudskiego wiązanki kwiatów z napisem „twórcy niepodległości”, jak i wiązanki drutu kolczastego z dedykacją „twórcy Berezy”. Nie można dawnych „białych plam” zastąpić nowym tabu, zakazem ocen decyzji podejmowanych nawet przez najwybitniejsze postacie historyczne. Byłby taki zakaz odpowiednikiem przekonania o naganności krytykowania decyzji każdej rządzącej władzy; a więc odpowiednikiem kultury państwa totalitarnego.

Wolność może nas poprowadzić na manowce. To jest cecha nieodłączna wolności; zawiera się w niej także prawo wyboru złej drogi. Szczęściem w każdym, opartym na wolnym wyborze działaniu ludzkim, jest wmontowany mechanizm samonaprawczy. Racjonalna, oparta na analizie rzeczywistych faktów, debata prędzej czy później pozwoli nam się zbliżyć do prawdy. Jeszcze większą wartością będzie wpojenie uczestnikom takiej debaty umiejętności krytycznej analizy decyzji politycznych i uwrażliwienie na odpowiedzialność za skutki takowych decyzji. Historia może być nauczycielką życia, tylko wówczas gdy korzystając z doświadczeń poprzednich pokoleń uczyć się będziemy podejmowania odpowiedzialnych decyzji służących dobru ogólnemu. Nie przygotowuje nas do tego ani udział w akademiach ku czci zacnych trupów ani zabawa w rekonstrukcje bohaterskiego zabijania. Tylko otwarta debata toczona w warunkach pełnej wolności umożliwi nam uczenie się na cudzych, nie na własnych błędach.

Walka aparatu państwowego z wypaczeniami w ukazywaniu obrazu przeszłości może przekształcić się w walkę ze zdrowym rozsądkiem. Być może dla rządzących wygodnym jest by ludzie zamiast myśleć ograniczali się do klaskania. Ale głupawe społeczeństwo nie stworzy mądrego państwa, a chyba na takim powinno patriotom zależeć.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 11 maja 2016 by in Edukacja, Historia and tagged .

Zasady kopiowania z witryny FWiP

Wszelkie materiały publikowane w Centrum Informacji FWiP publikowane są na zasadach licencji Creative Commons 3.0 BY-NC (Uznanie Autorstwa - Użycie Niekomercyjne) chyba, że jest zaznaczone inaczej.

Odpowiedzialność za treść artykułów

Artykuły są wyrazem poglądów ich Autorów. Za treść przedruków, ogłoszeń itp., jeśli nie jest zaznaczone inaczej, odpowiada redaktor odpowiedzialny. Dokumenty i stanowisko Fundacji Wolność i Pokój muszą być sygnowane przez władze Fundacji zgodnie z jej Statutem

Kontakt z redakcją witryny FWiP

%d bloggers like this: