Fundacja Wolność i Pokój

Centrum Informacji

Nie ma jak w armii

Jarosław Kapsa

koto

Panie Jarku, Chinczyki już w Kawodrzy, a pana do wojska biorą – zalamentowała sąsiadka. Był kwiecień 1979 r. Chińczycy, co prawda, weszli dopiero do Kambodży (a nie do częstochowskiej dzielnicy Kawodrza). Niemniej sytuacja międzynarodowa musiała być trudna, skoro Polska Ludowa sięgnęła do najgłębszych rezerw strategicznych powołując mnie do wojska.

Kolejne dwa lata poświęciłem na badania uczestniczące, poznając na próbie wyznaczonej wielkością jednostki wojskowej, mechanizmy funkcjonowania PRL. Być może dziś mamy dychotomię: demokratyczno-liberalne państwo rządzi się innymi mechanizmami niż autorytatywna organizacja armii. Wtedy panowała jedność; wojsko było PRL-em, a PRL wojskiem.

Ludowładztwo czyli fala

Człowiek przekraczając bramę koszar staje się kotem. Kolejne miesiące służby wyznaczają dalszą ewolucję. Kot staje się kociskiem, potem żołnierzem, starym żołnierzem, wreszcie rezerwą. Fala oparta na wysłudze nie jest równoznaczna z hierarchią wyznaczaną stopniami. Młody kapral jest kotem w oczach szeregowego rezerwisty, choć w tym wypadku stopień chroni go przed nadmiernie upokarzającymi doświadczeniami (z zasady kapral nie czyści butów ani nie ściele łóżka szeregowemu, nawet rezerwiście).

Fala wynika z tradycji, ale też z regulaminu. W wojsku jeżeli nawet dwóch żołnierzy wykonuje pewną czynność (sprzątania, obieranie ziemniaków), jeden musi być przełożonym, drugi podwładnym. Gdy są równi stopniem, przełożonym jest starszy stażem. W okresie Gierka tak w państwie jak i w wojsku był widoczny pewien liberalizm. Opowieści o brutalnym znęcaniu się rezerwy nad kotami należały w większości do czarnej legendy. Do wyjątków, ściganych i karanych przez formalnych przełożonych, należały przypadki fizycznego znęcania się, bicia czy gwałtów (takie zjawiska powszechniejsze były w więzieniach).

Istota jednak była niezmienna od wieków. Wojsko istnieje po to przy przetworzyć naturę człowieka, stworzyć z niego niemyślące narzędzie do wykonywania rozkazów. Musztra, wbijająca w organizm absolutnie nieprzydatne na polu walki umiejętności sztucznego stawiania kroków, była tego dowodem. Fala była podobnym do musztry elementem przetwarzania. Wchodzisz do jednostki jako człowiek, nieważne silny czy słaby, mądry czy głupi, ale obdarzony pewnym (choćby nieuświadomionym) poczuciem godności. Za bramą owe poczucie tracisz, jesteś sam wobec hierarchicznego układu, nie możesz liczyć na „kocią” solidarność; przeciwnie wszyscy, tak koty jak i starzy, uważają ten stan za normalny.. Kot ma przeżyć, nawet za cenę rezygnacji z godności, po to , by stać się starym. Wtedy może gnębić kolejnych kotów.

Żołnierz musi być przygotowany do działań absolutnie sprzecznych z naturą: ma walczyć, a więc zabijać lub ryzykować bycie zabitym. Rzadko zdarzają się psychopatyczne jednostki czyniące bez wahania jedno czy drugie. Naturę żołnierza trzeba zgwałcić, tak by przyjmował rzeczy niezgodne z naturą ze zdyscyplinowanym fatalizmem. Formalna władza, oficerowie i podoficerowie, jest w tym wypadku niewystarczająca; nie jest stale z żołnierzami, nie może ich nieustannie kontrolować, ograniczona jest w swoim władztwie przepisami regulaminu. Fala jest niezbędnym uzupełnieniem.

Mechanizm fali oparty jest na pożądaniu władzy przez większość ludzi. Nie wiem skąd się bierze przekonanie, że w naturze ludzkiej tkwi umiłowania wolności. Szereg doświadczeń i obserwacji mówi coś innego: wolność jest zjawiskiem budzącym lęk. Ludzie w skrytości tęsknią za tym by rządzić i być rządzonym. Gdy ktoś wydaje rozkaz jednostka z radością pozbywa się ciężaru myślenia nad dokonaniem wyboru. Gdy sami mamy możliwość wydania i egzekwowania rozkazu czujemy się dowartościowani poczuciem mocniejszej pozycji w ludzkim stadzie.

Fala jest oddaniem władzy nad ludem w ręce ludu. Jest sprawiedliwą demokracją; tu nie ma wykluczonych mniejszości, każdy rządzony kiedyś będzie rządził. Jest lustrzanym odzwierciedleniem imperatywu Kanta: daj sobą rządzić tak, jak chciałbyś w przyszłości rządzić innymi. Jest przykładem suwerenności ludu (ponad prawem takim czy siakim).

Jeżeli mamy kaprys każemy kotu włożyć głowę do szafki i śpiewać, gdy w tą szafkę walniemy z piąchy. I kto nam zabroni wykreowania w koszarowej przestrzeni szafy grającej…

Liberalizm

Gdy następuje próba sił w stadzie pawianów, dwie małpy wyszczerzają zęby, ta słabsza bez walki kapituluje i wypręża wobec zwycięzcy tyłek, godząc się na pokorne oddanie. W ludzkim stadzie mechanizm jest podobny, uzupełniony jednak większą niż u małp wyobraźnią. Nasz strach rodzi się nie tyle z tego co jest, ile z wyobrażenia tego co może być. Konsekwencją tego jest wyznaczanie granicy kompromisu na poziomie wyznaczonym obawą, że jeśli nie, to może być gorzej.

Wkładamy więc dobrowolnie głowę do szafki i śpiewamy, przekonani, że jeśli nie, czeka nas coś gorszego. Zawierając ten kompromis cenimy oprawcę: mógł nas pobić, zgwałcić, a on tylko kazał nam śpiewać, ludzki pan.

Liberalizm jest nadzieją, matką głupich. On nie tylko ułatwia nam przesuwanie naszych granic oporu do granic poniżej poczucia własnej godności. Jest także usprawiedliwieniem naszego hańbienia się. A nawet bodźcem do rodzenia sympatii wobec oprawcy. Jeżeli dziwimy się, że pracowniczka znosi „łaskawe” poklepywanie po tyłku przez przełożonego, jeżeli przyjmujemy za oczywiste, że szef nas „zjebie” od idiotów i pociuloków… to przyjmijmy, że ta obyczajność jest armijnego rodowodu. Władza, która może wszystko, w zależności od swojego nastroju może być dobrą lub złą. Nie mogąc zmienić czy ograniczyć władzy, staramy się by jej nastrój podyktował jej chęć bycia dobrą.

W wojsku miałem okazje poznać podstawowy standard kar dyscyplinarnych. Należał do tego ppk (praca poza kolejnością) zomz (zakaz opuszczania miejsca zakwaterowania), areszt. Każda z nich była cieniowana w zależności od egzekutorów. W ramach ppk mogłem do 22.00 szorować toalety, ale też mogłem z nich nie wychodzić do rana. Mogłem kopać jakiś dół, ale mogłem też czyścić szambo. Zomz mógł polegać na zwykłym, regularnym meldowaniu się przełożonym. Ale też był ćwiczeniem: w ciągu minuty należało w stroju przeciwatomowym, w masce gazowej i pełnym oporządkowaniem dobiec do przełożonego i odpowiedzieć na jego pytanie, typu jak nazywa się żona Presleya; błędna odpowiedź skutkowała biegiem do „konia”, by ten za mnie pomyślał. Areszt to nie tylko zamknięcie i twarde łóżko, to też rodzaj wykonywanej pracy. Jak byłem „młody” jako aresztant biegałem w butach bez sznurówek by zlewkami z kuchni karmić szczury; jako „stary król”, leniwie ograniczałem się do klejenia map. W każdy wypadku różnica między zamordyzmem a liberalizmem był ewidentnie widoczna i odczuwalna.

Liberalizacja wprowadzana w wojsku przez gen Jaruzelskiego był także widoczna i odczuwalna. To niby drobiazgi, bez znaczenia dla zewnętrznego obserwatora, ale jednak tworzące komfort codzienności. Zamiast onuc mogliśmy nosić skarpety, po kolacji mieliśmy prawo zdejmować buty i zakładać kapcie, dwa razy w tygodniu mogliśmy oglądać telewizję po „Dzienniku”. Przede wszystkim jednak ta liberalizacja powodowała ograniczenie realnej władzy przełożonych formalnych i fali do granic wyznaczanych regulaminem. Oczywiście, regulamin był tworem rozciągliwym (sam zostałem regulaminowo skazany na 2 tyg aresztu za niezgolenie wąsów w wyznaczonym czasie 60 sekund), ale dawał pewną namiastkę przewidywalności.

Liberalizacja na swój sposób obezwładnia. Pozwala przyjąć za oczywistość, że żołnierz nie ma jakichkolwiek niezbywalnych praw, a to czy jest trochę lepiej czy gorzej zależne jest od dobrego lub złego pana. Tym samym bezsensowne jest upominanie się o prawo, istotniejsze jest zadbanie o utrzymanie się rządów dobrych ludzi.

Masaż mózgu i inne ćwiczenia fizyczne

Jednostka w której spędziłem 1,5 roku słusznie nosiła obiegową nazwę Pułk Artylerii Konnej w Pleszewie, mimo, że jedyny koń był fragmentem metaloplastycznej ozdoby. Armaty naszej jednostki czas swojej świetności miały podczas zdobywania Berlina w 1945 r; podobnej historycznej klasy był inny sprzęt (oprócz nigdy niezawodzących karabinków AK pana Kałasznikowa). Podczas wielkich manewrów w pole wyruszyło ponad 50 naszych ciężarówek, ciągnących 40 armat przeciwpancernych. O własnych siłach wróciło 8 ciężarówek, a przynajmniej 2 armaty przepadły bezpowrotnie w lasach pod Bolesławcem. Wróg zatem nie był nam specjalnie potrzebny, by w razie potrzeby przegrać wojnę. Gdyby jednak raczył się pojawić, mielibyśmy przechlapane. Wyliczono nam naukowo, że czas przeżycia zwiadowców (liczony od pierwszego kontaktu z nieprzyjacielem) to 45 sekund; czas przeżycia działonu artyleryjskiego 2,5 minuty. Pacyfizm w takiej sytuacji powinien być w naszym pułku doktryną obowiązującą.

Pocieszano się sloganem „tylko musztrą i WF-em zwyciężymy z NRF-em” (NRF- RFN w czasach Adenauera). Ćwiczenie głupich kroków i biegania/czołgania w maskach gazowych nie było jednak najistotniejszym z zadań wojska. Musztrowany i fizycznie wychowywany miał być przede wszystkim żołnierski mózg. Czego żołnierz nie ma? Nie ma czasu by się nudzić, bo jak się nudzi, to mu głupie myśli przychodzą. Każde pięć minut musiało być zagospodarowane. Każda myśl mogła okazać się głupią; wyprzedzająco należało wyposażyć żołnierza we wszelkie gotowe odpowiedzi na różnorodne nurtujące go pytania.

Wychowanie musiało być spójne. Dostęp do informacji zewnętrznej musiał być filtrowany; dopuszczono lekturę tylko dwóch gazet codziennych „Trybuny Ludu” i „Żołnierza Wolności”. Starannie dobierano książki do biblioteki (w wiezieniu pod tym względem był większy liberalizm).

Dawkowano do wybranych pozycji możliwość oglądania telewizji (obowiązkowy „Dziennik” i festiwal w Kołobrzegu; inne za zgodą oficera politycznego). Przede wszystkim zabiegano, by przez liczne zajęcia, godziny wychowawcze, spotkania, prelekcje naładować odpowiednim towarem zwoje mózgowe poborowych. Mistrzostwem świata, które do dziś wspominam z uznaniem, była kampania „informacyjna” związana z pielgrzymką Ojca Świętego. Nie później niż dwie godziny po zakończeniu każdego ze spotkań Jana Pawła II przychodziła, teleksem z warszawskiej centrali, obszerna informacja, w której na jedno wypowiedziane przez Papieża słowo przypadało przynajmniej 5 słów komentarza.

Przy tej okazji odkryłem wyższość lumpiarstwa nad zaangażowaniem. W czerwcu 1979 byłem w szkółce podoficerskiej w Gnieźnie. Papież miał przejeżdżać z lądowiska do katedry dokładnie pod oknem naszych koszar. W związku z tym zarządzono opróżnienie wszystkich budynków, zgromadzenie wojska na dziedzińcu wewnętrznym i zajęciu go (bo żołnierz nie może się nudzić) zabawami typu bieganie w workach czy gra w dwa ognie. Gdy kawalkada papieska się zbliżała , nie chcąc przeoczyć historycznego widoku, dyskretnie ulotniłem się z placu zabaw i poleciałem do sali sypialnej aby z okna obejrzeć rzymskiego gościa. Z dyskrecją się nie udało, za mną jak owce za baranem pobiegli prawie wszyscy, poborowi i kadra; każdy garnął się do okna, każdy chciał przynajmniej pomachać rączką Papieżowi. I się zrobiła chryja, odebrano to prawie jak bunt. I tu wyszedł na jaw podział klasowy. Mnie, uznanego jako prowodyra karano ppk, co nic specjalnie nie zmieniało, bo jako kot na okrągło miałem prace „poza kolejnością”. Gorzej z wyłapanymi , niesubordynowanymi żołnierzami zawodowymi i poborowymi, będącymi członkami PZPR (blisko 100% kadry oficerskiej) lub ZSMP. Czyszczenie toalet to pikuś w porównaniu z koniecznością występowania z samokrytyką na specjalnych zebraniach dyscyplinujących. Stoi się na czymś takim jak golas z kaktusem w d.. i żółtą czapeczka na głowie, wysłuchując pokornie wiwisekcji życia prywatnego opatrzonych uwagami o hipokryzji i zakłamaniu. Wydawać by się mogło, że żaden przywilej związany z członkostwem partyjnym nie wynagrodzi takiego upokorzenia.

Wydaje się…? To skąd wysokie, prawie 100% upartyjnienie kadry wojskowej? Skąd ochocze wzajemne donoszenie na siebie, skąd entuzjazm w potępianiu kolegów, którzy „pobłądzili”…Ani marchewka nie była tak obficie zachęcająca, ani strach nie taki wielki. Znałem w Pleszewie jednego kapitana „dysydenta”. Rzekłbym raczej: ofiara przypadku. Szkoląc żołnierzy w celowaniu z armaty dla urozmaicenia wybierał cele na mapie Europy: wielkie miasta. Pech chciał wycelował w Moskwę; ktoś doniósł, kapitana wywalono z partii. I co? Nawet sobie to chwalił; mówił, że kariera większości oficerów i tak skończy się na przedemerytalnym majorze, a nie mając szans na awans ma w nagrodę święty spokój. Dla innych oficerów ten kapitan był egzotycznym zwierzęciem .

W powaby socjalizmu bez względu na ilość i jakość indoktrynacji nikt nie wierzył. I nie to było celem „prania mózgu”. W tym chodziło wyłącznie o spłaszczenie zwojów, o wbicie nawyku, że człowiek nie musi samodzielnie myśleć, bo ktoś inny już wymyślił jak masz żyć i co mówić.

Było to na swój sposób wygodne, a przynajmniej oszczędzało cierpień.

Jeżeli przyjmujesz rzeczywistość taką jaka jest, to wiesz co znaczy czasoprzestrzeń. Jest to określenie czynności kopania rowu: stąd do 15.30. Jeżeli przyjmujesz rzeczywistość zdefiniowaną propagandą, czasoprzestrzeń jest miejscem wiecznego pojedynku sił postępu i pokoju z siłami imperialistycznej reakcji. A jeśli zaczynasz myśleć, to wcześniej czy później zadasz sobie pytanie: co ja tu, k…, robię, w tej czasoprzestrzeni.

Ojczyzna was potrzebuje

Pominę tu różnorodne żołnierskie przygody, o których z braku lepszych tematów „weterani” opowiadają sobie przy wódce. One nie przesłaniały poczucia beznadziejnej nudy, zmarnowanych dwóch lat.

W sierpniu 1980 r wizytujący jednostkę generał wytłumaczył w krótkich słowach o co w tym wszystkich chodzi. „Ojczyzna potrzebuje ludzi potrafiących stać na baczność i odpowiedzieć:tak jest..”. I to jest sens armii z przymusowego poboru. Jakaś tam obrona Ojczyzny jest pretekstem, do tego absolutnie dwa lata służby w pułku artylerii konnej mnie nie przygotowały. Obrona socjalizmu? A kogo to obchodziło. Istota leży w takim ukształtowaniu młodych ludzi, by nie musieli myśleć, lecz tylko wykonywać rozkazy.

Czy o takim społeczeństwie nie marzy każda władza? Czy życie każdego rządu nie byłoby piękniejsze, gdyby społeczeństwo było jak żołnierze z poboru?

W naszym życiu partyjnym widoczna jest militarna moda. Ktoś mówi o sobie z dumą, że jest lojalnym żołnierzem partii; inny – lider – z radością się chwali: „moje wojsko wypite ale bitne”. Ta moda przenosi się na inne sfery życia. Kwitną defilady i muzea wojskowe, rodzą się grupy paramilitarne i rekonstruktorskie. Popularne stają hasła, by przywrócić pobór, bo „Ojczyzna w niebezpieczeństwie…”.

A z tyłu za tym patriotycznym frontonem wydaje się słyszeć błagalny zew: weźcie nas krzepko za mordy, bo bez tego nie da się żyć.

Bo nie ma to jak w wojsku, nie ma to jak w armii, armia nas wychowa, armia nas nakarmi.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 22 stycznia 2016 by in Społeczeństwo and tagged .

Zasady kopiowania z witryny FWiP

Wszelkie materiały publikowane w Centrum Informacji FWiP publikowane są na zasadach licencji Creative Commons 3.0 BY-NC (Uznanie Autorstwa - Użycie Niekomercyjne) chyba, że jest zaznaczone inaczej.

Odpowiedzialność za treść artykułów

Artykuły są wyrazem poglądów ich Autorów. Za treść przedruków, ogłoszeń itp., jeśli nie jest zaznaczone inaczej, odpowiada redaktor odpowiedzialny. Dokumenty i stanowisko Fundacji Wolność i Pokój muszą być sygnowane przez władze Fundacji zgodnie z jej Statutem

Kontakt z redakcją witryny FWiP

%d bloggers like this: