Fundacja Wolność i Pokój

Centrum Informacji

Zapiski z wyprawy w masyw Czarnohory i na Świdowiec

Romuald Hutyrczak

web-DSC_0031

2 czerwca 2007 – dzień pierwszy

Wyruszamy na Ukrainę. Trudno w to uwierzyć, a jednak się udało. Jedziemy w czterech: Krzysiek, Paweł, Wojtek i ja. W dwa samochody.

Jacek – niedoszły uczestnik pożegnał nas w okolicach PIG na ul. Jaworowej.

Około 16.00 wyruszyliśmy z Wrocławia i autostradą na wschód. W Brzesku skręciliśmy na Piwniczną. Coraz więcej gór i zieleni. Deszcz, po prostu ulewa.

Jeszcze na stacjach benzynowych zakup akcesoriów wymaganych na Słowacji kamizelki odblaskowe, żaróweczki do aut itp.

Zajechaliśmy do jakichś pokoi gościnnych w Rytrze i tam pierwszy nocleg.

3 czerwca 2007 – dzień drugi

Wstajemy bardzo wcześnie i na Słowację. Na granicy bardzo kulturalnie, bez zarzutu i jesteśmy na Słowacji. Tu się oddycha! Czuć prawdziwą Europę.

Drogi bardzo dobre. W jakimś mieście zajechaliśmy do Tesco, tam zakupy. Pogoda coraz to lepsza. Jedziemy przez góry Vyhorlat. Późnym popołudniem zajeżdżamy do niewielkiego motorestu już blisko granicy słowacko ukraińskiej na obiad. W środku zabawnie – sami policjanci i pogranicznicy. Okazało się, że mają wykupione obiady i tam się stołują. Po obiedzie ruszamy na granicę.

Ze Słowakami poszło szybko, zaś z pogranicznikami ukraińskimi już nieco trudniej. Jak oni strzegą tej Ukrainy ! Co najmniej jak Amerykanie swojego kraju. Celnik kazał wypełnić „immigration cards”. Potem pojawił się jakiś wyższy rangą, który wydawał rozkazy innym. Zajęła się nami ekipa w składzie: sołdat, owczarek niemiecki i młoda blondynka. Sprawdzali dokumenty, samochody. Owczarek oblizywał się apetycznie – chyba wyczuł kiełbasę w naszych plecakach. Nie powiem, było kulturalnie i sprawnie, ale jakoś tak niezbyt przyjemnie. Człowiek czuje się jak prestupnik.

Początkowo trudno zrozumieć ich mowę – język ukraiński jest bardziej twardy niż rosyjski i trochę się różni.

I już wjeżdżamy na Ukrainę a tu kolejny sołdat żąda od nas jakiegoś świstka. Dajemy mu te świstki i już naprawdę wjeżdżamy. Wchłaniam w siebie powietrze kresowe, staropolskie, takie prosto z „Trylogii” sienkiewiczowskiej, zachwycam się nim… ale Wojtek uświadamia mnie, że tu były Austro – Węgry i nigdy te ziemie nie należały do Polski. Tankujemy paliwo. Okazuje się tańsze o połowę niż u nas w Polsce.

Jedziemy przez wioski i miasteczka. Drogi szerokie i nawet niezłe. Samochodów mało, więc czujemy się jak Skrzetuski w stepie. Upał doskwiera, ale jest tak fajnie, swojsko, właściwie żadnego odczucia obcości. Mijamy z boku Użhorod. W Mukaczewie krótki postój. Miasteczko schludne i przyjemne, atmosfera coś jak z Krakowa albo z Wiednia tylko w mniejszej skali. Pięknie tu i to piękno co rusz przesuwa się po ulicach miasteczka…Pomnik Cyryla i Metodego apostołów Europy. Zachodzimy na kawę do kawiarenki. Kawa mocna i dobrze podana, w niczym nie ustępuje kawie z Włoch bądź Chorwacji a przy tym bardzo tania.

Jedziemy coraz bardziej w głąb gór, aż wkrótce docieramy do geograficznego centrum Europy. To ciekawe, że kilka krajów uważa, iż środkowy punkt kontynentu znajduje się właśnie u nich. Parę zdjęć, w pobliżu jakaś potańcówka ze skocznym disco polo.

Docieramy w końcu do wioski Bogdan już w Czarnohorze. Szukamy miejsca na nocleg. Uzyskaliśmy informację o turbazie. Próbujemy trafić tam. Ludzie życzliwie informują (z własnej inicjatywy) ale kluczymy i nie bardzo wiemy gdzie jechać. W końcu jakiś mężczyzna w średnim wieku zaofiarował się, że nas zaprowadzi. Wsiadł do mojego samochodu i popilotował nas. Droga wiodła ostro pod górę, po kamienistych wybojach. Jak dobrze, że nasze małżonki nie widzą co się dzieje z ich samochodzikami. Ów ! Dojechaliśmy do turbazy. To całkiem schludny budynek o standardzie przeciętnego hoteliku.

Pukamy. Nikt nie otwiera. Już zwątpiliśmy. Nasz przewodnik (Kola mu było na imię) stwierdził jednak, że „chaziain jest, on hrapata !” Faktycznie był, obudził się i zaprowadził nas na pokoje. Dostaliśmy dwa osobne pokoje każdy z łazienką. Dosyć czysto i całkiem cywilizowanie. Okazało się, że gospodarz Jurij Tymczak prowadzi tę turbazę razem z żoną, a ich córka Olesia – mistrzyni sportów zimowych gdzieś uczy się czy studiuje.

W jadalni debatowaliśmy w nastroju prawdziwie prasłowiańskim. To był wesoły i miły wieczór. Jeżeli tylko jakiś polityk nie namiesza, to Słowianie zawsze się dogadają.

Kola przedstawił się jako inspektor rezerwatu biosfery, chociaż czerwone lico i mętnawe oczy wskazywałyby, że to inspektor tak bardziej od flaszki…Obiecał, że nam załatwi wejściówki na całe góry (pamiętajmy, że to pogranicze rumuńsko – ukraińskie). Gospodarz Jurij Tymczak oświadczył zaś, że gdziekolwiek tu w okolicy będą nas sprawdzać pogranicznicy, straż leśna czy policja zawsze mamy mówić, że „my at Tymczaka”. Jak się później okazało, to rzeczywiście działało.

Kwestia czasu: na Zakarpaciu obowiązywał formalnie, urzędowo czas kijowski (jedną godzinę do przodu). Ludzie jednak faktycznie żyli jakby według czasu środkowoeuropejskiego. Jurij skomentował to w następujących słowach:

Utram na rabotu liudi idut pa naszemu czasu, a z raboty wychodiat pa kijowskomu czasu”. Ot mądrość ludowa !

I tak szczęśliwie dojechaliśmy do celu naszej podróży. Zasypialiśmy ze świadomością porannego wyjścia na właściwą wyprawę w wymarzoną Czarnohorę.

4 czerwca – dzień trzeci

Zgodnie z wczorajszymi ustaleniami Wojtek o szóstej poszedł na dół do wsi, do Koli – inspektora rezerwatu biosfery. Kola wymyślił jednak, że trzeba przyjść później bo on czeka na kogoś…

Rano śniadanie i Jurij – gospodarz Turbazy zawiózł nas na dół znowuż do Koli.

Inspektor rezerwatu biosfery gdzieś wybył, więc Jurij wziął sprawy w swoje ręce. Zawiózł nas swoim oplem frontera najpierw do sklepu. Tam się napiliśmy piwa.

Potem pojechaliśmy na posterunek pograniczników w celu zgłoszenia zamiaru wędrowania po pograniczu rumuńsko – ukraińskim. Komendanta nie zastaliśmy, ale ustne zgłoszenie zostało przyjęte.

Na koniec Jurij zawiózł nas do punktu we wsi skąd najlepiej rozpocząć wędrówkę, życzył szczęścia i wyruszyliśmy.

Droga wiodła w górę potoku. Mijaliśmy domy, potem chatki (chyba sezonowe), przez ukwiecone łąki, wgłąb doliny. Nader często mijaliśmy potężne ciężarówki z wielkimi kołami i ciągniki i pracujących przy nich robotników leśnych. Atmosfera typowo bieszczadzka albo Gór Bialskich, tylko góry bardziej potężne, rozległe. W zasadzie brak oznakowania szlaku w naszym rozumieniu. Trzeba orientować się po układzie dolin i grzbietów górskich i co się z tym wiąże po przebiegu potoków. Dopiero po kilku godzinach wędrówki pojawiły się z rzadka oznakowania zielone.

Szliśmy już wiele godzin, aby pod koniec dnia dotrzeć do maleńkiej osady pasterskiej na polanie. Składała się ona z uroczej drewnianej chatki, jakiś szopek i dużych drewnianych obór. Z chatki wyszli na próg dwaj mężczyźni. Jak się okazało budowali właśnie te obórki dla bydła. Byli przyjaźni i gościnni. Jeden z nich miał na sobie szeroki pas huculski, coś jak zbójnicy podhalańscy, więc ochoczo mierzyliśmy.

Mam wrażenie, że te pasy wyrabiają jednak stanowczo za wąskie…

Gospodarze powiedzieli, że możemy spać na czardaku*, ale w końcu wskazali drewniany barak z pryczami z desek.

Jeszcze kolacja pod gwiazdami i zasłużony wypoczynek.

* czardak – stryszek

5 czerwca – dzień czwarty

Wstajemy bardzo wcześnie i na połoninę ! Odsłaniają się przepyszne widoki na Czarnochorę , Karpaty Marmoroskie i dalsze pasma już w Rumunii.

Nie obawiamy się Hrabiego Drakuli – w końcu mamy ze sobą dużo czosnku.

Na połoninie spotykamy pasterzy i ich niewielkie stadka bydła, koni i owiec.

Pogoda piękna, ale chwilami grzmi.

Tutaj się rozdzielamy. Trzech z nas idzie na Pietrosa a Krzysiek trawersem w stronę Howerli. Umawiamy się trochę nieprecyzyjnie: albo na szczycie Howerla, a w razie burzy przed szczytem lub gdzieś za nim.

Wchodzimy na Pietros (2020 m npm). To nasz pierwszy wierzchołek w Czarnohorze. Na wierzchołku znajduje się maleńka drewniana cerkiewka, bardziej nawet kapliczka. Jej kopuła leży obok strącona przez wiatr. Żelazny krzyż mocno wygięta (przez pioruny ?). Na szczycie zimno i wiatr.

Schodzimy z Pietrosa. Zejście ostro w dół, trochę ślisko. Rozpętała się burza, deszcz mocno pada.

Znajdujemy jakąś chatkę na polanie. Widać, że nowo wybudowana. Dość przyzwoity standard: całość z drewna, ściany szczelne i palenisko w środku, taki prosty piecyk. Burza rozpętała się na dobre. Co rusz błyskawice i potężne grzmoty. Martwimy się o Krzyśka. Zaczynam przeklinać ten pomysł, że się rozdzieliliśmy. Czy Krzysiek schronił się gdzieś ? A jeżeli zabłądził ?

Decydujemy, że ja zostaję w chatce z plecakami i resztą ekwipunku, a Paweł z Wojtkiem idą na poszukiwania Krzyśka. I poszli, zniknęli w gęstniejącej mgle. Stydna się przyznać, ale strach mnie obleciał. Zostaję sam w środku lasu, do najbliższej wsi Ust Howerla (po tej stronie grzbietu) jest 17 km jeżeli wierzyć znakom na tabliczkach. Burza dalej szaleje! Człowiek chyba się boi tego co irracjonalne. Zacząłem sobie wyobrażać co się stanie jeżeli napadnie mnie niedźwiedź! Właściwie mam tylko kijki do nordic walking i latarkę. No cóż najwyżej poświecę misiowi w ślepia i on wtedy ucieknie.

Po godzinie, może półtorej godziny zjawiają się Paweł i Wojtek. Znaleźli Krzyśka całego i zdrowego. On zaszył się w innej chatce już pod samą Howerlą i zdecydował, że tam przenocuje (tu jestem pełen uznania dla jego odwagi). Już nie chciał taszczyć się z całym sprzętem do naszej chatki.

Deszcz mocno pada, ale burza powoli mija. Rozpalam ogień w palenisku, robimy kolację. Jest ciepło, bezpiecznie i swojsko jak w Chatce Puchatka w Karkonoszach. Kładziemy się spać a w piecyku trzaskają drwa i światło od płomieni pełga po ścianach i po powale.

Sława Izusu Christu !

6 czerwca – dzień piąty

Rano piękna pogoda, po burzy ani śladu. Słońce ostro świeci i od razu świat się wydaje piękny i przyjazny. Po śniadaniu idziemy w górę do chatki Krzyśka. Mijamy uroczą cerkiewkę.

Dochodzimy do krzyśkowej chaty, krótki posiłek, herbatka i już całym zespołem podchodzimy na Howerlę (2060 m npm.), najwyższy wierzchołek Ukrainy.

Po drodze spotykamy kilku turystów z Ukrainy i Czech. Ci ostatni ładnie nas powitali słowami: „Letohrad zdrawi Wrocław !” (od Wojtka, który szedł jako piewszy, wiedzieli skąd jesteśmy).

Powietrze coraz chłodniejsze. Im wyżej, tym zimniej. Wchodzimy na szczyt. Przepiękny widok dookoła. Na szczycie krzyż, ukraiński „tryzub” i obelisk nawiązujący do konstytucji ich niepodległego kraju. Dosyć sporo turystów wchodzi, schodzi, inni zaś delektują się widokami. Poznajemy młodą Ukrainę – Olę. Ładnie wypowiada się do naszej kamery. Następnie poznajemy Panią Natalię – ukraińską studentkę. Natalia studiuje w Polsce i pracuje w biurze turystycznym. Bardzo ładnie mówi po polsku, ze wschodnim zaśpiewem. Nawiązuje się miła pogawędka. Zachęca nas do wyprawy z ich biurem śladem bohaterów „Trylogii”.

Już przy zejściu ze szczytu napotykamy dawne, przedwojenne słupki graniczne, wyznaczające granicę między Polską a Czechosłowacją. Wzięło mnie na wspomnienia… Przypominam sobie, że mój dziadek w pobliskim miasteczku Nadwyrna, dość blisko Kołomyi pełnił służbę wojskową w latach 30-ch.

Przy zejściu znowu siarczysty deszcz i wiatr. Jak ta pogoda szybko się zmienia. Krótka narada zespołu. Każdy się wypowiada na temat co robimy dalej. Zwycięża opcja powrotu do „krzyśkowej chatki” a potem zobaczymy. Wracamy w deszczu. W chatce zastajemy czworo młodych turystów ukraińskich. Są serdeczni i gościnni. Częstują nas wódką i piwem czernichowskim. Proponują kanapki. Wódeczką i piwem nie wzgardziliśmy (w końcu tacy zmoknięci jesteśmy), ale za kanapki taktownie dziękujemy i odmawiamy. Zapoznajemy się. Pochodzą z Czerniowców: Alosza, Lena, Tatiana i Tolik. Robimy zdjęcia, wymieniamy adresy mailowe i długo, długo rozmawiamy. Lena i Tatiana są studentkami, jeden chłopaków też się uczy, a drugi zajmuje się biznesem.

Widać, że sporo podróżują. Byli w Turcji, a Tatiana na przykład zna Sopot i Gdańsk. Ta młodzież chyba czuje góry i ich atmosferę, więc się świetnie rozumiemy nawet tak pozawerbalnie.

Dziewczyny widzą obrączki na naszych rękach, więc pytają gdzie nasze żony. Odpowiadamy polskim przysłowiem, że „nikt nie wozi drzewa do lasu”. Wszyscy zrozumieli gdyż wybuchnęli gromkim śmiechem. Oni poszli, a my zapoznaliśmy strażnika ochrony przyrody, czy przewodnika, w każdym razie coś w tym rodzaju. Kulturalny, wylegitymował się, naprawdę człowiek pełen ogłady. Kiedy dowiedział się skąd my i dokąd zmierzamy i jak jeszcze dodaliśmy, że „my at Tymczaka” to oczywiście znał naszego chaziaina i zaproponował, że nas podwiezie do wsi Bogdan. Oprowadzał wycieczkę szkolną i miał ich odwieźć swoim „gruzawikiem”. Skorzystaliśmy chętnie. Zeszliśmy w dół do parkingu. Droga charakterystyczna gdyż kosodrzewiny wyższe od człowieka.

I już jedziemy potężną ciężarówką (za darmo). Samochód skacze po wybojach i dzielnie przedziera się przez błota. Na pace, razem z nami grupa dzieci z młodym nauczycielem. Dzieci gadatliwe, spontaniczne i wesołe jak wszędzie.

Zwracam uwagę na wygląd wiosek. Dominuje budownictwo drewniane, ładne i schludne obejścia. Niestety większość domów pokryta wszechobecnym eternitem. Drugi typowy obrazek to krowy i owce wracające z pastwisk. Kroczą niespiesznie i pobrzękują dzwonkami. Kolejne odczucia swojskości takiej z kielecczyzny z lat mojego dzieciństwa.

Zajeżdżamy do wsi. Wysiadamy w centrum tuż koło komendy „pograniczników” i tu niespodzianka. Podchodzi do nas starszy pan i mówi „Komendant was wzywajet”. Zaskoczenie. No to kupą Mości Panowie ! Idziemy do komendanta. Komendant w czerwonej koszuli, ręce w kieszeniach, stoi jak szeryf, w otoczeniu kilku sołdatów. Witamy się grzecznie i tłumaczymy, gdzie chodziliśmy i po co i że „my at Tymczaka”. Szeryf jest pozytywnie nastawiony, władza doznała szacunku, więc możemy iść w pokoju. Rzekł nam „szczaslywa” na pożegnanie i jesteśmy wolni!

Wieczorkiem jeszcze piwka w miejscowym sklepie/kafejce. Przysiadł się młody Ukrainiec. Popijamy piwo, prowadzimy „rozhowory”. Pytam czy teraz im lepiej, czy za czasów Sawieckawa Sajuza. I co się okazało ? Za czasów sowieckich było znacznie lepiej!

Na turbazie powitał nas Jurij i jego małżonka. Wspólna pogawędka z Jurijem przy kolacji.

7 czerwca – dzień szósty

Ruszamy samochodami do wioski Kwasy u stóp pasma Świdowca. Zostawiamy pojazdy pod sklepem powierzając je opiece właściciela sklepu (on tam też na stałe mieszka z rodziną).

Idziemy w góry. Nieco inny charakter tego łańcucha górskiego. Jeszcze więcej pasterstwa. Docieramy do osiedla położonego powyżej granicy lasów, już na połoninach. Niespotykanie dużo chatek, szopek i stajenek. Część porozwalanych. Co nas uderza, to autentyczność miejsca. Żadnego udawania, żadnego skansenu i działań „pod turystów”. Sporo krów, parę koników i chyba kilka owieczek. Odgłosy dzwonków na krowich szyjach. Zachodzę do chatki pasterzy. Okazuje się, że gospodarzy tu małżeństwo z wioski Kwasy wraz z dziećmi i jednym pomocnikiem. Mają dom we wsi. Na wiosnę wyganiają stado i pasą je do początków jesieni. To poszczególni mieszkańcy wsi powierzają im swój inwentarz. Pasterze są niskiego wzrostu, zdecydowanie drobni. Raczej nie wyglądają na zestresowanych swoją pracą. Kupiliśmy świeże mleko a na wieczór zamówiliśmy ser. Bagaże zostawiliśmy u nich. Nie ma problemów z noclegiem . Ile mamy zapłacić?

Gospodarz macha ręką i mówi coś co rozumiemy jako „dogadamy się”.

Pasterze wskazali nam jakąś chatkę na obrzeżach osiedla.

Wypiłem bardzo dużo mleka, chyba ze dwa litry i mam teraz problemy żołądkowe. Ale co tam! Przecież wykupiłem ubezpieczenie medyczne na ten wyjazd. W ogólnych warunkach umowy ubezpieczenia jest ze 20 stron drobnym maczkiem i jestem przekonany, że tego typu przypadki też są uwzględnione przez ubezpieczyciela. Czuję się dość osłabiony, toteż Paweł aplikuje mi dawkę supradynu. Zjadam też jakieś czekoladki wysokoenergetyczne i tak umocniony idę w górę.

Udajemy się na połoniny. Hektary, dosłownie hektary jagodzisk. Potężne przestrzenie bez człowieka i zwierzęcia. Zdobywamy Bliznicę. Piękne i groźne widoki na grani – kotły polodowcowe i języki śniegu w rozpadlinach od strony północnej.

Wracamy już o zachodzie słońca. Zachodzimy do naszych gospodarzy. Siedzą w swojej chatce. W piecyku płonie ogień. Na stole świeczka. Dość surowe warunki na co dzień. Ale to tylko latem, wszak na jesień wracają do swoich stałych domostw. Chwilę rozmawiamy z całą rodziną.

Nasza chatka to „hotelik wielogwiazdkowy”. Dosłownie, bo w dachu spory otwór pewnie po dawnym palenisku i widać migoczące gwiazdy.

8 czerwca – dzień siódmy

Pogawędka z gospodarzem. Pytam go o sytuację w ich regionie i on również potwierdza, że za czasów sowieckich było znacznie lepiej. Przedstawiłem wówczas swoje polskie doświadczenia, że u nas w okresie transformacji 18 lat temu też było ciężko, ale teraz to nieco inaczej.

Zapłaciliśmy za nocleg i rozpoczęliśmy wędrówkę w dół do wsi.

Po drodze Paweł i Wojtek zawzięcie i z pasją fotografowali roślinność (tak było też w poprzednich dniach). Języczniki, lepiężniki, jaskry, pięciorniki i storczyki… Powariowali całkiem. Tak prowadziliśmy z Krzyśkiem trasę powrotu żeby nie trafić znowu na jakąś łąkę gdyż sesje fotograficzne przedłużały się w nieskończoność.

Odjazd z Kwasów. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze na obiad do eleganckiego zajazdu. Dobre jedzonko – pieczone ziemniaki z dużymi kawałkami „sała”, kotlety coś w rodzaju mielonych i wielowarzywne sałatki czego nam ostatnio trochę brakowało.

Krótki postój w Rachowie – najwyżej położonym miasteczku na Ukrainie. Zaopatrzenie sklepów dość nędzne. Brak na przykład punktów sprzedaży pamiątek (rękodzieło, pocztówki itp.). Zwiedzamy piękną, nową cerkiew. Masę złoceń, zapach kadzidła (chociaż w tym momencie nie ma nabożeństwa) ikony i przepiękne freski.

Ciekawy obrazek: na głównej trasie do Mukaczewa pasterze przepędzają stada bydła. Wszystko się zatrzymuje – tiry i samochody osobowe, żeby krowy mogły spokojnie przejść.

W Mukaczewie zatrzymujemy się na kawę. I tu, na zasadzie łyżki dziegciu w beczce miodu, jedyny nieprzyjemny akcent podczas całego wyjazdu.

Zaparkowaliśmy w centrum, a tu zjawiają się dwaj policjanci. Legitymują Pawła. Paszport, dowód rejestracyjny, bumaga notarialna na samochód, tłumaczenie bumagi na ukraiński… Wszystkie papiery w porządku, więc nie mogli się przyczepić. No to stwierdzili, że parkować tu nie wolno. Jak to –pytamy- przecież wszyscy parkują naokoło. Ale oni mają upoważnienie. Tłumaczymy, że nie wiedzieliśmy i tak dalej, że my tylko na kawę i zaraz sobie pojedziemy.

Policjant na to: „To wy idete na kawu, a ty [tu wskazał na Pawła] astaniesz! ”

Poszliśmy na kawę po dwudziestu minutach dochodzi zdenerwowany Paweł. Okazuje się, że zażądali 20 euro, ale Paweł powiedział im, że da tylko 10 dolarów. Podobno za „pilnowanie auta”, żeby inny patrol nie przyszedł i na przykład nie założył obręczy na koła…

A kawka znowu wspaniała, wprost rewelacyjna i wyjątkowo mocna.. Zamówiłem drugą i trzecią. Dostałem takiego „pałeru” i jasności umysłu, że mógłbym pod sam Kijów zajechać.

Znowu granica. Ukraińcy byli dość spokojni, za to Słowacy dokładnie nas przetrzepali. Około północy wjechaliśmy na Słowację. Ach! Powietrze unijne!

Czujemy się jak u siebie.

Nocleg w znajomym „motorest”. Dostaliśmy elegancki pokój na poddaszu.

9 czerwca – dzień ósmy

Przejazd przez Słowację do Polski. Krótki postój w Starym Sączu (urocze miasteczko). Z Wojtkiem sporo rozmawiamy o skomplikowanych relacjach polsko – niemieckich. I w tym zakresie Wojtek wykazuje się sporą znajomością tematu, podobnie zresztą jak zna historię całej środkowej Europy i świat flory tego regionu. W okolicach Strzelec Opolskich rozstajemy się. Trzech kolegów rusza na Wrocław, zaś ja do Olesna.

Spoglądam w kierunku Ukrainy. Na połoninach pewnie już zachodzi słońce.

Galeria zdjęć (autor: Paweł Różański)

Advertisements

One comment on “Zapiski z wyprawy w masyw Czarnohory i na Świdowiec

  1. Mariusz
    15 stycznia 2016

    Szacun dla Wrocławian! Odważna i ciekawa eskapada.- no i te pejzaże!
    A swoją drogą ciekawe czy mieszkańcy nadal tęsknią z sowieckim sojuzem

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 14 stycznia 2016 by in Nieskategoryzowane and tagged .

Zasady kopiowania z witryny FWiP

Wszelkie materiały publikowane w Centrum Informacji FWiP publikowane są na zasadach licencji Creative Commons 3.0 BY-NC (Uznanie Autorstwa - Użycie Niekomercyjne) chyba, że jest zaznaczone inaczej.

Odpowiedzialność za treść artykułów

Artykuły są wyrazem poglądów ich Autorów. Za treść przedruków, ogłoszeń itp., jeśli nie jest zaznaczone inaczej, odpowiada redaktor odpowiedzialny. Dokumenty i stanowisko Fundacji Wolność i Pokój muszą być sygnowane przez władze Fundacji zgodnie z jej Statutem

Kontakt z redakcją witryny FWiP

%d blogerów lubi to: