Fundacja Wolność i Pokój

Centrum Informacji

Skowyt

Jarosław Kapsa

ten

Jest rzeczą naiwną wiara, że w prawdziwej demokracji lud gromadził się w miejscach publicznych (na agorach, forach, rynkach), by kulturalnie debatować w imię dobra wspólnego. W znanej mi rzeczywistości historycznej, od czasów starogreckich po współczesne, jeśli demokratyczny tłum wymieniał poglądy, to zwykle się to kończyło mordobiciem.

Przez to, gdy kraj jest we wzburzeniu emocjonalnym, a lud podzielony na grupy kibolskie, ryzykownym dla mnie jest zabieranie głosu; zwłaszcza, że wbrew pozorom, dbam i cenię swoją mordę. Sercem mnie ciągnie za racjami prezentowanymi przez Radka i Gwidona; ale wątpliwa satysfakcja z upierania się przy swym zdaniu nie jest rekompensatą, gdybym przez to miał zrazić sobie innych przyjaciół: Mariusza, Marka czy Wieśka. Mam nadzieję, że nawet w tym okresie wstrząsów nie da się zniszczyć tak wielkiej wartości, jaką jest odbudowana dzięki Fundacji WiP przyjazna solidarność ludzi, o wspólnych doświadczeniach z przeszłości.

Nie mniej, przepraszając kornie, jeśli kogoś urażę, przynudzę Was pewnymi obawami, wyrażonymi przez konserwatystę (liberalnego aczkolwiek, ale jednak konserwatystę). Konserwatystę, który z pesymizmem przyjmuje, że nic stworzonego przez człowieka (w tym prawo i instytucje) nie będzie nigdy idealne; ale mimo to trzeba chronić rzeczy sprawdzone przez wieki użytkowania, odrzucać to co okazało się tym historycznym sprawdzianie szkodliwym, naprawiać to co naprawić się udaje i używać nie tylko własnego, ułomnego rozumu, lecz i skumulowanych doświadczeń wielu pokoleń, by potrafić rozróżnić: co warto zachować, co trzeba odrzucić, a co można poprawić.

Cenię więc pewne sprawdzone wartości, a do nich zaliczam moje państwo i prawo w tym moim państwie obowiązujące. Cenię owe wartości nie przez serce i sentyment (ja to nawet za Polakami specjalnie nie przepadam), ale przez rozum. Mniej mnie interesuję kto moim państwem rządzi, nie mam też ambicji współrządzenia; istotniejsze jest dla mnie prawo bycia dobrze rządzonym. Doświadczenie historyczne w przypadku Polski mówi, że lepiej się było rządzonym w swoim państwie, a nie na obszarze podlegającym obcemu państwu. Jeśli zaś o prawo chodzi, to choć bywa ono niedoskonałe, irytujące, a czasem nawet złe, w ogólnym rachunku lepiej jest by wszyscy przestrzegali obowiązującego prawa, niż gdyby każdy stosował w życiu swoje reguły gry.

Rozwińmy owe tezy, odnosząc je do bliskich nam wydarzeń. W sprawie państwa najwyżej cenię sobie słowa napisane w 1776 r przez Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych:

Uważamy następujące prawdy za oczywiste: że wszyscy ludzie stworzeni są równymi, że Stwórca obdarzył ich pewnymi nienaruszalnymi prawami, że w skład tych praw wchodzi życie, wolność i swoboda ubiegania się o szczęście, że celem zabezpieczenia tych praw wyłonione zostały wśród ludzi rządy, których sprawiedliwa władza wywodzi się ze zgody rządzonych, że jeżeli kiedykolwiek jakakolwiek forma rządu uniemożliwiałaby osiągnięcie tych celów, to naród ma prawo taki rząd zmienić lub obalić i powołać nowy, którego podwalinami będą takie zasady i taka organizacja władzy, jakie wydadzą się narodowi najbardziej sprzyjające dla szczęścia i bezpieczeństwa. Roztropność, rzecz jasna, będzie dyktowała, że rządu trwałego nie należy zmieniać dla przyczyn błahych i przemijających, doświadczenie zaś wykazało też, że ludzie wolą raczej ścierpieć wszelkie zło, które jest do zniesienia, aniżeli prostować swoje ścieżki przez unicestwienie form, do których są przyzwyczajeni. Kiedy jednak długi szereg nadużyć i uzurpacji, zmierzających stale w tym samym kierunku, zdradza zamiar wprowadzenia władzy absolutnej i despotycznej, to słusznym i ludzkim prawem, i obowiązkiem jest odrzucenie takiego rządu oraz stworzenie nowej straży dla własnego przyszłego bezpieczeństwa.

Demokracja, wśród wielu oczywistych wad, ma jedną zaletę; pozwala w sposób pokojowy zmienić rząd, który zdaniem większości był rządem złym. Bez względu na prywatne poglądy akceptuję i szanuję fakt, że rząd PO-PSL został uznany za zły (moim zdaniem zasłużył na taka opinię), a co za tym idzie zmieniony. Procedury demokracji narzucają swoistą roztropność, stąd kadencyjność wybranych władz uwalniająca je od dyktatu zmiennej opinii publicznej. Szanować więc należy fakt, że w normalnych okolicznościach parlament wybieramy na cztery lata; i w takim przedziale czasu mamy legalną możliwość wpływu na wybór rządu. Absurdalnym byłoby negować decyzję wyborców wmawiając im, że byli okłamywani, czy dali się skusić 500 złotymi na dziecko. Przecież ktoś głosujący na PiS był świadomy, że jest to partia pana Kaczyńskiego, Macierewicza i Kamińskiego; próżnym jest użalanie, że tym politykom oddano w ręce realną władzę. Nie broni się zarzut o kupienie głosów; lewica chciała płacić więcej, lecz lud widać nie chciał skorzystać.

Przywołana wyżej opinia Ojców Założycieli dopuszcza możliwość rebelii, a więc obalenia, po za procedurami demokratycznymi, legalnie wybranego rządu. Ten wyjątek możliwy jest jednak tylko gdy: „ długi szereg nadużyć i uzurpacji, zmierzających stale w tym samym kierunku, zdradza zamiar wprowadzenia władzy absolutnej i despotycznej”. Przy całej sympatii dla naszych kolegów działających w KOD, nie da się obronić takiego zarzutu wobec rządu Zjednoczonej Prawicy. Mogę uważać (i uważam) pana Ziobrę za łajdaka, mogę się wkurzać na słowa prezesa Kaczyńskiego Mogę z niepokojem obserwować naruszanie zasad i procedur w parlamencie, próby rozszerzania władzy politycznej na instytucje, które powinny być niezależne Ale to wszystko nie jest jeszcze „długim szeregiem nadużyć i uzurpacji” mającym na celu wprowadzenie władzy absolutnej i despotycznej. Oczywistym i naturalnym jest prawo do protestowania przeciw rządowi (nawet najlepszemu i popieranemu przez zdecydowaną większość). Ale nie ma usprawiedliwienia i uzasadnienia dla rebelii. I tej też, jak sądzę, nikt poważnie nie szykuje.

Porobiło się tak u nas, że polityka stała się grą na emocjach. Przypomina to rozniecanie entuzjazmu wśród kibiców meczów piłkarskich. Wielu zresztą nie kryje sympatii do tego wzorca, stąd prócz odniesień wojskowych (wierni żołnierze prezesa partii, ilość szabel w Sejmie itp), modna jest symbolika kibolska. W takiej kulturze istotny jest podział my-oni, budujący tożsamość grupy, przy jednoczesnym usprawiedliwianiu swoich i piętnowaniu innych. Nasi nie faulują, tylko taktycznie opóźniają grę; nie oszukują, tylko stosują fortel taktyczny Innymi słowy każdy środek stosowany przez naszych jest dobry; ten sam stosowany przez przeciwnika – strasznym łotrostwem. W takiej kulturze słowa tracą swój zwykły sens. Czy jest w stanie obrazić mnie pan Kaczyński nazywając „gorszym sortem”? Nie, podobnie jak gołębia nie obrazi opinia kynologa. Pan Kaczyński jest zawodowym patriotą, a więc nie można go podejrzewać o kompetencje w zakresie genetyki; swoimi słowami nie ocenia obiektywnej rzeczywistości, ale mobilizuje płatników swojej pensji do ewentualnej, większej ofiarności.

Sorry, taki mamy klimat. Jak nie chcę być obrażany wrzaskiem „Żydzi, Żydzi, cała Polska was się wstydzi” to nie chodzę na mecz ŁKS (jeśli ten klub jeszcze istnieje). Może to ogranicza nieco moją wolność, ale słowa nie noszące za sobą realnej treści nie rodzą rzeczywistego zagrożenia.

Jest jednak w tym wszystkim coś złego, niezauważalnego dziś, lecz niosącego poważne zagrożenie na przyszłość. Cechą tego co uznać można za „bycie dobrze rządzonym” jest stabilność i przewidywalność. Nie wyobrażamy sobie nawet by ktoś, posiłkując się uchwałą Sejmu, unieważnił posiadane przez nas pieniądze twierdząc, że banknoty podpisane są przez niewłaściwego prezesa NBP (panią Gronkiewicz – Waltz czy pana Belkę). Tak jak nie wyobrażamy sobie, by ktoś odebrał nam dom, bo kupiony został w oparciu o „nieaktualną” ustawę z 1997 r Stabilność i przewidywalność wynika z istnienia określonego porządku prawnego.

Tu nie chodzi o Trybunał Konstytucyjny, ale właśnie o szacunek dla porządku prawnego. Mówiąc szczerze, to jako zwykłe obywatelstwo możemy bez większych szkód obyć się bez Trybunału Konstytucyjnego. Większość naszych podstawowych uprawnień nie wynika tylko z Konstytucji, lecz z szeregu podpisanych i honorowanych porozumień międzynarodowych, w tym zwłaszcza z członkostwa w Unii Europejskiej. Jeśli rządząca większość zlikwiduje Trybunał i podporządkuje sobie Sąd Najwyższy to skaże się sama na to, by spory z rządzącymi rozstrzygane były przed obcymi trybunałami. W tradycjonalistycznym ujęciu zamiast wzmocnić, osłabi to suwerenność polskiego państwa. Ponieważ uważam, że prawa osobiste jednostki stoją wyżej niż suwerenność państwa (tak to też ujmuje przytoczona Deklaracja Niepodległości); ten dyskomfort rządzących jest mi obojętny. Podobnie rzecz się ma z ambicjami utrzymywania złotówki i politycznego opanowania RPP i NBP; dopóki rządzący zwiększają zadłużenie, bez względu na to kto kieruje polskim bankiem centralnym, realna nasza suwerenność się zmniejsza. I nie muszę tego dowodzić przywołując grecki przykład; każdy, kto wziął kredyt hipoteczny na zakup mieszkania wie jakie są konsekwencje w postaci ograniczenia osobistej wolności.

Nie chodzi więc tylko o Trybunał Konstytucyjny. Gorzej, że w tym sporze padają słowa, pozornie nie noszące za sobą realnej treści, lecz jak woda podmywające fundamenty porządku prawnego państwa.

Zacznę tu od szanownego pana Prezydenta Państwa. Pan Andrzej Duda, osobiście niczym się w swoim życiu nie odznaczył na tyle, by zasłużyć na mój szacunek. To uczucie wynika tylko z jednego, szanuję w jego osobie „najwyższego przedstawiciela Rzeczypospolitej Polskiej” (okazując tym samym szacunek mojemu państwu). Ale skoro ta cześć wobec Prezydenta wynika z Konstytucji, to i osoba sprawująca ten urząd powinna go uszanować. Zatem Prezydent powinien przede wszystkim „czuwać nad przestrzeganiem Konstytucji” i być „gwarantem ciągłości władzy państwowej”. Dodajmy do tego wymóg prawny dotyczący każdego urzędnika: Prezydent „wykonuje swoje zadania w zakresie i na zasadach określonych w Konstytucji i ustawach”.

Jeśli dana osoba, nawet (lub zwłaszcza) sprawująca najwyższy urząd, nie wypełnia swoich zadań w wyznaczonym zakresie i na określonych zasadach, rezygnuje tym samym z prawa do szacunku związanego z funkcją. Staje się także złym przykładem. Wyobraźmy sobie owe tysiące lokalnych włodarzy, wójtów, burmistrzów, prezydentów, którzy usprawiedliwiając się demokratyczną legitymacją swobodnie interpretują sposób i zakres wypełniania swoich zadań. Każda władza demoralizuje, każdy ma pokusę poszerzenia swojej władzy. Wielu wójtów z przyjemnością, gdyby tylko mogło, nie zatwierdziłoby wybranych w drodze konkursów dyrektorów szkół, lub innych jednostek, bo ich prywatnie nie lubi, lub uważa za nie swoich. Tylko, z punktu widzenia obywateli, czy to tak ma wyglądać, że władza robi co chce, a my jej najwyżej możemy naskoczyć. Czy państwo jest wtedy silniejsze, czy słabsze?

Podobną pretensję adresuje do pani Premier. Jako urzędnik mam wbitą w głowę regułę świętości terminów załatwiania spraw. Terminowość i zgodność z prawem wydawanych decyzji administracyjnych (ich nieuchylalność przez sąd administracyjny) są podstawowym kryterium oceny jakości pracy urzędnika. I słusznie, bo jakość życia mieszkańców, zależna jest właśnie od takiej przewidywalności zachowań urzędniczych. Nie zapowiada się, by biurokratyczność państwa spadła; przeciwnie nawet sztandarowy projekt rządu 500 zł na dziecko, wymaga urzędniczego oprzyrządowania. W takiej sytuacji Pierwszy Urzędnik Państwa (a tym jest Premier), nie powinna wdawać się w twórcze tworzenie interpretacji terminu „niezwłoczne”. Niech sobie wyobrazi żyjącą z trudem z pensji „od pierwszego do pierwszego” rodzinę, dla której ta pomoc 500 zł, będzie zależna od „gumowej” interpretacji słowa „niezwłocznie” przez biurokratów wydających zaświadczenia i decyzje.

Są słowa, które ranią lub bolą. To można znieść, obronić się śmiechem. Ale są słowa, które psują pewien istniejący porządek, podmywają przez to fundament naszego bytowania. Owe niewidoczne straty odczuwalne mogą być przez wiele lat, niszcząc zaufanie obywateli do własnego państwa.

Jeśli nawet ktoś powie, że przecież takie wypowiedzi jedynie odsłaniają fakty, które istniały od lat w naszym, byle jakim, państwie; to też nic tłumaczy. Hipokryzja jest cenna, bo to kłamstwo kłania się cnocie. Nie jest zdrowiej, gdy dzieje się na odwrót.

Urzędników nikt nie lubi (ja też), więc przyjmuje się receptę by możliwie najbardziej ograniczyć ich władzę uznaniową, spętać procedurami prawnymi i proceduralnymi. Nie zawsze jest to możliwe i sprawiedliwe. Widać to w pomocy społecznej. Kryterium dochodowe uprawniające do otrzymania 500 zł na dziecko inaczej wygląda w realiach rodziny mieszkającej na „pięterku „ w domu teściów na wsi pod Częstochową; inaczej dla rodziny wynajmującej na zasadach komercyjnych (lub spłacającej kredyt mieszkaniowy) w Warszawie. Tu aż się prosi o odejście od sztywnych kryterium, na rzecz uznaniowości uwzględniającej rzeczywisty poziom życia.

Jednak, co do zasady, zgodzić się możemy, że nie charakter urzędników, ich osobowość czy sympatie polityczne decydują o dobrym urzędzie, lecz obowiązujące pracujących w nim przepisy i procedury.

Inaczej rzecz wygląda z sądem. Tu skala uznaniowości musi być z natury rzeczy szeroka. Jak szeroka? To jest ciągły spór doktrynalny. Przyjmijmy bowiem jako normę prawną, oczywistą, przykazanie: „nie kradnij”. Jeśli będziemy uszczegóławiać i za każdą opisaną formę kradzieży wyznaczać sankcję karną, wpadniemy w pułapkę. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć i zdefiniować wszystkich form kradzieży (np: czy użycie cudzego nazwiska jest kradzieżą? Czy nie płacenie mandatu jest kradzieżą? itd). Nie jesteśmy też w stanie obiektywnie zważyć szkodliwości czynu (kradzież 300 zł emerytce żyjącej z 1000 zł jest dolegliwsza dla poszkodowanej, niż kradzież 300 zł. prezesowi Orlenu). Nie jesteśmy w stanie dookreślić skutecznej i sprawiedliwej sankcji dostosowanej do charakteru sprawcy (3 dni aresztu dla uczciwego wcześniej sprawcy jest bardziej dolegliwe niż 30 dni dla wyjadacza-recydywisty).
Sądy muszą dysponować władzą uznaniową by wyroki mogły być sprawiedliwe. Pamiętać jednak należy, że prawie każdy wyrok powoduje niezadowolenie przynajmniej jednej strony. Skazany będzie czuł się poszkodowany surowością, a ofiara przestępstwa odczuwać może zlekceważenie swojego bólu przez niski wyrok dla sprawcy. To nie jest miłe i łatwe być boginią Temidą. Jeszcze gorsze w sporach czysto cywilnych, gdzie zapętlenie urazów sięgać może kilku pokoleń wstecz.

Nie da się z pokrzywionego drzewa ludzkości wyrąbać prostych desek. Jedynym, co może utrzymać poczucie sprawiedliwego państwa jest autorytet sędziego.

Sąd orzeka w oparciu o literę prawa, ale także posiłkując się własną wiedzą i doświadczeniem. Dobrze, by zarówno ta wiedza jak i doświadczenie życiowe było jak najszersze. Najważniejsze, że sąd orzeka w imieniu państwa, symbolicznie podkreśla to łańcuch z orłem zawieszony na todze. „Ja jestem tu sam” – tak powiedział kiedyś pewien sędzia do bandy żulików na sali – „Ale za mną stoi cała potęga Rzeczypospolitej”. I to (było to przed wojną) skutecznie uspokoiło łotrów z Kiercelaka.

Czy dziś sędzia może coś takiego powiedzieć? Czy czujemy, że za sędzią orzekającym wyrok stoi cała potęga Rzeczypospolitej? Czy zdajemy sobie sprawę, że państwo nie budujące autorytetu sądu przestaje być państwem prawa, przestaje przez to skutecznie stać na straży naszych swobód i własności?

Ideałem jest mikst dobrego prawa z dobrym, cieszącym się społecznym autorytetem, sądem . Nasza niedoskonałość nigdy jednak nie jest w stanie stworzyć ideału. Zresztą, czy ktoś się o to troszczy? Czy na wzór przedwojenny nasza III Rzeczpospolita stworzyła Komisję Kodyfikacyjną budującą kompletny fundament kodeksowy państwa? Przed wojną Sejm miał odwagę przyznać się do własnej niekompetencji i oddać tworzenie prawa fachowcom. Dziś w Sejmie byle dyletant gotów jest produkować przepisy prawne, w celu zaspokojenia oczekiwań tabloidów. Jeśli krytykuje się wadliwość działań sądów III Rzeczpospolitej, to warto najpierw poznać na jakim fundamencie przepisów prawnych owe sądy muszą orzekać. Czy przedłużające się sprawy, związane z koniecznością przesłuchania kilku tysięcy świadków, to wynik obstrukcji sądu, czy jakości obowiązującego prawa?

Sądy tworzą ludzie; a więc i wśród sędziów będą ludzie źli, poddający się korupcji, zdemoralizowani. Jest, oczywiście, pewna różnica. Fakt, że gdzieś komuś kelner napluł do kawy, tworzyć może ograniczoną w swoim zasięgu „czarną legendę”, nie niszczącą całej polskiej gastronomii. Zły sędzia, sędzia przestępca, jest jak ksiądz pedofil: niszczy zaufanie społeczne dla całości porządku publicznego. W obronie tego porządku, w obronie własnego autorytetu, sami sędziowie powinni takowego, możliwie szybko wywalić ze swojej gildii zawodowej. Na ten argument sceptycy odpowiedzą: nad przyzwoitość silniejsza jest solidarność środowiskowa, kruk krukowi oka nie wyłupi. Może i nie, ale czy jest inna recepta. W jaki sposób pogodzić zasadę niezawisłości sądów z wprowadzeniem możliwości zewnętrznego „czyszczenia” środowiska sędziowskiego? Prawo takie przyznane dobremu rządowi w dobrym celu, szybko może być przejęte przez zły rząd, w niecnym celu.

Nawet w systemie, gdzie niezawisły sąd kontroluje orzecznictwo innego niezawisłego sądu, w każdym państwie uznawanym za państwo prawa, jest kilka procent orzeczeń odbieranych jako rażąco niesprawiedliwe. To się zdarza, bo nikt nigdzie nie stworzy ideału. Czy mamy prawo oceniać całość systemu przez pryzmat tych błędów, a nawet czasem przestępstw? Czy mamy prawo niszczyć w związku z tym autorytet sądów? I co proponujemy w zamian?

Naszą świadomość uformował PRL (choć nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę). Patrzymy więc na salę rozpraw i nie dziwi nas, że potęga państwa stoi za prokuratorem, a nie za sędzią. To prokurator zamyka do aresztu, to prokurator decyduje kto jest winny. Na sędziego patrzymy podejrzliwie, prawie jak na wspólnika oskarżonego. To jest właśnie system sowiecki. Tego chcemy, znów zakochaliśmy się w Feliksie Dzierżyńskim?

Od Ministra Sprawiedliwości oczekiwać można budowania dobrego systemu prawnego i wzmacniania autorytetu sądu. Nie bawią mnie i cieszą, miny ministrów „papierowych Feliksów”, nawet jeśli uroczo wyglądają na ekranie TV. Wyrok sądu zbyt mocno łączy się z krzywdą i dramatem ludzi, by miał stać się przedmiotem pi-arowskiej gry.

Wyjątkowo niezręczne i szkodliwe były też słowa doktora prawa, pana Prezydenta Rzeczpospolitej, o konieczności wprowadzenia „parytetu politycznego” w Trybunale Konstytucyjnym. Jeżeli tam, to czemu nie w innym sądzie? Czy sprawiedliwości stanie się zadość, gdy w każdy składzie orzekającym będą reprezentowani sędziowie z PiS i z opozycji, w proporcji odpowiadającej preferencjom wyborczym? Nie brnijmy w absurdy. Nie ma dowodu na to, że zależność od tego kto wysuwał kandydaturę do TK wpływała dotychczas na orzecznictwo Trybunału. Zamiast takowych dowodów prezentuje się przed-sądy; a na przesądach utrwala się jedynie ciemnotę ogółu. Przykre, że coś takiego wyraża absolwent wydziału prawa UJ; ale widać taki jest efekt umasowienia szkolnictwa wyższego.

Nie ma powodów, ani uzasadnienia do rebelii. Nie można z góry przesądzać, że rząd PiS będzie najgorszym, że poważnie zagrozi naszym podstawowym swobodom. W tym zakresie trudno pobić rekordy ustanowione przez rząd pana Millera (obecnie kreującego się na obrońcę demokracji).

Ale dla mnie, jako konserwatysty, jest szereg poważnych powodów do niepokoju. To co się dzieje, zamiast wzmacniać moje państwo, prowadzi do jego osłabienia.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 23 grudnia 2015 by in Społeczeństwo and tagged .

Zasady kopiowania z witryny FWiP

Wszelkie materiały publikowane w Centrum Informacji FWiP publikowane są na zasadach licencji Creative Commons 3.0 BY-NC (Uznanie Autorstwa - Użycie Niekomercyjne) chyba, że jest zaznaczone inaczej.

Odpowiedzialność za treść artykułów

Artykuły są wyrazem poglądów ich Autorów. Za treść przedruków, ogłoszeń itp., jeśli nie jest zaznaczone inaczej, odpowiada redaktor odpowiedzialny. Dokumenty i stanowisko Fundacji Wolność i Pokój muszą być sygnowane przez władze Fundacji zgodnie z jej Statutem

Kontakt z redakcją witryny FWiP

%d bloggers like this: