Fundacja Wolność i Pokój

Centrum Informacji

ja robol – ja wykształciuch

Grzegorz Majewski

20151215_123028

W latach osiemdziesiątych pracowałem jak robotnik w zakładzie zbrojeniowym. Moją świadomość kształtowali ludzie pracujący ciężko, będący znakomitymi fachowcami w zakresie obróbki metali dla potrzeb lotnictwa. Ludzie niezwykle inteligentni, spotkałem nawet robotnika z II klasą mistrzowską w szachach (!) a czytający podziemną literaturę historyczną wcale nie byli czymś osobliwym. Z niektórymi łączyły mnie wyjątkowe więzi, takie jakie mogą być zawiązane przy wspólnym przeżywaniu niebezpieczeństw-razem działaliśmy w podziemiu. W tym kręgu byli też i inteligenci-wszyscy byli sobie równi, co mnie wtedy z ledwo rzucającym się zarostem dwudziestolatka nie dziwiło, ale z pewnością dopingowało. Bo czyż młody człowiek może być bardziej dowartościowany, niż jak starszy o ponad 20 lat kolega inżynier każe mu mówić do siebie po imieniu? Wiem, że wielu dawnych działaczy z podziemia w tamtym zakładzie wspiera dzisiaj PiS. A pamiętam jak skandowali podczas demonstracji „Lech Wałęsa!”. Jak to się stało?

Dla mego pokolenia, ludzi urodzonych w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku komunizm był normą, w jakiej się wzrastało, kształtowało własną świadomość, bawiło i pracowało. Nie było alternatyw, szumne opowieści o preferencjach w kształceniu dzieci rodzin robotniczych z przyczyn różnych, także obiektywnych, były jedynie frazesami. Na studiach, zwłaszcza na kierunkach obleganych, uczyły się głównie dzieci milicjantów, lekarzy, nauczycieli, prawników. Tajemnicą poliszynela było, że chcąc zostać lekarzem, trzeba mieć tatę-mamę lekarkę, a żeby zostać adwokatem-tatę lub mamę adwokata. Przyznawane wtedy punkty za pochodzenie robotniczo- chłopskie pomagały w dostaniu się na kierunki mało oblegane, z gorszymi perspektywami. Kolejki w sklepach były codziennością, braki w towary stwarzały normę, dzięki której coś ponad przydział się „załatwiało” lub „skombinowało”. Te eufemizmy oznaczały najczęściej, że ktoś coś ukradł, żeby sprzedać to nam. Albo nas lubił albo miał w tym interes, bo my mu „załatwiliśmy” co innego.

Tą naszą codzienność, jaką znaliśmy, potrafiliśmy się w niej poruszać nagle, z dnia na dzień niemal zamieniliśmy na coś, co niektórzy zwą demokracją, niektórzy kapitalizmem. Czy są nimi w istocie nie będę się tutaj zajmował, bowiem nie dlatego to piszę.

Kiedy wszedłem do podziemia, decyzją niebyt świadomą ( miałem 16 lat) poznawałem ludzi szlachetnych, pełnych idei, poświęcających czas , zdrowie i ryzykujących życie. Po wpadce w 1986 roku środowisko to mi się poszerzyło. Będąc w konspiracji nie zdawałem sobie nawet sprawy, jak wielka jest liczba ludzi „spalonych”, mogących działać jedynie jawnie, by nie przynosić zagrożenia dla podziemnej struktury. Stałem się swego rodzaju maskotką-wobec braku wśród jawnych działaczy młodych robotników byłem zabierany na wszelkie spotkania, gdzie wrodzona nieśmiałość nie pozwalała mi się odzywać. Widywałem wtedy dziennikarzy z USA, Niemiec, Francji. Związkowców z tych krajów, przedstawicieli ich ambasad. Zazwyczaj milczałem, ponieważ moja wiedza w porównaniu z intelektualistami z jakimi przebywałem była znikoma -cóż ja do Józka Piniora, Leszka Budrewicza, Piotrka Ikonowicza czy z młodszych-Pawła Kocięby lub Pawła Kasprzaka?

Tworzyliśmy prawdziwe społeczeństwo obywatelskie. To wtedy można było zobaczyć na piwie w knajpie (najczęściej mordowni), inteligenta z robotnikiem, jak wymieniają się…książkami i co brzmi dzisiaj jak herezja-uwagami o przeczytanej literaturze. Robotnicy, dobrze wykształceni zawodowcy byli trzonem systemu, ale i Solidarności oraz innych grup opozycyjnych odwołujących się do solidarnościowych korzeni. Przenikanie się wzajemne środowisk było tak oczywiste, że nikt się nawet nie zastanawiał, z jakim to historycznym zjawiskiem mamy do czynienia-co nam z tego zostało? NIC.

Nastąpiły przemiany, a wraz z nimi ostry podział na tych co potrafią i na tych, co nie potrafią. W obu grupach znaleźli się byli uczestnicy walki z podziemia czy ze struktur jawnych. W ogniu przemian ci, którzy się usadowili na stołkach sejmowych, w zarządach firm państwowych czy w rządzie, zupełnie zapomnieli o niedawno wychwalanych tak ludziach pracy najemnej, bez udziału których sama inteligencja nie byłaby w stanie obalić systemu. Mogłaby co najwyżej uczyć się nowych zawodów na dalekim kole podbiegunowym, gdzie najbardziej godnym ich zajęciem byłoby pasanie reniferów.

Wygraliśmy. Zwyciężyliśmy. Radość trwała krótko, nieco ponad rok. Zaczęły się wtedy zawinione i niezawinione upadki przedsiębiorstw, które były wykupywane przez przedsiębiorstwa zachodnie w różnych celach. Niestety często po to tylko, by zniszczyć konkurencję. W rezultacie ci, bez których nie udałaby się żadna manifestacja w stanie wojennym, ci, którzy z narażeniem życia, czasem je tracąc strajkowali-zostali na przysłowiowym lodzie. Pozostaje zapytać, co dla byłych działaczy struktur podziemnych Solidarności zrobili ich koledzy z Solidarności? Odwrócili się plecami. I to niebyło jeszcze najgorsze-najgorsze było to, jak w pouczającym tonie opowiadali o nieudacznikach, jak z pogardą patrzyli na kolegów, którzy nagle stoją w kolejce po zasiłek nie dający prawa do przeżycia. Ciężar walki o niepodległość nieśli robotnicy, oni też ponieśli największe konsekwencje zmiany systemu. Sami sobie zgotowali ten los. Za walkę o naszą wspólną niepodległość dostali pogardę, tym boleśniejszą, że wyrażaną przez ich byłych kolegów i koleżanki, którzy wcześniej, gdy ich potrzebowali, prześcigali się w zapewnieniach o niemal miłości do klasy robotniczej.

Kiedy wykształciucha dotknęła choroba, czy sytuacja go przerastająca, w wyniku której spadał niżej, a tak stało się z kilkoma naszymi przyjaciółmi, oświeceni także nie pomogli. Ci ludzie na równi z robolami klepią naszą polska biedę, często nie jedząc i śpiąc pod mostem. A piszę o ludziach zasłużonych, obecnych na kartkach książek, gdzie opisuje się ich poświęcenie.

Z małymi wyjątkami, inteligencja stała się klasą wyższą, posiadającą. W wielkich ośrodkach, zwłaszcza w Warszawie zapachniało dobrobytem urzędniczym, zaczęły się tam lokować międzynarodowe firmy. Praca była tylko dla wykształconych i znających języki obce. Oni stali się nową klasą wyższą, hołubioną przez posłów, senatorów z dawnej, podziemnej Solidarności. Co się stało, że odwrócili się plecami od koleżanek i kolegów będących często w skrajnym ubóstwie? Można tylko domniemywać-sam często rozmawiając z nimi słyszałem wypowiedzi świadczące o pogardzie dla tych „gorszych”. Często, kiedy rozmawialiśmy na moją uwagę na temat różnicy w sytuacji padało jakże upodlające i odczłowieczające-„nieudacznicy zazdroszczą”. Co się stało?!!!

Znam tylko jeden przypadek dawnego lidera Solidarności, który zatroszczył się o swoich przyjaciół z podziemia. Zbyszka Janasa z Warszawy. Kiedy umierała na raka jego łączniczka zrobił wszystko by miała pieniądze na leczenie. Po jej śmierci postarał się o rentę dla dzieci, mimo że były z nią kłopoty nie załamał rąk i tak długo nawiedzał odpowiedzialne instytucje, że załatwił. Pomagał tak wielu swoim koleżankom i kolegom w złej sytuacji. Zawsze od nich odbiera telefon, co nie jest częste wśród ludzi sukcesu. Czy jest jedynym? Nie sadzę, pewnie tak nie jest, ale musi być ich strasznie mało, skoro znam tylko jednego. Nie, nie jednego. Jest jeszcze Piotrek Ikonowicz, ale to inna bajka, człowiek, któremu nawet kościół powinien stawiać pomniki za jego zaangażowanie w obronę ludzi biednych- chociaż sam Piotrek z kościołem jest delikatnie pisząc -daleko.

Syci zarządzali krajem na swój sposób, robili kariery, wchodzili do zarządów spółek-nikt z pierwszych posłów Solidarności nie cierpi biedy-wszyscy są dobrze sytuowani, gdy coś się działo, zmieniała się władza-koledzy z ław sejmowych podają rękę i lokują w spółkach skarbu państwa, lub innych, zaprzyjaźnionych przedsiębiorstwach. Czy to jest złe? Jeśli są to fachowcy z bogatą wiedzą, a posłowie raczej takimi są, bowiem biorą udział w wielu pracach legislacycjnych, gdzie trzeba się „nauczyć” danej branży, a spojrzenie mają szersze od zwykłego człowieka, to nie widzę w tym niczego złego. To zjawisko tłumaczy jakoś coraz większe oddalenie, z jakim mamy dzisiaj do czynienia. Na to nakładają się dodatkowe podziały z podziemia, gdzie jedni byli przeciwnikami drugich, podziału przeniesionego przez Wałęsę kiedy został prezydentem. Anna Walentynowicz czekała wiele lat, do prezydentury Lecha Kaczyńskiego na uhonorowanie jej za wieloletnią działalność na rzecz wolnej Polski. Jej znaczenie starano się zbagatelizować, uczynić mniej ważną od Wałęsy. Dzięki Instytutowi Pamięci Narodowej i wielu innych historyków nie udało się.

Anna Solidarność ma swoje godne miejsce w naszej pamięci. Bo mogliśmy się z nią nie zgadzać, ale zasług dla obalenia komunizmu tej biednej (dosłownie!!!) kobiecie nie odejmiemy. Tak jak i Wałęsie. Można go nie lubić-sam mam do niego dystans za jego megalomanię i obojętność na los dawnych opozycjonistów-ale zasług nie odmówię.

Powtórzmy: Anna Walentynowicz, jedna z najstarszych opozycjonistek w Polsce, osoba dzięki której zaczęły się strajki sierpniowe- czekała na odznaczenie państwowe 17 lat. Podczas gdy jej dużo mniej zasłużeni koledzy po 3-4 latach wyglądali jak bożonarodzeniowe choinki.

Pojawia się pytanie-czemu tak zapiekle wycinano z pamięci tą drobną, niezwykle zasłużoną kobietę? Czemu jej dawni koledzy, zwłaszcza Lech Wałęsa wzięli tym udział? Nie wiem. Nie wiem czemu syci koledzy zubożałej Anny Walentynowicz, suwnicowej ze Stoczni Gdańskiej odwrócili się do niej plecami? Ludzie podziemia, do których „oświeceni” mają tylko pogardę są z tej strony.

Ten podział na tych, co się załapali lub/i się im udało funkcjonuje do dzisiaj. Opozycjoniści z oświeconych kręgów nie podjęli ani jednej inicjatywy by przywrócić godność robotnikom zapomnianym, żyjącym w nędzy. Kiedy środowiska opozycji antykomunistycznej przygotowały swój projekt o pomocy kombatantom w nędzy, kancelaria prezydenta, złożona z sytych i oświeconych ucięła go tak, że teraz człowiek w złej sytuacji nie będzie zdychał z nędzy-będzie z tej nędzy umierał. 400pln miesięcznie dla kogoś, kto nie posiada niczego i to tylko przez rok-potem może dalej zdychać. A czy to aż tak wielkie obciążenie dla budżetu pomóc godnie? Oczywiście że nie, więc co zadziałało Państwo syci? Zazdrość, zawiść czy zwyczajny brak empatii?

I widziałem biedę. Dużo. Bardzo dużo. Skończyłem studia, miałem dobrą pracę-wszedłem do innego świata, gdzie nikt nie eksperymentował z brakiem matury, wszyscy byli nowocześni, liberalni, bardzo rzadko kiedy ktoś mówił coś innego. Wspomnienie o biedzie było jak puszczenie bąka w salonie, przecież wszystko zależy od nas, każdy ma równe szanse. Czy każdy?

Lata dziewięćdziesiąte. Jakaś knajpka. Podchodzi dziecko i prosi o coś do jedzenia. Przyzwyczajony do wielu naciągaczy, proponuję kanapkę jaką mam ze sobą. Chłopczyk niemal wciąga w całości, prawie bez gryzienia. Patrzy na mnie wdzięcznymi oczyma-mam świeczki w oczach. Coś mu kupuję, chociaż sam nie jestem bogaty. Tan chłopiec też miał równe szanse?

Pracuję w koncernie zagranicznym, mam dobry zarobek, służbowy samochód, telefon komórkowy, laptop. Jestem w Koszalinie. Na parkingu zaczepia mnie chłopczyk i prosi o coś do jedzenia. Idę z nim do sklepu, robię zakupy, ekspedientka ściszonym głosem do mnie mówi, ze chłopczyk nie jest naciągaczem, naprawdę zbiera dla rodziny. Gardło łapie skurcz. Spotkałem go kilka razy, zawsze robiłem drobne zakupy, potem przestałem go spotykać, pewnie opieka społeczna wreszcie wzięła się do pracy-pytanie jak? Czy odebrali dzieci rodzicom? To dziecko tez ma równe szanse?

Wracam ze Szczecina, koło Zielonej Góry biorę na stopa kobietę, matkę pięciorga dzieci. Mąż na rencie, nie dają sobie rady. Kobieta dorabia jako prostytutka. Naprawdę to były równe szanse? Dodam, że kobieta pochodziła z Nowej Soli, tak oburzonej teraz na słowa dzisiejszej premier na temat biedy w tym regionie.

Gdzieś w Polsce, jedzie ze mną kobieta stopem, matka trojga dzieci. Płacze, że znowu nic dla nich nie dostała w opiece. Daję jej kilka złotych na chleb. Wstyd mi do dzisiaj, że nie miałem więcej. I za odruch wykształciucha. Gdy zapytałem się czemu nie pracuje, odpowiedziała że „nie dają”. Pomyślałem wtedy z odruchem wyższości, to czemu sama nie szukasz? A jak ma się szukać kiedy mieszkała sama z małymi dziećmi?!

Jedziemy z kolegą, na drodze klęczy chłopiec, żeby go zabrać. Stajemy. Zabieramy ze sobą, opowiada swoją historię. Razem z kolegą dajemy mu kilkadziesiąt złotych, gardła coś nam dławi.

Kim jesteśmy żeby oceniać kobietę prostytuującą się dla dzieci? Chcą jeść, a moi syci koledzy z Solidarności takich mają za nic, wiec radzą sobie jak potrafią, dochodząc często do granic,

a nawet je przekraczając. Programy pomocowe dla tych ludzi ogłaszane szumnie w mediach były zwykła kpiną z tych biednych ludzi.

Afera podsłuchowa obnażyła bez retuszu korupcję wśród „oświeconych”. Płacenie kartą służbową za prywatne obiady musi boleć i budzić odruch protestu. Media na opisanie tego zjawiska używają słów zamienników-nieprawidłowości, niejasności itp. Jakie niejasności? Złodziejstwo jest złodziejstwem i prości ludzie maja tylko to słowo na nazwanie tego procederu. I słusznie.

Na jednym z obiadków podano wino za (chyba) 900pln. Mniej więcej tyle wynosi zasiłek dla bezrobotnego, za który musi często przeżyć rodzina pięcioosobowa cały miesiąc. A nasi dawni koledzy nic sobie z tego nie robią, zapomnieli o miłości do ludu pracującego- wykształciuchy mają prawo. Plebs ma milczeć i słuchać. I żywić nowych panów. A oni się dziwią, że ludzie oddają głosy na prawicę? Niedawno przeczytałem tekst Piotrka Ikonowicza na ten temat-Piotrek ma 100% racji.

Wielu kombatantów naszej walki o wolność musiało wyjechać z kraju w poszukiwaniu pracy, by mogli wyżywić siebie i rodzinę. Nie wygoniła ich komuna, oferując paszporty na zachód za przerwanie działalności-zrobili to po zwycięstwie ich przyjaciele – wykształciuchy. Czasem mam wrażenie, że jedyne co „oświeceni” mają do zaoferowania tym, którzy nie dają sobie rady to łopata-żeby mogli siebie sami zakopać.

Advertisements

8 comments on “ja robol – ja wykształciuch

  1. Paweł Kasprzak
    18 grudnia 2015

    Nie wydaje mi się niczym mądrym wprowadzać tego rodzaju klasyfikację. Albo taką historiozofię. Tekst ma walor osobisty, wypada odpowiadać anegdotą na anegdotę, a tego nie bardzo chcę robić, ponieważ nie chcę plotkować. Mogę tylko powiedzieć garść rzeczy bezpiecznych, które nikogo nie zabolą, a oczywiście więcej powiedziałyby historie bolące. Tych zaś nie chcę opowiadać. Musiałbym mieć ważniejszą okazję, żeby w bolące miejsca wkładać ludziom łapy.

    Kubuś Kocięba — tu wspomniany — był bogaty z domu o skomplikowanej historii. Nawet bardzo bogaty, bo była to zamożność amerykańskiego lekarza pomnożona przez ówczesny dolarowy przelicznik. Wielokrotnie rozdawał te swoje majętności, a beneficjentami jego niezbyt zdrowej szczodrości byli głównie uruchmiający własne biznesy przedstawiciele klasy robotniczej spośród naszych dawnych towarzysyszy broni. Nie wykształciuchy — robole. Nie marzący o braterstwie i solidarności, tylko o własnym interesie. Co nie jest zarzutem. Tylko kontrprzykładem wbrew Grzegorza generalizacjom.

    Leszek Budrewicz i jego historia jest tyleż znana, co nieprzyjemna. Leszka też tu wspomniano. Wykształciuch w roli ofiary. I pomagano mu i go na lodzie zostawiano. Tak i tak bywało.

    Sam też się załapałem na wzmiankę. Nie ma mnie w żadnej polityce i żadnych apanaży nigdy nie miałem. Mam fajny dom — na kredyt wzięty na starość. Rzadko kiedy jest tak, że w nim nie mieszka ktoś. A to kumpel z rewolucji w kłopotach — robol, czy wykształciuch, bez różnicy, a to bezdomny chłopak wzięty wprosty z ulicy do domu. Rzadko kiedy dobrze się kończą te historie, bo ludziom w prawdziwych kłopotach pomaga się trudno i nie jest to — delikatnie mówiąc — wdzięczne zajęcie. To i inne moje „hobby” (a jest nim również edukacja patologicznych wiejskich dzieci i podobne historie) doprowadzają mnie regularnie do sytuacji, w której i teraz się znajduję, a w której nie odbieram telefonów, bo to dzwonią komornicy i kontakt ze światem utrzymuję wyłącznie mailowo. Nikt z kumpli mi nie pomaga, a ja mam nie tylko takich, którzy się po prostu urządzili, ale też takich, którzy są bogaci nieprzyzwoicie. Leszek Czarnecki był np. zarejestrowanym TW. Znałem go z Politechniki i NZS. Lubiliśmy się i lubimy — na ile mogę sądzić po zdawkowych siłą rzeczy i niezmiernie rzadkich kontaktach. Na mnie też wtedy donosił, jak słyszę. Coś tam pomógł niedawno w jednym z moich projektów 😉 Inni — nic.

    Poza Janasem na przykład Frasyniuk pomaga kumplom z tamtej przeszłości, a nawet dawnym przeciwnikom rozmaitej proweniencji. Kasą, załatwianiem pracy, chodami w służbie zdrowia, czym się da. Problem z nimi — z przywódcami tego formatu — jest ten, że ilość ich kumpli jest dziś niezliczona, a tych w potrzebach rozmaitych też bardzo znaczna i łatwo sobie wyobrazić, że przyprawia o opuszczenie rąk. Frasyniuk zawsze będzie więcej takich, którym nie pomógł od tych, którym pomóc chciał i zdołał. Janas zresztą też — założę się, bo to jest prosta arytmetyka.

    Kiedy pierwszy raz wyjechałem wreszcie za granicę i dotarłem do Stanów, pierwszy raz zobaczyłem ludzi żebrzących na ulicach — własnie tam, bo w Polsce ich jeszcze nie było. Nie tylu w każdym razie. Chodziłem po Waszyngtonie w przepisowym szarym garniturze i idąc wzdłuż jednej ulicy pozbyłem się wszystkich banknotów i drobnych. Oddawszy ostatni z nich przysiadłem obok ostatniego obdarowanego i poprosiłem, żeby mi pożyczył jeden ze swoich kartonów, żebym miał do czego zbierać. Odmówił 😉

    Codziennie mam takie wrażenia. One nie mają niczego wspólnego z rewolucją. Nie obciąża tych moich wrażeń poczucie zdrady ideałów rewolucji ani świadmość porzucenia klasy robotniczej przez intelincję, która na ich grzbietach wjechała na sale w Sowie i Przyjaciołach — bo ten obraz jest po prostu nieprawdziwy. Tu nie ma ideologii, nie ma zdrady, nie ma sprzedanych ideałów, choć za tymi zapomnianymi sam tęstknię. To jest po prostu arytmetyka i mozliwości.

    Ja mam zresztą maturę. Jaki ze mnie, kurwa, inteligent?

    • h
      20 grudnia 2015

      Ale Panu Majewskiemu chodzi chyba o powody,które stały u podstaw tego, iż potrzeby członków Solidarności nie zostały zabezpieczone przez system Nowej Wolnej Polski. Czyż nie?

  2. Zdzichu
    18 grudnia 2015

    Zawsze jest tak, że na sztandarach są wypisane ideały. Na banknotach nominał.

  3. Grzegorz Majewski
    18 grudnia 2015

    Paweł, przy całym szacunku, bardziej chodzi mi o pomoc systemowa, nie o pojedynczych ludzi. Napisałem o tych pojedynczych, których znam-o Władku nie wiedziałem, fajnie, że to napisałeś. Cieszę się. Tylko, czemu zapomnieliśmy wszyscy słowo „Solidarność”? I o Tobie, ja napisałem tylko o młodym bardzo inteligentnym człowieku, od którego się uczyłem…

  4. Gal
    18 grudnia 2015

    A na ulicę wychodzą ludzie nie w sprawach socjalu, czyli konkretów ale w sprawie dłubania przy TK. Kłopot polega na tym, że zostaliśmy tak wytresowani przez elity, zarówno neoliberałów jak i konserwę, że zupełnie oduczyliśmy się (szara masa) normalnie reagować. Łykamy kity i albo problemem są imigranci albo dżendero-geje albo kilka świeczek pod krzyżem, żołnierzyk na warcie w miesięcznicę albo goły tyłek w teatrze. Teraz, jak wiadomo, ,,trwa wielki zamach na demokrację, mamy dyktaturę i zmierzamy do faszyzacji”. Gdy PiS, zacznie krewić na poważnie (a stanie się to prędzej czy później, bo wybierając pomiędzy samolotem bezzałogowym, finansowaniem nowych służb tajnych-widnych, pensjami prezesów a uczciwą wypłatą dla pielęgniarki, ta ostatnia zawsze -w obecnym systemie- zostanie olana)
    nie będzie już słów by to opisać, bo przecież jak się zaczyna od ,,dyktatury i faszyzacji” to na czym można skończyć? Nie będzie też zaplecza logistycznego kadrowego dla protestów (no, chyba, że Petru z Wyborczą zaczną walczyć o górników 🙂 bo ono się pojawia tylko przy poważnych sprawach np.
    ,,zagrożeń demokracji”.

    Na naszych oczach robi nam się kisiel w głowie, dawno nie miałem tak wyraźnego o tym przeświadczenia. Przyznam jednak, że dostrzegam taką samą pewność u innych, którzy widzą to wszystko zupełnie inaczej niż ja. Znając niektórych wiem, że nie kierują się złą wolą ani własnym interesem. Ale się porobiło…
    Pozdrawiam serdecznie.

  5. Krystyna Badurka-Rytel
    19 grudnia 2015

    Ja jestem z innej bajki i mam do Panów takie pytanie: o co walczyła Solidarność? Przecież gdyby walczyła o poprawę losu robotników, to nie wyrzucałaby ich póżniej na bruk. Solidarność oszukała miliony ludzi. Poszli za hasłem „wszyscy mamy jednakowe żołądki”, walczyli o socjalizm z ludzką twarzą, nie o kapitalizm i wolny rynek. To związani z Zachodem politycy-liberałowie wykorzystali ich, aby ten ustrój zainstalować i przy okazji postawić sobie na Zachodzie rezydencje – ich celem były własne korzyści. Jakie mieli morale, jeśli wszystko zniszczyli, co wybudowała Polska Ludowa płacąc bardzo zaniżone wynagrodzenia na rzecz potencjału militarnego, przemysłowego, i wykształcenia wszystkich, którzy chcieli się uczyć?.

  6. ROBERT
    21 grudnia 2015

    Grzesiek,

    Twój tekst jest ważny bo napisany sercem,a nie rozumem.Pozwolisz,że jednak będę trochę z nim polemizował.
    1)Moi rodzice mieli zawody: technik ekonomista i nauczycielka(wielu moich znajomych ze studiów miało rodziców z wykształceniem średnim).Mój brat skończył medycynę,siostra pedagogikę ja studiowałem prawo.Naprawdę w latach 80. jak ktoś miał maturę i był na tyle kumaty,żeby zdać egzaminy wstępne i utrzymać się na studiach to mógł spokojnie studiować.Szlaban pojawiał gdy dana osoba podczas studiów była represjonowana przez SB wtedy dziekani i rektorzy zachowywali się różnie.To co opisujesz to zaczynało się po studiach praktycznie wszystkie zawody dające prestiż i kasę były w PRL zamknięte i przeznaczone dla dzieci nomenklatury komunistycznej.
    2)Opozycja niepodległościowa(SW,KPN,część NZS,RKS) nie była zapraszana na na „salony”opozycyjne we Wrocławiu.Już wtedy kontakty ze środowiskami zachodnich dziennikarzy,dyplomatów,związkowców były monopolizowane przez jedną opcję jakbyśmy dzisiaj powiedzieli liberalno-lewicową(RKW,PPS). Tylko dlatego mogłeś pomilczeć sobie w tym towarzystwie.
    3)Jestem jedną z kilku osób z tzw. I i II NZS we Wrocławiu,która nigdy po 1989 r. nie zerwała kontaktów z regionalnym NSZZ „S”. Poczynając od udziału we wszelkich inicjatywach upamiętniających Sierpień ‚ 80,stan wojenny,historię opozycji lat 80. po bieżące kontakty dot. m.in.: pomoc przy organizacji np. Biegu „S”, Pielgrzymek Ludzi Pracy,pisaniu relacji do Miesięcznika Solidarność Dolnośląska,kontaktowaniu osób wyrzucanych lub szykanowanych z firm,gdzie nie działają ZZ z prawnikami związkowymi celem udzielenia pomocy z prawa pracy,zasad ubezpieczeń społecznych lub uzyskaniu skutecznej pomocy socjalnej.
    4)Gdy chcesz na kogoś liczyć licz na siebie.Podam Ci przykłady oddolnej organizacji struktur po 1989 ,które pomogły wielu ludziom z opozycji antykomunistycznej z lat 1944-89 na Dolnym Śląsku jak i na Kresach,gdzie są korzenie niektórych z nas.To Fundacja Wspólnota Pokoleń,która zajmuje się pomocą socjalną dla osób represjonowanych przez komunistów w kraju oraz Stowarzyszenie Odra-Niemen,która taką pomocą otacza osoby walczące w podziemiu niepodległościowym zarówno w latach 1939-1944 jak i podczas tzw. II okupacji sowieckiej na d.Kresach II RP,które były niejednokrotnie podawane represjom i szykanom przez władze sowieckie aż do 1991 r. Obie te organizacje pozarządowe założyli ludzie z opozycji z lat 80 (NZS,SW,MKO,NSZZ „S”).Nie ma w nich wielkich nazwisk,ale jest chęć niesienia pomocy tym, o których III RP zapomniała.Obie organizacje zaczynały działalność od Wrocławia,a teraz swoją działalnością obejmują też inne regiony Polski.
    5) Pięknie napisałeś o Annie Waletynowicz,która kilkanaście lat temu mając wyznaczoną operację w Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi nie miała nawet na bilet kolejowy z Gdańska.A na drugim biegunie jest p.Henryka Krzywonos,która od 2009 (wtedy ukończyła 56 lat) pobiera emeryturę specjalną przyznaną jej przez ówczesnego premiera w kwocie 6 200 zł/miesięcznie(vide jej Oświadczenie majątkowe na stronie sejm.gov.pl).Czyli zawsze byli równi i równiejsi.
    6) System,która stworzyła III RP jest czymś w rodzaju oligarchii oświeconej gdzie biedni będą coraz biedniejsi,a benificjenci coraz bardziej bogaci.

    • Grzegorz Majewski
      23 grudnia 2015

      Robert, wielkie dziękuję za głos polemiczny. Tekst oprócz pisania duszą czy sercem, ma swoje wymagania, a takim jest jego długość. Z tych powodów sa tam pewne uproszczenia, jakie dla ludzi żyjących w tamtych czasach nie stanowią problemu z ich odczytaniem. Żeby dokładnie opisać perspektywy młodych ludzi w PRL należałoby zrobić spora analizę na kilkaset stron maszynopisu i uwzględnić, że studiowało maksymalnie (z uwzględnieniem żałosnych szkól partyjnych, wojskowych i milicyjnych) maksymalnie 8% społeczeństwa. Piszesz, że matura była łatwa do zdobycia…nie do końca. Kiedy nie dostałem się do technikum w LZN, zaproponowano naszej sporej grupie naukę w zawodówce, potem technikum dzienne po zasadniczej. Rok dłużej, a to samo. Wielu na to poszło, bowiem zdawali prawie sami pasjonaci lotnictwa. W 1983 roku, kiedy byłem w drugiej klasie Jaruzelski zlikwidował prawie wszystkie technika dzienne po zasadniczej zamykając tym drogę do normalnej, dziennej nauki. Chyba nie dziwisz się, że wszyscy poczuli się oszukani? Rzeczywistość tamtejsza była nieco bardziej skomplikowana, zwłaszcza z punktu widzenia dzieci robotniczych. W tym systemie brakowało robotników, dlatego starano się za wszelką cenę wepchnąć tam jak największą ilość społeczeństwa. Wśród kandydatów na studia humanistyczne starano się w komisjach egzaminacyjnych uwalać absolwentów techników, argumentując to tym, ze mają zawód i mogą już pracować. (pamiętam taka rozmowę z Arturem, opisywał to zjawisko, ponieważ zetknął się z nim jeszcze w 1991 roku) W rezultacie wielu dzisiaj jest np. motorniczymi w tramwajach mimo że kończyli elitarną bądź co bądź w tamtym czasie szkołę. Dorzucę Ci, że wymarzony kierunek studiów bardzo często był jedynie w większych ośrodkach, dzisiejszych miastach wojewódzkich, co rodziny ze słabszymi dochodami eliminowało na starcie-jedni podjęli wysiłek, wysłali tam syna, córkę, a inni nie byli w stanie.Gdyby robić uczciwą analizę szans w PRL, to nie będzie ona prosta. Wiele zależy od indywidualnych przypadków, a przecież nasze losy są zawsze indywidualne…

      Moje uwagi o baku pomocy byłym opozycjonistom są do ówczesnych elit. Pomoc poprzez fundacje nie zastąpi systemowej, kiedy wszyscy się starzeją i chorują. Wielu choroba dotknęła na złym zakręcie, kiedy nie mieli ubezpieczenia, a harowali na czarno, bo pracodawcy nie chciało się zatrudnić go na biało. To ogromny problem naszych przemian, ludzi, którzy sobie wtedy nie dali rady było wielu, błędnie myślano, że jak ktoś świetnie funkcjonuje w podziemiu, to na powierzchni będzie orłem. Często nie był i padał ofiarą dziewiętnastowiecznego kapitalizmu jaki u nas zapanował. Sam rozmawiałem wtedy z niektórymi liderami, a pamiętasz, ze ze mną tez nie było najlepiej, i byłem przerażony ich opiniami. Nigdy nikogo o nic nie prosiłem i dzięki temu słyszałem co nasi „liderzy” mówili o tych, co sobie nie dają rady. W 1999 roku odwiedziłem na strychu Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu Józka Piniora, wtedy wykładowcy na tej uczelni. Po uściskach wynikłych z radości długiego niewidzenia rozmawialiśmy kilka godzin. Józek powiedział wtedy, będąc na marginesie życia politycznego krytykę naszych kolegów, z która się zgadzam. Zabrakło wyobraźni na skale Andersa. Ludziom wychodzącym z podziemia, poobijanym, często potrzebny był psycholog, psychiatra nawet (niektórzy przechodzili wyjątkowo brutalne śledztwa, lub byli np. gwałceni w wiezieniach), tracili uprawnienia do wykonywanych zawodów (lekarze, piloci, pielęgniarki itd). Recepta wg. niego było stworzenie programu dla nich, by każdy odnalazł swoje miejsce. pomoc przy odzyskaniu uprawnień, sfinansowanie studiów, bądź powrotu na nie, a nawet pomoc przy zrobieniu matury. I ja się z nim zgodzę. Gdyby ten system stworzono, nie byłoby dzisiaj tak ogromnej ilości nieszczęść wśród ludzi bardzo zasłużonych dla Polski. Ni8e wiem co Józek zrobił potem dla tych ludzi, wiem, że senat za jego kadencji przyjął żałosna ustawę o pomocy kombatantom w wysokości oszałamiajacych 400pln. przez rok czasu. Cóż, może punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia?
      pozdrówka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 18 grudnia 2015 by in Historia, Społeczeństwo and tagged .

Zasady kopiowania z witryny FWiP

Wszelkie materiały publikowane w Centrum Informacji FWiP publikowane są na zasadach licencji Creative Commons 3.0 BY-NC (Uznanie Autorstwa - Użycie Niekomercyjne) chyba, że jest zaznaczone inaczej.

Odpowiedzialność za treść artykułów

Artykuły są wyrazem poglądów ich Autorów. Za treść przedruków, ogłoszeń itp., jeśli nie jest zaznaczone inaczej, odpowiada redaktor odpowiedzialny. Dokumenty i stanowisko Fundacji Wolność i Pokój muszą być sygnowane przez władze Fundacji zgodnie z jej Statutem

Kontakt z redakcją witryny FWiP

%d bloggers like this: