Fundacja Wolność i Pokój

Centrum Informacji

Mit nieodzowny

Jarosław Kapsa

Obraz 060

Kim jesteś, Ottonie Schimku ? Dezerterem? Tchórzem? Bohaterem ? Świętym ? A może po prostu zwyczajnym facetem, któremu odechciało się wojny? Który powiedział sobie: dość, ja strzelać nie będę. Dzisiaj dopisujemy ci legendę; dobrą czy złą, to zależy od czyjegoś serca i politycznej opcji. Wmieszany zostałeś w nasze sprawy, dyskusję, a nawet polityczne i policyjne akcje. Nie wiem czy to dobrze, ale widać ludzie potrzebują ciebie.” – pisał w 1987 w piśmie A Capella nasz kolega Andrzej Miszk

Mit uzasadniający sens śmierci młodego, austriackiego żołnierza w galicyjskiej mieścinie Machowa, był dla nas aktualnym przesłaniem w 1985 r, jest nadal ważnym przesłaniem w 2015 r, być może – choć muszę tu dodać słowo niestety – także istotnym przysłaniem dla pokoleń młodych ludzi żyjących za lat 30, 50, 100… Czy tego chcemy, czy nie, wpływ na kształt życia społecznego maja nie tylko historyczne fakty, ale i wynikające z nich mity. One kodują wzorce zachowań, określają zbiorowe postrzeganie wartości, pomagają rozróżniać dobro od zła.

Poszukiwania prawdy obiektywnej czasem podobne jest poszukiwaniu św. Graala. Im więcej wiemy, tym mniej możemy zrozumieć. Nie jesteśmy zdolni wejść w czyjeś serce i umysł; nie wiemy jakie ostatnie myśli łączyły/dzieliły mordowanego i jego kolegów-morderców. Bo, być może, mordercami byli koledzy, z którymi Schimek dzielił niewygody żołnierskiej służby, częstował ich łakociami z paczki przesłanej przez siostrę, zabijał nudę opowiadankami o cywilnych rozkoszach, w tym wdziękach przysłowiowej Maryny. Być może z jednakim wzruszenie słuchał wraz z nimi ponadczasowego przeboju o koszarach, latarni i odchodzącej w mrok Lilli Marlen…

Jesiennym rankiem, 14 listopada 1944 r., gdy mgły okrywały łąki, Otto Schimek stał przywiązany do słupa; koledzy celowali w przypięta do jego piersi białą kartkę.

Tego się jedynie domyślamy. Takie były zasady. Skazaniec powinien mieć na głowie kaptur, lub przepaskę, by żołnierze z plutonu egzekucyjnego nie musieli patrzeć w błagające o litość oczy. Skazaniec musiał być „odczłowieczony”, stanowić jedynie biologiczny dodatek do celu określonego kartką. Zwyczaj nakazywał, by w jednym, losowo rozdanym, karabinie były ślepe naboje. Dzięki temu żołnierz z plutonu egzekucyjnego przed swoim sumieniem mógł tłumaczyć, że nie on był mordercą. Szczególna też był rola dowódcy. Rozstrzelanie nie jest precyzyjnym sposobem zadania śmierci. Bywa, że człowiek, którego korpus przebije kilka pocisków, żyje, wijąc się w cierpieniu, błagając o jego skrócenie. Strzał z oficerskiego pistoletu jest aktem łaski, ciosem miłosierdzia, przerwaniem tortur bólu…

Istotne jest w tym wszystkim jedno: zabijający żołnierz nie może czuć się mordercą. W żadnym wypadku, wykonując rozkazy i przestrzegając regulaminu, żołnierz nie może być mordercą. Nad tym opiera się ład świata. Bez tego założenia unieważniamy sens wszystkich wojen, tych sprawiedliwych i niesprawiedliwych, obronnych i agresywnych, słusznych i niesłusznych. Bez tego założenia zlikwidujemy samą instytucję wojska.

Religia, kultura, etyka, tradycja, wszystko co kształtuje ludzką cywilizację, utrwalało normy chroniące świętość ludzkiego życia. W normach religijnych (chrześcijaństwie, judaizmie, islamie) człowiek nosi w sobie boskość (stworzony na wzór i podobieństwo Boga), zatem zabicie człowieka jest bluźnierstwem urągającym stwórcy. W normach etycznych bezwzględna ochrona każdego życia ludzkiego jest najlepszą samoobroną naszego prawa do życia. W każdym języku, w każdym kręgu cywilizacji, przykazanie „nie zabijaj” jest najważniejszą regulacją.

Ale też wszędzie ta wartość straciła znaczenie bezwzględne. Tak jak i inne przykazania została opatrzona słowem „ale”…”Nie zabijaj, ale… są sytuacje, gdy zabijanie jest usprawiedliwione, a nawet wskazane… A skoro ta norma zależy od naszej uznaniowości, możemy ją rozszerzać w nieskończoność. Pomocny nam jest rozum; nie ma takiej zbrodni, której nie jesteśmy w stanie racjonalnie wytłumaczyć. Wojna, będąc zbrodnią sama w sobie, ułatwia ten proces racjonalizowania zła.

Odwołać się można do racjonalności ekonomicznej. Wszak życie każdego człowieka jest przeliczalnym kosztem. By żył potrzebuje 0,5 kg chleba i 100 g mięsa; to należy przemnożyć przez liczbę dni i osób potrzebujących zaopatrzenia. 100 tys „nieproduktywnych” (chorych lub kalek) zjada dziennie 50 ton chleba i 10 ton mięsa; w dodatku wymaga leków, opieki lekarskiej i pielęgniarskiej. W sytuacji wojennego niedoboru nie trudno uzasadnić zbędność takiego wydatku. Podobnie przerachować można koszt utrzymywania innych, zbędnych i nieproduktywnych mas ludzkich (Żydów, Romów, jeńców wojennych…).

Ta sama racjonalność nakazuje izolowanie od zdrowych nosicieli chorób zakaźnych. Nieracjonalny jest jednak koszt utrzymania takich „odizolowanych” gett. W ostatecznym rachunku i tak chorzy muszą umrzeć, więc dostarczanie do getta w Warszawie 250 ton chleba dziennie jest wydatkiem zbędnym, niepotrzebnie wydłużającym egzystencję osób i tak, przez naturę, skazanych na śmierć. Szybka, humanitarna zagłada chorych jest gwarancją, że zaraza się nie rozniesie.

Papier zniesie wszystko, przeniesienie człowieka w postać liczby umożliwia racjonalne gospodarowanie zasobami.

Można także dokonywać innych przeliczników. Najokrutniejsza jest długotrwała wojna; dotyka ona wszystkich. Lepiej poświecić 100 tys, 200 tys, 300 tys ludzi więcej, by skrócić czas męki ogółu. Jeżeli za jednego zabitego Niemca rozstrzelamy 10 Polaków, zastraszony naród przestanie się bronić, tym samym zwiększą się szansę na skrócenie wojny i przyspieszenie ostatecznego zwycięstwa. Albo inaczej, jeśli zbombardujemy niemieckie miasta, złamiemy duch germański i doprowadzimy Hitlera do kapitulacji.

W lipcu 1943 r ponad 7 tys brytyjskich i amerykańskich samolotów zrzuciło na Hamburg w ciągu półgodziny 2,5 tys ton bomb. Wywołana bombardowaniem burza ogniowa doprowadziła do śmierci 40 tys ludzi. We wrześniu 1943 r podczas likwidacji częstochowskiego getta zabito 30 tys ludzi. To drugie wydarzenie słusznie nazywamy ludobójstwem. To pierwsze…. odwetem.

Rozum tłumaczący zbrodnie relatywizuje odpowiedzialność wobec swoich i wobec obcych. W imię obrony „swoich”, usprawiedliwiamy a nawet gloryfikujemy zabijanie obcych. W filmie „Karbala” liczy się odwaga polskich żołnierzy; 200 zabitych przez nich Irakijczyków to tylko statystyka, tło „naszego” heroizmu. A przecież to nie jest gra komputerowa; każdy z tych zabitych miał matkę, każdy kogoś kochał, każdy miał jakieś marzenia, każdy miał prawo do życia.

„Nie zabijaj” jest normą. Słówko „ale” znakiem znoszącym normę; otwartą drogą usprawiedliwienia czynów najgorszych.

Ostatnie miesiące trwającej od lat wojny budowały inną wrażliwość ludzi. Zasłane śniegami drogi na Dolnym Śląsku otaczały aleje wisielców. Sine, zamarznięte zwłoki, w strzępach munduru z zawieszonymi na piersiach tablicami „dezerter”. Na tych drogach spotkać można było umundurowane dzieci. Byli z jednej strony kilkunastoletni chłopcy z karabinami, przerażeni obrazami sowieckiego barbarzyńska, gotowi oddać życie, już nie za Hitlera, lecz za Heimat i za najbliższych. I byli ich rówieśnicy rzucający broń do rowu, uciekający w lasy, by nie oddawać swojego życia za niechciane wartości.

Większość ludzi nie widzi zła, jeśli go to nie dotyczy. Zazwyczaj nie czujemy związku emocjonalnego z oglądanymi w telewizji ofiarami bombardowanego Aleppo. Podobnie bywa gdy wojna zejdzie na poziom walki o przeżycie. Nie wymagajmy od Niemki poczucia winy za pośredni udział w zagładzie częstochowskich Żydów, jeśli jej dzieci zabrała burza ogniowa w Hamburgu. Poznałem na Śląsku wiele osób, dla których II wojna światowa rozpoczęła się dopiero zimą 1945 r., i była niesprawiedliwą agresją barbarzyństwa wobec ich spokojnych domów. Nie da się polemizować z emocjami, a to one w ostatecznym rachunku dyktują świadomość winy i odpowiedzialności.

W takiej perspektywie mit Otto Schimka jest niebezpiecznie niewygodny. Jeśli uznamy wielkość czynu, heroizm gestu oddania własnego życia w imię zasady „nie zabijaj”, pojawią się pytania o innych. A ci inni to nie „wydumani hitlerowcy”, ale najbliżsi: nasi ojcowie, bracia, mężowie, dzieci… W ilu rodzinach niemieckich lub austriackich powtarzano jak mantrę: wasz ojciec był przyzwoitym człowiekiem, walczył bohatersko jako żołnierz w Wehrmachcie, zginął na froncie… mój brat cierpiał w sowieckim obozie, gdzie trafił jako żołnierz po Stalingradzie… moje dziecko zabili bandyci w Polsce, a przecież był takim dobrym człowiekiem…

Przepraszam, ale gdyby chodziło o mojego ojca, też pewnie bym bronił dobrej o nim pamięci.

Określenie przyzwoitość jest subiektywne, możliwe, że większość tych osób według norm oceny z tamtego okresu była przyzwoita. Przyzwoitymi mogli być młodzi chłopcy w mundurach, którzy zabili kolegę – Otto Schimka. Taki dostali rozkaz…Przeciwnie; nieprzyzwoity był Schimek, bo nie chciał walczyć, tym samym zagrażał szansom przeżycia całej kompanii. Wszystko to kwestia punktu spojrzenia.

Jak był takim bohaterem, podszeptuje nam rozum, mógł więcej dobra zyskać w inny sposób. Mógł walczyć z hitlerowcami (a więc zabijać swoich kolegów z jednej kompani). Poezja gloryfikuje mit Konrada Wallenroda, mógł więc Schimek iść w jego ślady zdradzając przyjaciół w imię wyższych wartości. Mógł także wykazać się rozsądkiem, akceptując mniejsze zło w imię większego dobra. Nikt nie wini Schindlera, że pił wódkę z sadystami z SS i zamykał oczy, gdy mordowano dzieci. Istotne jest, że ten moralny kompromis pozwolił mu uratować kilka tysięcy więźniów z KC Płaszów. Schimek nie uratował nikogo, nie przyczynił się do skrócenia wojny nawet o jedną minutę. Nie ma więc powodów by jego przyzwoitość stawiać wyżej niż przyzwoitość naszych ojców, mężów, braci, którzy byli dobrymi ludźmi, lecz musieli wykonywać złe rozkazy…

To nie są opinie, które mogli wyrażać tylko Niemcy.

Jaka jest różnica między zabijaniem bezbronnej ofiary patrząc jej w oczy, a zabijaniem bezbronnej ofiary, której nie dostrzegasz…? Żołnierz z plutonu egzekucyjnego wykonując rozkazy jest mordercą. Nie nazwiemy tak pilota zrzucającego bomby na bezbronnych mieszkańców Hamburga, Wielunia, Aleppo, Trypolis, Bagdadu, Hiroszimy… Nie ma jednakowych norm moralnych. Wróg zabija, my tylko się bronimy. Wróg morduje, my stosujemy uzasadniony odwet. Rodzinna, plemienna czy narodowa solidarność jest silniejsza niż przekonanie o abstrakcyjnej równości każdego człowieka wobec prawa.

Zastanówmy się nad pytaniami: czy nie dlatego czcimy pamięć Otto Schimka, że jako Niemiec odmówił strzelania do naszych, Polaków…? A gdyby odmówił udziału w egzekucji niemieckich dezerterów, to czy ten czyn byłby zauważony…? Czy jesteśmy gotowi w podobny sposób uczcić pamięć polskiego żołnierza, jakiegoś strzelca Kurasia, który miał odwagę odmówić wykonania rozkazu strzelania do bezbronnego, niemieckiego cywila ?

Jeśli widzimy w geście Schimka rodzaj przejścia na naszą, polską stronę; zmieniamy diametralnie sens jego ofiary. Byłaby to po prostu zdrada swoich, zdrada błogosławiona i usprawiedliwiona, ale jednak zdrada. Bez różnicy jest czy żołnierz przechodzi na druga stronę i strzela do swoich, czy też po prostu odmawia strzelania do wroga; jeden i drugi fakt normy prawne i społeczne określają jako zdradę. Ale słowo zdrada ma szersze znaczenie, nie oznacza tylko zerwania łańcucha lojalności wobec swoich (swojej rodziny, bliskich, sąsiadów, kolegów z okopów, narodu, wspólnoty religijnej). Jest też trudne do określenia i zdefiniowania, zjawisko zdrady samego siebie. A więc wystąpienia przeciw temu, co sam we własnym sumieniu i umyśle uznałem za zasady kardynalne, za wartości najwyższe.

Być może świat byłby lepszy, gdyby chrześcijanie byli fundamentalistami. Gdyby do granic bólu przestrzegali Dekalogu, podstawowego zbioru zasad narzuconego im przez Boga: nie kradli, nie kłamali, nie cudzołożyli, nie pożądali cudzej własności, a przede wszystkim nie zabijali. Być może , a jest to nawet częścią mitu, Otto Schimek był takim fundamentalnym chrześcijaninem, dla którego przykazanie Dekalogu było ważniejsze niż solidarność narodowa czy koleżeńska. Być też może, że jego ofiara była pochodną intelektualnego rozważania, bliskiego niemieckiemu filozofowi Immanuelowi Kantowi. Być może kierował się jeszcze innymi zasadami, których dziś nie jesteśmy w stanie poznać. Najważniejsze jednak w tym micie jest przesłanie: wolał umrzeć, niż zdradzić samego siebie.

Godzimy się, świadczy o tym obowiązujący porządek prawny, że norma „nie zabijaj” nie ma charakteru bezwzględnego. Mamy prawo (a czasami nawet obowiązek) zabić w obronie własnej, w obronie innych ludzi lub cennych dóbr. Państwo, chcąc ograniczać niebezpieczeństwo dowolnego, uznaniowego traktowania owych sytuacji wyjątkowych, posiada monopol na stosowanie przemocy. Zgodnie z przyjętymi i akceptowanymi przepisami prawnymi ceduje to prawo na wyspecjalizowanie służby (wojsko, policję itp).

Siła wojska wynika z dyscypliny; żołnierz ma wykonywać rozkazy. W obowiązującym w naszym kraju Kodeksie Karnym art 343 określa sankcję, do 3 lat więzienia, za odmowę wykonania rozkazu. Art 318 mówi, że żołnierz nie podlega odpowiedzialności za wykonanie rozkazu, chyba że wykonując go godzi się z umyślnym popełnieniem przestępstwa. W Polsce, podobnie jak w większości krajów cywilizowanych, nie obowiązuje doktryna „ślepych bagnetów”. Popełnienia zbrodni wojennej nie da się tłumaczyć „wykonywaniem rozkazu”. Jednocześnie nie zwalnia to z odpowiedzialności przełożonych z tytułu wydania rozkazu skutkującego popełnieniem zbrodni.

Problemem, z punktu widzenia moralnego, pozostaje konieczność udowodnienia przez żołnierza przyczyny odmowy wykonania rozkazu (musi uzasadnić, że łączy się to z umyślnym przestępstwem). Złożoność tego można zilustrować przykładami historycznymi. Pilot nie mógłby odmówić bombardowania mieszkalnych dzielnic Hamburga; musiałby udowodnić, że wiedział iż celem są tylko osoby cywilne, a przyczyna bombardowania nie miała związku z działaniami wojennymi. Trudna też do rozstrzygnięcia byłaby kwestia czy Schimek mógł odmówić udziału w egzekucji. Raczej można by to dowodzić, że nie miał takowego prawa: egzekucja będąca wykonaniem legalnie wydanego wyroku nie jest przestępstwem. Zatem zawarte w naszym prawie odejście od doktryny „ślepego rozkazu”, nie oznacza postawienia osobistych zasad moralnych ponad obowiązkiem zdyscyplinowanej lojalności wobec władzy.

Świadomość tego powinna uwspółcześniać mit żołnierza zabitego w Machowej. Nie jest, przy tym, istotna zgodność tego mitu ze stanem faktycznym. Nie wiemy bowiem także jaka była faktyczna przyczyna skazania Antygony przez Kreona; ważny jest mit uwypuklający podstawowe prawa każdego człowieka. W naszym micie „machowskim” najważniejszym powinno być określenie: nikt nigdy nikogo nie powinien zmuszać do zabijania; każdy powinien mieć możliwość skorzystania ze szczególnej „klauzuli sumienia”, a więc mieć możliwość odmowy rozkazu, którego wykonanie skutkuje śmiercią innego człowieka.

Tak mało, tak dużo jednocześnie. W Polsce, tak jak i w większości innych państw, wychowywani jesteśmy w kulcie walczących bohaterów. Czcimy tych, którzy zabijali dla Ojczyzny. Nie neguję i nie podważam tej tradycji. Ale przynajmniej równoprawne jest uczczenie bohatera innego mitu: młodego żołnierza, który wolał umrzeć niż zabijać bezbronnych ludzi. Ten mit jest nam dziś potrzebny, dlatego spotykamy się przy grobie Otto Schimka w Machowej.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 13 października 2015 by in Historia, Patriotyzm, Wojna and tagged .

Zasady kopiowania z witryny FWiP

Wszelkie materiały publikowane w Centrum Informacji FWiP publikowane są na zasadach licencji Creative Commons 3.0 BY-NC (Uznanie Autorstwa - Użycie Niekomercyjne) chyba, że jest zaznaczone inaczej.

Odpowiedzialność za treść artykułów

Artykuły są wyrazem poglądów ich Autorów. Za treść przedruków, ogłoszeń itp., jeśli nie jest zaznaczone inaczej, odpowiada redaktor odpowiedzialny. Dokumenty i stanowisko Fundacji Wolność i Pokój muszą być sygnowane przez władze Fundacji zgodnie z jej Statutem

Kontakt z redakcją witryny FWiP

%d bloggers like this: