Fundacja Wolność i Pokój

Centrum Informacji

Podróż po Dolny Śląsku (cz. II)

Jarosław Kapsa

historyczny dolny śląsk

Blucher, za swoje wielkie zasługi, otrzymał równie wielki majątek w Krobielowicach. Majątek ten wraz z renesansowym pałacem należał do 1810 r do zakonu norbertanów. Ta zmiana własności symbolizuje odbywającą się w trakcie wojen napoleońskich przemianę dawnego królestwa pruskiego w zaczątek państwa niemieckiego.

Narzucony w Tylży Prusom pokój nakładał na króla obowiązek zapłaty Napoleonowi wysokiej kontrybucji. Gdy król żalił się brakiem dochodów z zniszczonego wojną, okrojonego przez powstałe Księstwo warszawskie, kraju, Napoleon wskazał mu francuską metodę bogacenia: rabunek dóbr kościelnych. W 1810 r doszło do sekularyzacji, czyli przejęcia przez państwo dóbr klasztornych. Proces ten wyglądał identycznie jak zabór dóbr katolickich przez Henryka VIII w Anglii w XVI, czy znane w naszym kraju zagarniecie dóbr jezuitów w 1773 r pod pozorem finansowania edukacji. Kto mógł, ten kradł. Z wspaniałego klasztoru w Lubiążu przywłaszczono całą bibliotekę oraz kilkaset dzieł sztuki (obrazy, posągi). Po kilkuletnich grabieżach pozostały gołe ściany, w klasztornych salach urządzono szpital dla psychicznie chorych. Nie inaczej było w Trzebnicy, w klasztorze fundowanym przez patronkę Śląską św. Jadwigę. Klasztor był właścicielem 73 wsi i 25 folwarków; zostały one rozdane zasłużonym. Łupem prywatnym padło bogate wyposażenie Sanktuarium w tym meble, obrazy, rzeźby, książki. W opuszczonym budynku klasztornym założono lazaret, potem wstawiono krosna i uruchomiono tkalnie.

Tego typu rabunki trwały także wcześniej. Słynął z nich miedzy innymi Karl Georg von Hoym mianowany przez Fryderyka II ministrem Ślaska i Prus Południowych (czyli przejętych zaborem ziem polskich). Po III rozbiorze Rzeczpospolitej majątki nie tylko królewskie lecz i klasztorne stały się własnością państwa pruskiego, było więc co kraść i za co wybudować pałac w Brzegu Dolnym. Paradoksalnie, niedaleko brzeskiego majątku Hoyma, w zamku gotyckim nad Odrą urodził się „skruszony złodziej” Hans von Held. Mianowany w 1793 r urzędnikiem w Poznaniu Held anonimowo w 1800 r napisał książeczkę o prawdziwych jakobinach Prus, czyli skrupulatny wykaz kradzieży, przekrętów i gwałtów dokonywanych w imię oświeconego państwa. Trafił za to na 18 miesięcy do więzienia i w odróżnieniu od urzędowych złodziei zmarł w biedzie.

Nie osądzajmy jednak nadmiernie surowo: w epoce przeoranej rewolucją francuską i wojnami napoleońskimi tego typu rabunki były oczywistą oczywistością. Istotny był sens tej operacji. Państwo nadając majątki zasłużonym oficerom tworzyło nową arystokrację. Zrodziło się wówczas określenie: junkier. Według niektórych wykładni słowo to pochodziło od niemieckiego określenia junge Herr (młody pan); tak określano młodszych synów dziedzica, którym nie wydzielano majątku ziemskiego lecz „kupowano” stanowiska w wojsku lub administracji. Ci młodsi panowie, stawali się posiadaczami ziemskimi dzięki państwu i budowali swoją przyszłość w oparciu o lojalność wobec państwa. Tworzyło to znakomity fundament siły przyszłego państwa niemieckiego.

Pozytywną stroną był także fakt, że oficerowie i urzędnicy byli kastą bardziej otwartą na nowości gospodarcze niż kler. Wojna wymuszała zmiany technologiczne, uczyła logistyki i intensywnego wykorzystywania zasobów. Można tu posłużyć się słodkim przykładem. Gdy blokada wprowadzona przez Napoleona uniemożliwiła dostawy cukru trzcinowego z Antyli, w Konarach pod Wołowem uruchomiono pierwszą, eksperymentalną, cukrownię buraczaną. Po wojnach, mimo zniesienia blokady cukrownie oparte na lokalnych zasobach powstawały na Śląsku jak grzyby po deszczu. Zmiany własnościowe przeobraziły dawne ziemie klasztorne w nowoczesne firmy przemysłowe, gdzie produkty rolne przetwarzano w cukrowniach, gorzelniach, olejarniach, tkalniach i innych zakładach należących do majątku ziemskiego.

Rewolucyjne zmiany dotyczyły nie tylko ziemiaństwa i kleru. W 1807 r zniesione zostało poddaństwo chłopów, od 1815 r trwał proces uwłaszczenia polegający na nadawaniu własności gospodarstw rolnych lub wykupywaniu przez chłopów własności od ziemian. W pierwszym przypadku preferowano weteranów, a wiec uzyskiwano podobny efekt jak z ziemiańską „nową arystokracją”. Uwolnione miasta: Trzebnica, Grodków, Nysa itd. przestawszy być własnością klasztorów stały się wolnymi, samorządowymi jednostkami. Wprowadzono niezawisłe sadownictwo, jednolite opodatkowanie, szkolnictwo powszechne.

Krajobraz wsi dolnośląskich, z murowanymi domami, stodołami, budynkami gospodarczymi; ten wyraźnie zachowany obraz dostatniej wsi rodził się z reform wprowadzanych przez Karla Hadenberga, Friedricha von Stein, Wilhelma von Humboldta oraz właściciela Krapkowic (i podczęstochowskiego majątku Zagórze) Christiana von Haugwitza. Istotne były nie tylko same reformy: od 1813 r do 1945 r, a wiec przez okres 132 lat, ziemie dolnośląskie nie były teatrem żadnej wojny. Tak długiego okresu pokoju nie znał Dolny Śląsk nigdy w swojej historii.

Zachowany krajobraz mówi nie tylko o dobrobycie, lecz i o świadomości mieszkańców. Siedziby nowej arystokracji powstające na miejscu dawnych obiektów klasztornych (pałac Yorków w Oleśnicy) modernizowano przyjmując angielski wzorzec. Książ, jeden z najwspanialszym polskich zamków, należący do dynastii Hochbergów, jest jakby przeniesieniem na podgórze sudeckie angielskiej kultury. Wlk. Brytania była dla tworzących się Niemiec najważniejszym punktem odniesienia, obiektem fascynacji i wzorem życia. W niebyt odszedł dwór Fryca Wielkiego, gdzie dominował francuski język, francuska moda i kultura.

Z angielskiego romantyzmu zrodziła się także charakterystyczna dla Prus moda historyzmu. Po zakończeniu wojen napoleońskich rozpoczęła się kariera architekta, który swoimi dziełami zdominował krajobraz Niemiec: Karla Schinkela. Symbolicznym stało się wprowadzenie neogotyku, uwznioślającego rycerskie tradycje średniowiecza. Czerwona cegła, ostre łuki, wieżyczki: zarówno dworzec kolejowy we Wrocławiu jak i ratusz w Oławie, setki kościołów, pałacyków, kamienic kupieckich a nawet budynków fabrycznych nosi na sobie piętno schinkelowskiego stylu. Na Dolnym Śląsku największym jego dziełem był pałac w Kamieńcu Ząbkowickim, stawiany na zamówienie niderlandzkiej księżniczki Marianny Orańskiej i jej męża Alberta Pruskiego.

Ten bajkowy, przepiękny styl neogotyckiego romantyzmu, jest odzwierciedleniem rodzących się nowych idei. Niemiecka arystokracja widziała w sobie dziedziców średniowiecznego rycerstwa, które mieczem wyznaczało drogę postępowi kultury. Niemiecki rycerz chrystianizował i kolonizował dzikie przestrzenie wschodu, niósł tam ogień kultury i stał na jego straży.

Przejmując własność austriacką, polską, kościelną nowa arystokracja kolonizowała Dolny Śląsk. Idea rycerska był ideą kolonizatorów, przekonaniem o szczególnej misji dziejowej „drang nach Ost”. Zanim Karl Haushofer zdefiniował pojęcie Lebensraumu (niemieckiej przestrzeni życiowej) i wpoił swoje idee Hitlerowi; marzenie o kolonizacji nowych ziem było obecne w głowach nowej arystokracji dolnośląskiej…Widać je było w każdym detalu schinkelowskiej architektury.

Dzięki rozwojowi Niemiec, wspartego po powstaniu Cesarstwa ogromną kontrybucją spłacaną przez Francję, rosła różnica cywilizacyjna między Dolnym Śląskiem a sąsiadującymi dawnymi ziemiami polskimi pod zaborem austriackim i rosyjskim.

Po jednej stronie granicy brukowane granitem ulice wsi, murowane zagrody chłopskie, rozwijające się miasteczka i miasta. Po drugiej piaszczyste gościńce, chaty kryte strzechą, analfabeci z kołtunami we włosach, zatęchły sztetle z dziwnymi beduinami ubranymi w średniowieczne chałaty. Kontrast wyraźny, tak jak w mitycznym średniowieczu, gdy germański rycerz musiał nieść kulturę ubranym w skóry zwierząt dzikusom.

Brzeg Dolny, przez który musiałem przejechać w drodze do Lubiąża, ma urodę wczesnego Gomułki z twarzą pokrytą lekkim makijażem współczesnej modernizacji. Przed wojną, miasteczko zamieszkałe przez 2 tys ludzi, było dobrze zagospodarowaną pipidówką, z cukrownią, browarem, tartakiem; otaczającą klasycystyczny pałac von Hoyma. Awans społeczny miasto zawdzięcza Hitlerowi, który w 1938 r zdecydował o budowie tu wielkiej fabryki chemicznej.

Inwestycja szacowana była na pół miliarda marek, wzniesiono 130 budynków fabrycznych. „Anorgana”, bo tak nazwano zakłady należące do koncernu IG Farbenindustrie, zmienić miały zatęchłe miasteczko w silny ośrodek przemysłowy. Nie znamy prywatnych odczuć przedwojennych brzeżan, jedni witali pewnie zmiany z entuzjazmem, drudzy z obawą… Celem zakładu była produkcja gazów bojowych takich jak tabun i sarin. Napełniano nimi bomby lotnicze i pociski artyleryjskiej. Gaz opadając ściele się przy ziemi pokrywając wybrany obszar. Wdychany przez człowieka prowadzi do paraliżu układu oddechowego, wywołuje drgawki, śmierć poprzedzają straszliwe bóle…

Czy mieszkańcy Brzegu wiedzieli jakie straszliwe skutki rodzi produkt nowej inwestycji? Czy zdawali sobie sprawę, że sama budowa wytwórni sarinu jest świadomym wypowiedzeniem wojny społeczności światowej? Broń chemiczna była zakazana na mocy Konwencji Haskiej z 1907 r.; dodatkowo Niemców obowiązywał szczególny zakaz wprowadzony traktatem wersalskim. Produkcji sarinu nie można tłumaczyć względami obronnymi. Po I wojnie światowej, po ataku iperytem na polskich i francuskich ziemiach, we wszystkich armiach europejskich opracowano skuteczne metody obrony przed tego typu działaniami. Standardowym wyposażeniem każdego żołnierza była maska p-gaz. Tabun, sarin, iperyt mógł służyć tylko jako sposób terroryzowania bezbronnej ludności cywilnej; a więc najgorszemu rodzajowi agresji.

Mieszkańcy Brzegu Dolnego, ludzie wykształceni i oczytani, musieli zdawać sobie sprawę, że prawo międzynarodowe w takich sprawach dopuszcza możliwość sankcji prewencyjnej, w tym zbombardowania fabryki produkującej morderczy gaz. Ciesząc się z inwestycji i tysięcy nowych miejsc pracy, mogli przewidywać, że ich miasteczko paść może ofiarą ataku prewencyjnego. Inna sprawa, czy tego rodzaju kassandryczna wizja trafiała do wyobraźni mieszkańców Dolnego Śląska na przełomie lat 30/40 XX w., gdy triumfy Hitlera budowały aurę optymizmu…

Z trucizną gazu bojowego wiąże się tragiczna historia śląskiego laureata Nagrody Nobla Fritza Habera. Obrzydliwym przekłamaniem jest spłycenie tej historii do pseudo-morału o Żydzie, który wymyślił cyklon B, którym wytruto innych Żydów. Życia żadnego człowieka nie można obrażać tak płytkim uproszczeniem. Urodzony we Wrocławiu Fritz Haber był pochodzenia żydowskiego, lecz uważał się za Niemca, za niemieckiego patriotę. Podzielał tym przekonaniem świadomość kilku milionów innych Niemców (w tym świętej Gertrudy Stein), dla których wypomnienie żydostwa ustawami norymberskimi były szokiem i niezasłużoną krzywdą. Przed I wojną światową kariera naukowa i zawodowa Habera była bliźniaczo podobna do kariery przyszłego Prezydenta Polski Ignacego Mościckiego. Obaj dokonali odkryć w zakresie syntezy amoniaku, ich odkrycia przełożyły się na wdrożenia produkcji nawozów sztucznych, ratujących miliony ludzi od śmierci głodowej. Obaj, dzięki posiadanym patentom stali się ludźmi bogatymi, a dzięki temu niezależnymi. Obaj byli patriotami, w tym staromodnym rozumieniu wartości służby swojej Ojczyźnie…

Patriotyzm doprowadził Habera do zaangażowania swojej wiedzy i doświadczenia w produkcję gazów bojowych. Był przekonany o racjach swojej Ojczyzny Niemiec w śmiertelnych zmaganiach I wojny światowej; uważając, że przedłużająca się wojna jest nieszczęściem dla kraju, chciał zrobić wszystko by przyspieszyć zwycięstwo Cesarstwa. Nie tylko opracował technologię wytwarzania gazów bojowych, lecz osobiście nadzorował ich stosowanie pod Bolimowem i pod Ypres. Podobno w proteście przeciw użyciu morderczej broni samobójstwo popełniła żona Fritza – Claire Haber… Jedno należy dopowiedzieć; nigdy Haber nie planował, przeciwnie nawet zapobiegał stosowaniu gazów bojowych wobec ludności cywilnej. Kalumnią jest także obciążenie naukowca niemieckiego odpowiedzialnością za stosowanie cyklonu B w obozie Auschwitz. Cyklon B, którego technologie wytwarzania wypracował w latach 20-tych, służyć miał jako skuteczny środek dezynfekcyjny przeciw wszom i innym insektom. Przy powszechnym zagrożeniu tyfusem, roznoszonym przez wszy, ten środek miał ratować ludzkość. Nikomu, normalnie myślącemu, w latach 20-tych nie przechodziło do głowy, że część ludzkości można uznać za gatunek równy wszom. Nie bronię Habera, nie da się bronić także patriotyzmu dopuszczającego możliwość uśmiercania innych ludzi w imię dobra własnej Ojczyzny… Ale była to postać tragiczna… W imię swoich przekonań chciał służyć nawet Hitlerowi. Było dlań szokiem, że wzgardzono nim jako Żydem i wyrzucono z kraju… Nie wytrzymał stresu życia na obczyźnie; zmarł na zawał serca w 1934 r w Szwajcarii.

Zadajmy sobie też inne pytanie: czy można było nie być patriotą mieszkając na Dolnym Śląsku w okresie Cesarstwa Niemieckiego… Czy zwykła logika i zwykła przyzwoitość nie dyktowała poczucia lojalności wobec państwa, które chroniło śląskie ziemie przed nieszczęściem wojen, wprowadzało powszechną oświatę, ubezpieczenia, opiekę lekarską… W którym, dzięki efektywnie wykorzystywanym zasobom i postępowi technicznemu każdemu pokoleniu żyło się coraz lepiej. Wszak przed I wojną światową poziom życia w takiej pipidówce jak Brzeg Dolny był nieporównywalnie wyższy niż w mojej Częstochowie.

Wojna jest jednym wielkim kłamstwem, a historie wojen piszą zwycięzcy. Uczynienie z Niemców jedynych odpowiedzialnych za wybuch I wojny światowej, obciążenie wyłącznie ich odpowiedzialnością za zbrodnie wojenne, jest tego przykładem. Niewątpliwie nie da się usprawiedliwić debilnego triumfalizmu cesarza Wilhelma II, któremu nie wystarczyło demonstrowanie swej męskości przybocznym dworzanom, musiał ją także pokazać światu. Niewątpliwie, po doświadczeniach epoki Bismarcka, pamiętnych zwycięstwem pod Sadową i Sedanem, tliło się w większości głów przekonanie, że wojna bywa korzystna dla Niemiec i Niemców. Niewątpliwie też silny był mit o współczesnych niemieckich rycerzach, których misją było cywilizowania świata i zagospodarowywanie nowych przestrzeni Lebensraumu… Ale wybuch wojny nie wynikał wyłącznie z tego; odpowiedzialność dzieliły z Niemcami także inne mocarstwa: Wielka Brytania i Francja. Każdą wojnę wywołuje zbieg okoliczności, działań świadomych i przypadkowych, mądrych i głupich; co gorsze prawie każdy koniec wojny jest początkiem kolejnej, bo przegrani liczą na rewanż.

Młody Niemiec z Brzegu, Jaworu, Lubiąża wyruszał na wojnę gorąco dopingowany przez swojego nauczyciela, odprowadzany świątecznie przez rodzinę i sąsiadów, przekonany, że walczy za słuszną i świętą sprawę. Potem trwał w najgorszym, w błocie zaszczurzonych okopów, pod morderczym ostrzałem, zbryzgany krwią swoich kolegów… Nawet przeciwnicy docenić musieli odwagę żołnierską niemieckiej armii oraz hart i odpowiedzialność ludności cywilnej, która wytrzymała czteroletnią blokadę gospodarczą.

Wojna powoduje inflacyjny spadek wartości życia ludzkiego; gdy giną miliony los jednostki przestaje być istotny. Wojna demoralizuje zmieniając ludzi w drapieżne zwierzęta. Gdy kończyło się zmaganie ludów europejskich wzburzone fale społeczności pokrywała brudna piana demoralizacji uświęcona ideą patriotyczną. Patriotyzm stawał się religią przegranych, nadaniem sensu życia ludziom przez wojną okaleczonych psychicznie i fizycznie.

Warunki rozejmu 11 listopada 1918 r podyktowane zostało państwu niepokonanemu. Przeciwnie: dla przeciętnego żołnierza czy cywila Niemcy były nadal o krok od wygranej. Wszak linia zachodniego frontu przebiegała przez tereny Francji. Na wschodzie wywalczono wymarzony Lebensraum; zajmując ogromny obszar z Mińskiem i Kijowem… I to imperium wywalczone krwią żołnierska sypie się z dnia na dzień, jak domek z kart. Generałowie podpisują rozejm i wracają do domów. Wilhelm II abdykuje. Osierocona armia nie chce walczyć, porzuca broń… Buntują się marynarze, gdy zabrakło na wypłatę żołdu… Po kraju grasują bandy dezerterów, dochodzi do wybuchu rewolt komunistycznych. W Wersalu podyktowany zostaje pokój na upokarzających warunkach. Znika sen o wschodnim Lebensraumie; zamiast nowych przestrzeni są bolesne straty: „podstępni Polacy” odbierają „niemiecką” Wielkopolskę i przemysłowy Górny Śląsk, Litwini zajmują Memel (Kłajpedę), Czesi tworzą państwo na ziemiach, na których powstał literacki język niemiecki…

Patriotyzm jest częścią tradycji Dolnego Śląska. Do tej tradycji w 1918 r sięgają upokorzeni mieszkańcy. Zwolnieni z wojska żołnierze tworzą ochotnicze oddziały zwane „wolnymi korpusami” Freikorps. Nazwa ta miała swoje osadzenie w historii. W 1813 r tak nazwali się ochotnicy z Sobótki i Rogowa wyruszający pod dowództwem Lutzowa walczyć z Napoleonem o wolność Niemiec. Teraz po 105 latach, ponownie potrzeby był czyn ochotników by ocalić Niemcy…

W ten sposób przegrana wojna stawała się początkiem kolejnej.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 17 sierpnia 2015 by in Historia and tagged .

Zasady kopiowania z witryny FWiP

Wszelkie materiały publikowane w Centrum Informacji FWiP publikowane są na zasadach licencji Creative Commons 3.0 BY-NC (Uznanie Autorstwa - Użycie Niekomercyjne) chyba, że jest zaznaczone inaczej.

Odpowiedzialność za treść artykułów

Artykuły są wyrazem poglądów ich Autorów. Za treść przedruków, ogłoszeń itp., jeśli nie jest zaznaczone inaczej, odpowiada redaktor odpowiedzialny. Dokumenty i stanowisko Fundacji Wolność i Pokój muszą być sygnowane przez władze Fundacji zgodnie z jej Statutem

Kontakt z redakcją witryny FWiP

%d bloggers like this: