Fundacja Wolność i Pokój

Centrum Informacji

Aryje nie myte

Jarosław Kapsa

deportacje

Absolutnie nie jestem rasistą, ale czasem wkurzają mnie te aryjskie ryje blond w ząbek czesane.

Przy czym nie o urodę chodzi, lecz o wykwity na ich oblicza miazmatów mózgowej produkcji.

Jako, że jestem wiernym czytelnikiem „Rzeczpospolitej” nie mógł mi umknąć wywód pana X postulującego deportacje polskich Tatarów. Z powodu zaś swojego miejsca zamieszkania, zderzyć się musiałem z swastyką ułożoną z kostki brukowej przez pana Y właściciela dyskoteki „Raj”.

Źródło obu tych przypadków jest podobne; pan X i pan Y chcieli zaistnieć w przestrzeni publicznej, prezentując dobitnie swojość na tle inności. W obu przypadkach mogłem wcześniej obserwować ewolucję ich zachowań, popadającą w coraz bardziej rozpaczliwe próby wywołania zainteresowania. Pan X przyjął image „przyzwoitego mieszczanina”, żyjącego i chcącego by inni żyli wedle mieszczańskich cnót. Nie mam nic przeciw temu, też mi się owe cnoty podobają. Problem tylko z tym, że są one dość nudne. Wyobraźmy sobie książkę lub film o przyzwoitej mieszczańskiej rodzinie. On pracuje, ona zajmuje się domem, ślub maja katolicki; dwóje dzieci, którym do snu czytają Konopnicką; w chwilach wolnych opiekują się staruszkiem dziadusiem opowiadającym jak granaty w czasie okupacji nosił. I nikt nikogo nie bije, nie zdradza, nie okłamuje, wszyscy się kochają i są z sobą szczęśliwi. Uwielbiam i szanuję takie rodziny, gotów jestem obejmować je ochroną rezerwatową na równi z Puszczą Białowieską. Ale film o tym byłby tak potwornie nudny, że ostatni oglądający (bo reszta uciekła z kina) marzyłby o jakiś morderstwie czy przynajmniej molestowaniu. Z samego przyzwoitego mieszczaństwa nie da się wyżyć w kulturze i mediach; trzeba więc stać się obrońcą przyzwoitych mieszczan (pe-emów). Z tym też jest problem, nasze państwo nie zwariowało tak dokumentnie by godzić w dobro pe-emów; kto by płacił podatki gdyby pe-emy wyginęły. Pozostaje więc na siłę wyszukiwać wrogów i prowokować ich grożąc reedukacją i zamianą w pe-emy.

W tym modelu pe-emów nie mieści się jakakolwiek inność, więc celem ataku obrońcy pana X, byli już biegacze maratonów, cykliści, miłośnicy psów, amatorzy japońskiej kuchni itY Siłą rzeczy padło także na polskich muzułmanów, czyli Tatarów. Z głosem pana X trudno polemizować, skoro swoja wiedzę historyczną o polskich Tatarach czerpie wyłącznie od Henryka Sienkiewicza (który ponoć też był tatarskiej krwi), a wiedzę współczesną z obrazków telewizyjnych pokazujących dekapitację ludzi na pograniczu Syrii i Iraku. Polemika z osobą wyposażona w taką wiedzę byłaby równie bezsensowna, jak próby przekonania skretyniałego emira z Arabii Saudyjskiej, że mimo obracania się ziemi możemy dolecieć samolotem do Chin. Możemy jedynie nieśmiało powiedzieć, że pan Sienkiewicz źle pisał nie tylko o Tatarach lecz i Polakach (typu Kukliński lub Łaszcz), a obyczaj ścinania głów znany i praktykowany był przez wyznawców większości religii, w tym katolików, ateistów i prawosławnych. Nie ma więc powodów by odpowiedzialność zbiorową mieli ponosić tylko Tatarzy.

Jeśli zaś chodzi o pana Y, z disco-raju; to chce on prezentować się jako oryginał. W tym celu określił się nawet jako wyznawca religii starożytnych Słowian. Wrażenia to jakoś na nikim nie zrobiło, podobnie jak nie sprowokował katolickich głosów oburzenia, gdy przed jedną ze swoich dyskotek ustawił posąg Światowida. Mieszczaństwo częstochowskie jest z natury letnie; dla nich to, że jeden łapie muchy a drugi czci Swarożyca jest ganz egal, byle nam tego nie robili na głowę. W przypływie desperacji pan Y zatrudnił robotników i kazał im z kostki brukowej ułożyć wielką swastykę, z przekonaniem, że to już musi ktoś zauważyć i się oburzyć.

Obaj pan X i pan Y się nie mylili. Ich erupcje intelektualną musiano zauważyć i musiano się oburzyć.

Jeśli pan X, mieszczański publicysta, i pan Y, rekonstruktor prasłowiańskiej rui i porubstwa, obraża się za zestawienie na równym poziomie; trudno ich problem: dla mnie w jednych butach chodzą. Średnio, a nawet nisko wykształcony, człowiek wie, bo musi wiedzieć, że nawoływanie w Europie do deportacji jakiegoś narodu, jest faktycznie wezwaniem do ludobójstwa. Deportacja była w XX w., kryptonimem – wymówką, zastosowaną już 100 lat przez Turków by „deportować” Ormian, potem twórczo rozwiniętym przez Niemców hitlerowskich, bolszewików sowieckich po nacjonalistów serbskich czy chorwackich. Nie istnieje „humanitarna” deportacja, każda – tak mówią doświadczenia XX w – była zbrodnią przeciw ludzkości. Jeżeli zaryzykować teorię, że pan X jest osobą wykształconą i przynajmniej średnio inteligentną; to swoim tekścikiem świadomie naruszył przepisy polskiego prawa (art 126a w związku z art 119 KK) nawołując do przemocy wobec grupy osób z tytułu ich przynależności narodowej. Nie powinien się więc obrazić, gdyby wypomniał mu to delikatnie prokurator sugerując policjantowi nałożenie kajdanek na rączki.

Podobnie popełnienie przestępstwa tytułu art 256 KK (propagowanie faszyzmu lub innego totalitarnego ustroju) prokurator może zarzucić panu Y Nawet dla kiepsko wykształconych półinteligentów epatowanie symbolem swastyki kojarzy się z ludobójczym barbarzyństwem XX wieku.

Panu X prezentującemu się jako bezkompromisowy obrońca prawa, ładu i porządku, pewnie nawet na myśl nie przyszło, że naruszył swoim tekstem normy i wzywał do zbrodni. Podobnie pan Y, nie dostrzegł delikatnej granicy między zwykłym chamstwem a happenigiem (to drugie mogło by zostać uznane, gdyby raczył się w chamski sposób wypróżnić na swój swastykowaty symbol). W pierwszym wypadku prokurator nie skorzystał z możliwości interwencji. W drugim, pech pana Y, prokuratorzy skończyli specjalne szkolenie, uwrażliwiające na faszyzm, więc stanowczo zareagowali. Przestraszony reakcji Y przebudował dziedziniec usuwając z niego swastykę.

Może to zabrzmi niemiło, ale w obu przypadkach pochwaliłbym lenistwo prokuratury, zalecając im ostrożną powściągliwość. Jestem po trochu, jak pan X, osadzony w mieszczańskim ideale cnót, zarażony w dodatku liberalizmem wyznającym zasadę: żyj i pozwól żyć innym. Dlatego bliska mi jest zasada, że naszą wolność ogranicza prawo a reguluje moralność. Ograniczenia prawne powinny być wyraźne, ostre jak gilotyna, na tyle jednak szerokie by maksymalnie dać żyć ludziom. Z regulacjami moralnymi rzecz jest inna; godzę się pokornie z wpływem opinii społecznej na moje prywatne zachowanie; liczę się z sankcjami za naruszenie norm opinii społecznej i przyjmuję, że mają one charakter zróżnicowany, zależny od kultury danej grupy. Prawo powinno zakazywać i karać za stosowanie przemocy (bicie po gębach) wobec muzułmanów, katolików czy ateistów, wobec Anglików, Żydów czy Polaków, wobec osób tej czy innej orientacji płciowej, tego lub siamtego koloru skóry czy oczu; tak jak zakazuje stosowania przemocy wobec każdego człowieka. Ale już (aż) tylko względy moralne narzucają mi rodzaj szacunku dla innych wierzeń; przez wzgląd na to nie wypada nam w slipkach wchodzić do świątyni, obnażać się w miejscach publicznych czy używać brzydkich słów w obecności dzieci.

Dlatego stale mam pewien problem z tego typu przepisami prawnymi jak wspomniany art 256 KK czy art 196 (obraza uczuć religijnych). W obu wypadkach – moim zdaniem – prawo wkracza tam, gdzie rzecz powinna być regulowana moralnością. Popatrzmy na porąbaną logikę art 256 KK. W pierwszym punkcie definiuje on jako przestępstwo zagrożone więzieniem do lat 2 propagowanie faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa oraz nawoływanie do nienawiści z przyczyn narodowościowych, wyznaniowych itY Prawo powinno być logiczne, więc podejmijmy próbę dociekania o co chodzi. Nie można propagować jakiegoś ustroju (a więc jakiegoś systemu organizacji państwa); o jaki konkretnie ustrój chodzi: rzecz pozostaje przedmiotem sporu historyków, politologów, znawców prawa konstytucyjnego itX Faszyzm, wedle opinii historyków, był nazwa własną systemu stworzonego przez Mussoliniego we Włoszech (od istniejącej tylko we Włoszech organizacji federacji organizacji kombatanckich). Podobnie jednak jak pampers z nazwy własnej stał się określeniem pieluchomajtek, tak i faszyzm traktowano jako przydomek określający różne ustroje w różnych krajach. Jeszcze większy problem mamy z totalitaryzmem, czy z wskazanym w pkt 2 art 256 „komunizmem”. Większość zbrodniczych krajów dopiero budowało komunizm, czy więc za zło mam uznawać budowanie czy niewybudowany projekt… Subiektywną jest też ocena co to jest głoszenie nienawiści. Jeżeli facet pisze na ścianie „White Power” lub ‚Polska dla Polaków”, to zdecydowanie nie głosi on nienawiści tylko miłość do grupy etnicznej lub narodowościowej… Jeszcze większe pole interpretacji rodzi zapis pkt 2, stosującego sankcję za rozpowszechnianie przedmiotu propagującego wspomniany faszyzm lub zawierającego jego symbolikę. Jeżeli prawo coś zakazuje grożąc sankcjami to to coś powinno być wyraźnie opisane. Nie może od chwilowej poczytalności stróżów porządku zależeć, czy znajdująca się w moich zbiorach książka, lub przechowywana staroć, narusza lub nie przepisy kodeksu. Zwrócę tu jeszcze uwagę na dwa wykluczające się zapisy. Pkt 3 mówi, że mogę przechowywać inkryminowane przedmioty w ramach działalności artystycznej czy kolekcjonerskiej (jak to udowodnić?). Ale pkt 4 decyduje o przypadku takowego przedmiotu, choćby nie stanowił własność sprawcy przestępstwa propagowania faszyzmu. Zatem jeśli złodziej ukradnie mi z kolekcji książek przedwojenne wydanie „Mein Kampf” lub powojenne „Manifestu Komunistycznego”; to policja zamiast mi zwrócić skradzione dobro dokona konfiskaty.

Przyznajmy najdelikatniej: dostrzeganie sensu w art 256 kk jest zadaniem karkołomnie trudnym.

Identyczne wątpliwości budzą także artykuły nakładające sankcje karne za obrażanie uczuć religijnych czy – nawet – za rozpowszechnianie pornografii. Nie można karać za czyn, który trudno zdefiniować. Nie może od interpretacji prokuratora czy sądu być zależne, czy jesteśmy przestępcami. Prawo nie może być tak konstruowane by być publicznym pośmiewiskiem; a przepis nie egzekwowany szybko się takowym staje.

Jeszcze raz powrócę do tezy o regulacjach moralnych. Jesteśmy społeczeństwem, a nie zbiorem indywidualności, jeśli wspólnie przestrzegamy pewnych pisanych lub nie pisanych reguł, wynikających tak z tradycji jak i wpojonej kultury. Jako społeczeństwo dysponujemy pewnymi sankcjami nie mającymi charakteru prawa egzekwowanego przez państwowy organ. Takimi sankcjami jest piętnowanie nagannych zachowań czy – w skrajnym wypadku – wykluczenie niepoprawnego osobnika z naszej społeczności. Nie są to bynajmniej lekkie sankcje; boleśnie je odczuwamy, gdy są wobec nas nadużywane. Skarżymy się, że nadmierny społeczny rygoryzm moralny pozbawia nas wolności równie skutecznie jak ustrój państwa totalitarnego.

Tak też często jest. Państwo nawet totalitarne z zasady nie ingeruje w kwestie zdrad małżeńskich. Opinia moralna społeczności przeciwnie: potrafi surowo napiętnować a nawet wykluczyć sprawców rozpadu małżeństwa. Opinia moralna społeczności jest zwykle dość konserwatywna, ale ulega zmianom. Jesteśmy w stanie ją kształtować, wykorzystując twórczość kulturalną czy promując w mediach „nowszy” styl życia. Regulacje moralne nie są więc czymś obcym, narzuconym siłą. Sprawdzają się tam, gdzie są akceptowane przez ogół.

Uważam, że zamiast siekiery prawa, którą na oślep wali prokurator i policjant, szukając przestępców naruszających art 256 czy art 196 kk, skuteczniejsza i trafniejsza może być sankcja społeczna. Uważam, że potępienie jako niemoralności propagowania wszelkiej budowanej na nienawiści ideologii, wszelkich form nawoływania do zbrodni, wszelkich prób stosowania odpowiedzialności zbiorowej za prawdziwe lub domniemane występki; taka jednoznaczna sankcja społeczna może skuteczniej oczyścić nasze życie z mętnych miazmatów niż aktywność organów ścigania.

Wolę po prostu by pan X lub pan Y za swoje ekscesy byli napiętnowani lub wyśmiani przez publikę, niż by mieli jeszcze chodzić w glorii ofiar systemu odbierającego im prawo wolności wypowiedzi. Niech mają tyle, na ile zasługują i nic ponadto.

Advertisements

One comment on “Aryje nie myte

  1. rotmistrz
    11 marca 2015

    Jarku.
    Nie ma co oszczędzać Pana X. Tym Dupkiem jest Dziennikarz Zdort. Pewnie chciałby mieć wysokie IQ, albo trafić do MENSY. Nie da rady, wypisuje takie pierdoły, że Redaktor Naczelny gazety Rzeczpospolita powinien się wstydzić, że takiemu palantowi swoją tubę udostępnia
    Wiesiek
    Ps.
    Tego palanta z Rzeczpospolitej można poczytać tu
    http://www4.rp.pl/apps/pbcs.dll/article?avis=RP&date=20150206&category=PLUSMINUS&lopenr=302069973&Ref=AR&profile=1089&page=2

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 11 marca 2015 by in Prawa Człowieka, Wolność wyznania and tagged .

Zasady kopiowania z witryny FWiP

Wszelkie materiały publikowane w Centrum Informacji FWiP publikowane są na zasadach licencji Creative Commons 3.0 BY-NC (Uznanie Autorstwa - Użycie Niekomercyjne) chyba, że jest zaznaczone inaczej.

Odpowiedzialność za treść artykułów

Artykuły są wyrazem poglądów ich Autorów. Za treść przedruków, ogłoszeń itp., jeśli nie jest zaznaczone inaczej, odpowiada redaktor odpowiedzialny. Dokumenty i stanowisko Fundacji Wolność i Pokój muszą być sygnowane przez władze Fundacji zgodnie z jej Statutem

Kontakt z redakcją witryny FWiP

%d bloggers like this: