Fundacja Wolność i Pokój

Centrum Informacji

Operacja Ksenia

Wojtek Gorczyński Kolejář
Źródło:Spółki Miejskie

dworzec

Od autora: Niniejsze opowiadanie powstało na motywach autentycznej operacji przeprowadzonej w roku 2001 przez ówczesny Wydział Wywiadu Urzędu Ochrony Państwa (obecnie Agencja Wywiadu), w której miałem zaszczyt uczestniczyć. W związku z tym wszystkie fakty i osoby są całkowicie zmyślone.

Ksenia to wysoka, szczupła, wręcz trochę wychudzona z pewnych przyczyn niedojedzeniem, długowłosa i długonoga blondynka. Taka klasycznie zwiewna, ulotna i na swój wiedźmowsko-tajemny sposób emocjonalna. Mogłaby może na pierwszy rzut oka uchodzić za super modelkę, gdyby nie ten trochę ciekawy, piękny, może zbyt piękny strój, wyraźnie niemarkowy, wyraźnie daleki od supermarketów, chociaż wyprzedzający w czymś najnowsze trendy mody. Czasem wytarte dżinsy i wełniany, szary sweter z golfem, czasem czerwona suknia kontrastująca z rozwianymi blond-włosami, czasem stare trampki, a czasem buty niejasnego, pewnie chińskiego pochodzenia, o fasonie modnym tu dopiero za pół roku. Ksenia niebieskooka, trochę niedowidząca lub porażająco spostrzegawcza w srebrno-metalowych okularach może już niezbyt modnego modelu. Ksenia licząca dwadzieścia i troszkę lat, studentka Instytutu Fizyki ze specjalnością radiologii w pewnym dużym, paromilionowym mieście.

Pewnego wrześniowego wieczoru zadzwoniła do mnie Agnieszka. Dotąd nie miała w zwyczaju tego robić. Wpadała czasem na imprezy w towarzystwie znajomych, ale nagły telefon mógł oznaczać tylko to, że czegoś nagle ode mnie potrzebuje – ona sama, czy ktoś inny?

– Wiesz, mam do ciebie pewną dość pilną sprawę… – zaczęła z wahaniem.

Agnieszka to podróżniczka. W każdym sensie. Odjechana podróżniczka. Grywa na saksofonie. Spotykaliśmy się czasem na jam-sessions.

– No, mów, o co chodzi – chciałem wszystko szybko wyjaśnić.

Spodziewałem się, że pewnie potrzebuje jakiejś pomocy w problemach z komputerem, o co najczęściej zwracają się do mnie znajomi.

– Pojechałbyś ze mną na wycieczkę? – propozycja była zupełnie zaskakująca.
– Kiedy i dokąd? Mam nadzieję, że nie zaraz – byłem przekonany, że moje „zaraz” jest żartem i że chodzi o jakiś drobny wyjazd na drugi koniec miasta.

Ale Agnieszka zupełnie mnie zszokowała:

– No wiesz… nie zdziw się za bardzo… Bo chodzi o wyjazd do Mińska…
– Mazowieckiego? – zapytałem odruchowo.
– No nie, nie żartuj…

To już wiedziałem prawie wszystko poza szczegółami celu wyprawy i terminem. Spodziewałem się, że w najgorszym razie wyjazd planowany jest za parę dni.

– To kiedy? Tylko nie mów, że za pół godziny – zapytałem znów żartem.

Niestety, ten żart też okazał się nietrafiony:

– No, trochę przepraszam… Jutro rano…
– Ojej, ale po co w ogóle mamy tam jechać i tak nagle? Poza tym przecież chyba nas tam tak nie wpuszczą bez niczego – miałem więcej niż poważne wątpliwości.
– Ale naprawdę musimy tam jechać! Jesteśmy zaproszeni na międzynarodową super imprezę studencką, to jest jedyna okazja, żeby tam być. Zwłaszcza ciebie zapraszają, żebyś im coś opowiedział o Krasnalach. Nie pękaj, wpuszczą nas na pieczątki służbowe, to jest załatwione! – Agnieszka nie dała za wygraną.

Skutecznie.

Do odjazdu pośpiesznego z Wawy Zachodniej do Mińska było jeszcze jakieś pół godziny. Agnieszka raczyła się herbatą w dworcowej knajpce, a ja spacerowałem po podziemnym peronie Dworca Centralnego, oglądając przewijające się co parę minut pociągi dalekobieżne z jednego końca Polski na drugi, z jednego końca Europy na drugi. Zagapiłem się na jakiegoś kolejnego Inter-City i wtedy niespodziewanie podeszło do mnie dwóch mundurowych policjantów.

– Możemy prosić o jakiś dokument? – zagadnęli.
– A proszę – podałem im paszport ze służbową pieczątką na którejś z kartek. Zauważyli jakoś dziwnie natychmiast.
– A… dziękujemy, dziękujemy…

Mieliśmy z Agnieszką zarezerwowany przedział w wagonie sypialnym Warsu – jedynym „europejskim” w składzie wielkogabarytowych „ryflaków” kolei Bcz. Przed wejściem zaczepili nas jacyś starsi państwo.

– Czy to może pani Agnieszka i pan Wojtek? – zapytali nieśmiało.

Z całą pewnością nigdy wcześniej nie widziałem tych ludzi. Agnieszka wyglądała na równie zaskoczoną.

– Tak – potwierdziliśmy ze zdziwieniem.

Po chwili nasze zaskoczenie stało się jeszcze większe, kiedy starsi państwo zwrócili się do nas z niezwykłą propozycją. Chodziło o dostarczenie jakiejś drobnej przesyłki do Mińska. Po odbiór miał się zgłosić na mińskim Dworcu Centralnym kurier umówiony na hasło. Ludzie z racji wieku i zachowania wyglądali na godnych zaufania, więc mimo zaskoczenia zgodziliśmy się bez większego namysłu. Wtedy starszy gość wyjął spod palta zwykłą, szarą kopertę z 15000 USD w środku. Wyjaśnili nam, że to przekaz „z Brukseli”- w tym momencie wszystko stało się oczywiste!

Krótko przed mostem na Bugu wyszedłem na korytarz na papierosa, żeby nie smrodzić w przedziale niepalącej Agnieszce. Przy sąsiednim oknie też palił jegomość w dość dobrze wyglądającym garniturze w drobną, szaro-czarną kratkę. Spojrzeliśmy na siebie, on się jakoś radośnie uśmiechnął i niemal natychmiast zagaił rozmowę:

– Można ciebie zapytać, dokąd jedziesz?
– Do Mińska.
– Ja też do Mienska. Wracam z Warszawy. Ja tam byłem w delegacji.

Tak, gość z pewnością prawdę mówił, bo ewidentne rusycyzmy w pierwszych zdaniach nie nasuwały żadnych wątpliwości. Wtedy wypadało mi przejąć inicjatywę:

– Aha, jakaś firma cię wysłała?
– No tak, firma – zaśmiał się – ty się nie zrażaj, że ja pracuję w Ministerstwie Spraw Zagranicznych w Miensku i ja byłem w delegacji w Warszawie w naszej ambasadzie. Ja nie popieram rieżyma Łukaszenka, ja chcę, żeby było dobrze nam i tobie…

Gość jednak mówił całkiem dobrze po polsku. A ja pomyślałem sobie, że… może nie gorzej mówię po rosyjsku i mnie też przecież do tego „Mienska” pewna Firma wysłała… Może taka sama, może jeszcze „gorsza”… Pewnie, jaka ona by tam nie była, to jednak chyba nie gorsza… Zacząłem się też zaraz zastanawiać, czy on nie jest z tej realnie gorszej a bardzo konkurencyjnej Firmy, ale rozważania przerwał mi przejazd naszego pociągu przez most na Bugu i zatrzymanie na stacji Bug zaraz za mostem.

Nie znałem panujących tu zwyczajów, więc zatrzymanie w Bugu było dla mnie zaskoczeniem – spodziewałem się kipiszu dopiero na Dworcu Brest Litovsk. A tu tymczasem stanęliśmy wcześniej.

Noc. Mało było widać, ale wieże podobne do tych zwykłych, oświetleniowych na towarowych stacjach rozrządowych były w czymś inne. Nie świeciły się reflektory, a na tle nocnego nieba na ich wierzchołkach majaczyło coś jeszcze – coś jakby uśpione ciężkie karabiny maszynowe wycelowane w nasz pociąg. Nie miałem wątpliwości, że to naprawdę ckm-y…

Człowiek w mundurze i czapce-naleśniku na głowie przyszedł dopiero po ok. 30 minutach. Kipisz był idiotyczny – nie rewidował bagaży, ale za to skwapliwie grzebał pod legowiskami i je obmacywał. 15000 USD i tak miałem w kieszeni, a poza tym najzupełniej legalnie wpisałem taką posiadaną sumę do tzw. deklaracji celnej wydrukowanej grażdanką rosyjską. Potem wreszcie wjechaliśmy na Dworzec Brest Litovsk i wepchnęli nasze wagony na dwie godziny w scenerię sławnego filmu Marcela Łozińskiego „89 mm do Europy”. Tak… my EUROPA! Więc żegnamy Europę.

Po „przestawce” na tor „carski” z normalnego przywitał nas już zupełnie nieeuropejski peron Brest Litovsk – po drugiej, szerokotorowej stronie Dworca.

Na peronie Mińska Centralnego zgodnie z planem zjawił się kurier. Hasło było ok., tak też odebrał bez przeszkód i w całości 15000 USD „z Brukseli”.

Pozostało udać się na imprezę.

Impreza zapowiedziana była jako trzydniowa. Miejsce nieznane. Punkt kontaktowy mieścił się w siedzibie Związku Studentów.

Zanim udało się załatwić jakąś taksówkę, mogliśmy pooglądać trochę pejzaży przed mińskim Dworcem. Widok nasuwał skojarzenia z naszą „ścianą wschodnią” w czasach junty jaruzelskiej. Może nie do końca, bo oprócz mnóstwa mundurowych z naszywkami na ramionach „Milicja” albo wręcz „OMON” co znaczy prawie dokładnie tyle co ZOMO – Otdielenije Milicji Specjalnoho Naznaczenija), babć sprzedających byle co, szarego tłumu byle jakiego, byli też czasem jacyś inni, trochę już podobni do nas? Bo to jednak tylko 89 mm od Rzplitej, od Europy…

Taksówka w postaci totalnie zdezelowanej „Wołgi” zawiozła nas wreszcie na miejsce, gdzie czekał tłumek studentów, a wśród nich jakaś zagubiona para z Gliwic. Po godzinie dezorganizacji zapakowaliśmy się wreszcie do autobusu „Ikarus” w stanie na pierwszy rzut oka lekko naruszającym przepisy obowiązujące w Rzplitej – choćby pęknięta malowniczo przednia szyba, bez wspominania o stopniu zużycia oraz marce opon. Po drodze mińskie obrazki tramwajów z archaicznymi odbierakami prądu „w kształcie liry”, niemal lubelskie trolejbusy sowieckiej marki ZIU, autobusy MAZ i cała plejada mocno używanych aut osobowych z „Zachodu”. Dalej coś na kształt autostrady, jakieś drogi, swojskie wsie, las, po dwóch godzinach przystanek. Wysiedliśmy w środku lasu i zaczęto nas prowadzić ścieżką wgłąb. Wtedy gość z gliwickiej pary pierwszy raz odezwał się do mnie:

– Przepraszam kolego, widzę, że ty z koleżanką też jesteście z Polski… Czy tobie czasem coś się nie kojarzy… No wiesz… przepraszam, ale ja czuję, że za tym lasem są już dla nas doły…

Chłopak nie musiał się wysilać – też poczułem Katyń i Miednoje, i Ostaszków… Autobus, las, nigdzie… Nie, zegarków i komórek nie odbierali, a na końcu leśnej ścieżki pojawiła się polana bez dołów. Zamiast nich wyrastała jakaś betonowa budowla na kształt ni to komunistycznego hotelu, ni to więzienia, gdzie nas wkrótce zakwaterowano.

Wśród międzynarodowych uczestników imprezy byli głównie miejscowi, sporo Ukraińców i nasza czwórka z „rdzennej” Rzplitej – może lepiej po prostu Korony? Inaczej sama Rzplita, bo ponoć zaproszeni Czesi nie przybyli – z obaw o domniemane doły w lesie?

Przebieg trzydniowych zdarzeń okazał się bardzo formalnie usystematyzowany. Śniadanie z ryżem, nudne referaty, obiad z kaszą, nudne referaty, kolacja z ryżem, dyskoteka, krótki sen, śniadanie z kaszą, nudne referaty, obiad z ryżem, nudne referaty, kolacja z kaszą, dyskoteka, krótki sen… Jednak realne życie i zaistniała sytuacja nie pozwoliły na skończoną nudę. Już pierwszego dnia nudnych referatów mimo całkowitego mojego zaspania podróżą gdzieś mi wzrok z nudy i senności uciekał? W Błękit? Błękit niedowidząco zaczął się skrycie objawiać w czasie wieczornej dyskoteki. Chyba już wtedy złapał mnie za ręce?

Dnia drugiego usiłowali przynudzać Ukraińcy. Drugiemu z kolei referentowi nie wyszło nudzenie. Chłopak okazał się być całkiem równoletnim mi, znaczy sporo pozastudenckim weteranem z OUN – Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Tego mi trzeba było do lekkiego przebudzenia? Moja Miłość JULKA? Tak, Blok Julii Tymoszenko… Zaatakowałem swoim AK-owskim pochodzeniem jego UPA z pochodzenia (Ukraińską Powstańczą Armię). Rozmawialiśmy o krwi wzajemnie wylanej naszych przodków, o Bośni-Hercegowinie dzisiaj… O przyszłości Rzplitej w dawnym kształcie? Tak – o Unii Europejskiej. I o Julce też. Było pięknie tylko… Błękit gdzieś błądził…

Poobiednią sjestę przerwał nagły alarm!

– Agnieszka! Wojtek! Polacy! Natychmiast na dół, do świetlicy!!!

Pomyślałem, że przyjechało już po nas KGB. Poszliśmy. Przez okna klatki schodowej zauważyliśmy czarne limuzyny przed drzwiami naszego obiektu z betonu. Przyjrzeliśmy się bliżej – miały znaki „CD”. W świetlicy czekało już na nas paru gości w eleganckich garniturach. Pierwszy się przedstawił:

– Jestem Ambasadorem Rzplitej w Mińsku. Miło mi Państwa poznać.

Potem były pytania od wszystkich „garniturowców”:

– „Jak wam tu?” – itd.

Ktoś na boku szczególnie zwrócił się do Agnieszki i do mnie:

– Bardzo specjalnie wam dziękujemy. Wiecie za co…

Tak, wiedzieliśmy, że za te 15000 USD „z Brukseli”…

Pożegnanie:

– Trzymajcie się! Pilnujemy was!

Wieczorem Błękit w pełni się ujawnił. Ksenia. Dalszego ciągu imprezy nie trzeba opisywać. Tylko tak, że i owszem, opowiedziałem Dnia Trzeciego o Krasnalach jako o Zmartwychwstaniu. „Standing ovation”. „No comments”. Błękit już był razem. Ksenia… Łapki ściśnięte razem, ciała promieniejące Błękitem też moim niedowidzącym wśród mroku na cały ten łagier betonowy wśród lasu dziewiczego. Wszyscy powaleni? Ukraińcy od Julki też? Klęska agenta? Kto jest kto?

Odwieźli nas „Ikarusem” do Mińska. Ksenia pomogła kupić bilety na Euro-Nuit „Moskva – Berlin Express” na kwadrans przed odjazdem. Dwa litry wódki „Akvadiv” też pomogła kupić w przydworcowych „Delikatesach” w stylu PRL. Rozdałem pozostałe „zajączki” (ruble tow. Łukaszenki) Siostrom i Braciom – zwłaszcza Siostrze Kseni. Ukraińcy z OUN darli się na cały Dworzec , że „Procz s Moskwu!”, „Szcze ne smerła Polszcza!” i „Szcze ne smerła Ukraina!”. OMON gromadził się na peronie. Do „prowodniczki wagona” zwróciłem się:

– Waszyje Błogodarenije – wg etykiety z czasów Cara. Babę zamurowało.

Nie było wspólnego przedziału dla mnie i Agnieszki. Drzwi zamknęły się z sykiem, a elektrowóz Skoda serii CzS4T kolei BCz powoli wywlókł długi skład w kierunku stolicy Rzplitej – Wawy!

Trafiłem do przedziału z wystrojoną, ufarbowaną, młodą damą i jakimś podejrzanym jegomościem. Dama była całkiem rozmowna – opowiadała, że pochodzi z Moskwy, była tam u rodziny i teraz wraca do Berlina do pracy. Jej wygląd zdawał się zdradzać profesję. Z kolei jegomość przypominający mafiosa milczał jak zaklęty. Po trzydniowej, ciężkiej imprezie czułem się na tyle zmęczony, że wraz z zapadającym zmrokiem walnąłem się na przysługującą mi pryczę pod sufitem i mimo nachalnie dmuchającej prosto w twarz klimatyzacji natychmiast głęboko zasnąłem.

Po nieokreślonym czasie zbudził mnie ostry strumień światła z sufitowej świetlówki i na wysokości oczu zobaczyłem czyjąś twarz w czapce-naleśniku. Domyśliłem się, że to już Brest Litovsk. Tym razem kipisz odbywał się w hali „przestawek” – w czasie wymiany wózków na normalnotorowe. Zrobiło się okropnie. Jako, że wagon był nowy, z klimatyzacją, nie otwierały się okna, a w czasie „przestawki” agregaty pozbawione zostały niezbędnego zasilania z elektrowozu. Podróżni pocili się ze strachu i niemal natychmiast w hermetycznie zamkniętym pudle zapanował powalający zaduch. W miarę zbliżania się do mojego przedziału ekipy „naleśników” zastanawiałem się, co im opowiedzieć w razie pytań na temat mojej deklaracji celnej. Chodziło o to, że w drodze do Mińska wpisałem posiadane 15000 USD, a teraz, w czasie powrotu po trzydniowym pobycie ZERO. Jednak, co by nie było, realnie nie mogli mi nic za to zrobić. Co najwyżej w przyszłości groziło mi zawrócenie z granicy w razie próby ponownej podróży. Teraz jednak milczeli – ani słowa na ten temat, żadnych pytań, tylko natychmiast mnie i tą odstawioną damę wyrzucili na korytarz, po czym zamknęli się w przedziale z „mafiosem”.

Negocjacje trwały jakieś 10 minut. Po wszystkim mafioso stał się nagle wyluzowany i dziwnie rozmowny… Kolejny kipisz Euro-Nuit „Moskva – Berlin Express” przechodzi w Terespolu – tym razem ze strony służb Rzplitej.

W czasie przejazdu przez most na Bugu zacząłem czuć lekki dreszcz całkiem przyjemnych emocji – czy i jakie będzie powitanie? Chwilę po zatrzymaniu w Terspolu w wagonie rozległ się głośny tupot nóg i czyjś ryk:

– Kurwa! Co za chujowe zimno! – faktycznie jak na wrzesień noc była wyjątkowo chłodna.

Otworzyły się drzwi przedziału i stanął w nich rosły osobnik w mundurze Straży Granicznej Rzplitej z dystynkcjami majora.

– Nu, dawajtie pasporty – rzucił.

Na widok mojego znów wrzasnął:

– No, dobrze, że jesteś!

Potem zaczął nerwowo rozglądać się po przedziale i zapytał z jakimś niepokojem w głosie:

– A gdzie Agnieszka?
– Na drugim końcu wagonu. Nie było miejsca w jednym przedziale.
– Dobra! – zatrzasnął drzwi przedziału i pobiegł korytarzem rycząc – Agnieszka! Agnieszka!

Mieszkam od urodzenia w mieście, gdzie jest siedziba Delegatury Firmy. Nigdzie nie pracuję. Oczywiście.

Po paru miesiącach od wyprawy do Mińska, ktoś mi powiedział, że niebawem mam spodziewać się czyjejś wizyty.

Pewnego zimowego wieczoru zadzwonił telefon.

– Wojtek! Ja dzwoniu z komórki od koho tu s pojezda. Poznajesz mnie?
– Tak, poznaję, to ty Ksenia? Gdzie jesteś?
– Ja nie znaju… Oni mi tu mówią, że Ostrów…
– Aha, jedziesz „Bohemią”. Zaraz idę po ciebie.
– Ale ja z podrugoj.
– Idę po was.

One były… Ksenia była piękniejsza niż ją znałem, sobie wyobrażałem, a jej koleżanka Tania jeszcze bardziej. Zaprowadziłem je do Klasztoru Jezuitów, gdzie miały przez parę dni zamieszkać.

Czas wizyty minął szybko, wręcz błyskawicznie. Było mile, tylko trochę chaosu i jakiś dziwny lęk?

Po pożegnalnej imprezie odprowadziłem je w stanie oniemiałego zachwytu moim miastem do Klasztoru. Następnego ranka miały wyruszyć w powrotną drogę do Mińska.

Wracałem sam wśród mroźnej i śnieżnej nocy „z buta” w stanie euforii. W pewnym momencie zauważyłem, że od dłuższego czasu drugą stroną ulicy podąża za mną dwóch rozbawionych kolesi. Też mi się śmiać zachciało. Wreszcie zachciało się też zwyczajnie lać po imprezowych piwach. Właśnie mijałem park nad Fosą – dobre miejsce… Wybrałem chyba złe drzewo, bo zbyt blisko brzegu Fosy i drzemiących kaczek. Łomot ptasich skrzydeł, plusk wody. Spokojnie lałem… Wtedy za plecami tupot ludzkich nóg. Bandyci?

– O kurwa! Jesteś??? – ktoś ryczy mi za plecami.
– A co mam nie być? Przepraszam, teraz leję, za chwilę pogadamy – odpowiedziałem spokojnie, by odwlec spotkanie z ewentualnymi bandytami w ciemnym, nocnym parku na brzegu lodowatej Fosy.
– O kurwa, dobrze, dobrze… – odezwał się głos z tyłu.
– Bo myśmy już myśleli, że ty w Fosie pływasz, bo coś tak chlupnęło – tłumaczył drugi.
– To tylko kaczki, a ja tylko leję. Czemu miałbym zaraz pływać w Fosie? – wyjaśniłem.
– No wiesz, nigdy nic nie wiadomo.

Wtedy zaczęło do mnie już zupełnie nie imprezowo, a poważnie docierać, że ci goście są chyba z Firmy. Poczułem potrzebę skruchy za moją nierozważność i właśnie skończyłem lanie, więc się grzecznie do nich odwróciłem:

– Przepraszam was, chyba rzeczywiście niezbyt mądrze się tu odlewałem…
– Nie, nie, nic się nie stało, my tylko naprawdę się przestraszyliśmy, że ci się coś złego stało.
– Ale to moja wina, chciałem tak sobie tędy pójść przez ten park na skróty, to chyba niezbyt może mądre, to pójdę ulicą dookoła…
– Nie, no co ty? Idź sobie jak chcesz.
– Ale ja naprawdę nie chcę wam robić stresów.
– No co ty! Się nie wygłupiaj!

Rozstaliśmy się w pokoju. Kawałek dalej koło mnie pojawił się regularny, granatowy VW Policji z kogutami. Jechali wolno i znów, i znów tak krążyli wokół mnie przez następne 40 minut mojej drogi do domu. Śmiałem się do nich z myślą, że przecie powinni odwieźć mnie do chaty i byłoby po sprawie. Ale nie. Dotoczyliśmy się tak do końca. Dobrze – mimo zimna dawno tak dobrze mi się nie szło. Dla zdrowia fizycznego a psychicznego.

W domu wszystko jakby puściło. Ogarnął mnie stan błogiego odprężenia. Postanowiłem zaraz wszystko porządnie odespać – szykowałem się do przynajmniej dobrych kilkunastu godzin niebytu w kojących objęciach Morfeusza. Przed zaśnięciem pomyślałem jeszcze, że dziewczyny rano wsiądą do pośpiesznego do Wawy, popołudniu powinny być w Terespolu, a kiedy o świcie dotrą do Mińska, pewnie właśnie będę się przeciągał i powoli powracał do rzeczywistości z sennych światów astralnych. Z wielkich, sennych planów niewiele wyszło. Popołudniu przeszkodził mi telefon.

– Słucham, czego? – burknąłem zaspany i zły, że ktoś śmie mi przeszkadzać.

Szloch i łkanie.

– Ksenia! To ty?
– Da, tak… – szloch i łkanie.
– Co się stało?
– Ja… Ja nie choczu… Ja nie chcu wracać doma…
– Gdzie jesteś?
– W Terespolu…
– To słuchaj! Jak nie chcesz, to wracaj zaraz tu! Czekam…

I niech nikt nie wie, co się zdarzyło wcześniej, czy później. Niech będzie wszystko zapomnieniem, niebytem, tajemnicą. Dla dobra Rzplitej!

Ciąg dalszy nastąpi, albo nie.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 1 marca 2015 by in Co piszą inni... and tagged .

Zasady kopiowania z witryny FWiP

Wszelkie materiały publikowane w Centrum Informacji FWiP publikowane są na zasadach licencji Creative Commons 3.0 BY-NC (Uznanie Autorstwa - Użycie Niekomercyjne) chyba, że jest zaznaczone inaczej.

Odpowiedzialność za treść artykułów

Artykuły są wyrazem poglądów ich Autorów. Za treść przedruków, ogłoszeń itp., jeśli nie jest zaznaczone inaczej, odpowiada redaktor odpowiedzialny. Dokumenty i stanowisko Fundacji Wolność i Pokój muszą być sygnowane przez władze Fundacji zgodnie z jej Statutem

Kontakt z redakcją witryny FWiP

%d blogerów lubi to: