Fundacja Wolność i Pokój

Centrum Informacji

Judo – Sławia

Włodzimierz Zylbertal
Źródło: Spółki Miejskie
zdj. Marcin Obara

zdj. Marcin Obara

Otwarto Muzeum Żydów Polskich, wypowiadając przy tej okazji słowa – jak sądzę – ważne: oto „żydowska Polska przestaje być tylko wielkim cmentarzem, wraca do niej życie”. Nie to, które toczyło się w nieistniejących dziś sztetlach, wśród piszczącej nieraz biedy i pełnej radości nadziei jednocześnie, nie to, szalone i puste, które znamy z fabrykanckiej Łodzi, nie to przesubtelnione z „warszawki” Tuwima, Słonimskiego i Grydzewskiego – ale życie jednak. Tak jest, życie, choć muzea zazwyczaj bardziej je petryfikują, niż kultywują.

Jakem sam halachiczny, z ojca Żydowina i matki Żydowicy, tak od lat, z iście sarmackim temperamentem wściekałem się, że żydostwo w Polsce powojennej, z jego kultem miejsc kaźni, cepeliadą muzyki klezmerskiej, nienawiścią religijną głuchej prowincji i nieszczerym „puszczaniem oka” państwowych oficjeli do rozmaitych „Żydów dyżurnych”, otóż takie żydostwo wydało mi się jeszcze bardziej smutne i groteskowe od zarazy, jaka trawi rdzennie polską świadomość zbiorową, od tego kultu niepotrzebnej ofiary, tego paranoicznego i nigdy nie przerwanego ciągu „armatka-pomniczek-cmentarzyk”… Bo tak jakoś było, że w długiej naszej wspólnej historii Żydzi to nie tylko owce, bezwolnie prowadzone na rzeź, a Polacy to nie tylko oczadziali od skatoliczenia rizuni. Trafiali się po stronie żydowskiej największego formatu myśliciele-mistycy, jak choćby Baal Szem Tow, czy uczeń jego, Elimelech, trafiali się po polskiej ludzie potężni i światli, jak Hugo Kołłątaj, czy Stanisław Staszic, obaj duchowni, nawiasem mówiąc. I dziwnie się te dwie równoległe historie splatają w całość, wbrew nienawistnikom a dla dobra wspólnego: oto Kazimierz Wielki, fundując Uniwersytet, nakazał „ustanowić kompsora, to jest Żyda, który by nad szkatułą rękę mocną trzymał”. Ów Żyd radził sobie całkiem nieźle, skoro Uniwersytet na czas ściągał czesne, na czas płacił wszelkie swoje zobowiązania i miał jeszcze fundusze na opłacenie najlepszej dostępnej wówczas kadry. Albo inny przykład: anegdota o przekonanym antysemicie, Stanisławie Staszicu, który dał sporą nagrodę nie komu innemu, jak Abrahamowi Sternowi, żydowskiemu zegarmistrzowi – za zbudowanie i demonstrację kieszonkowego zegarka, który mógł być produkowany na masową skalę ówcześnie dostępnymi technologiami, znacząco taniej, niż zegarki sprowadzane z zagranicy. Uzasadnił ową nagrodę Staszic słowami „choć Żyd, przecie dobra Rzeczpospolitej przyczynia”. Oj, chciałbym ja więcej takich antysemitów…

Historyjki takie można by mnożyć: o Żydzie-karczmarzu, co wprawdzie chłopstwo rozpijał, ale nie raz i nie dwa – po cichu, a jakże, żeby się ksiądz dobrodziej nie dowiedział! – pomagał „panu bratu” w rachunkach folwarku, bo i pan brat, i jego ekonom, choć obaj należycie katoliccy, z liczeniem miewali niejakie kłopoty, zwłaszcza, że rzadko trzeźwieli.
I choć prawda to, ze Żydzi długo – niemal do końca XVIII wieku – byli Polsce obcy, rzadko mówili językiem ziemi, która ich przyjęła, a ich religia i obyczaje, w wyniku trwającej stulecia benedyktyńskiej pracy oszalałego od religijnej nienawiści kleru, były dla Polaków co najmniej podejrzane – jednak żyli tu względnie spokojnie, i tu powstało jedno z największych, obok Kabały, żydowskie osiągnięcie duchowe czyli mistycyzm chasydzki. A że, gdy tylko zaistniały po temu warunki, z sukcesem jęli się handlu i rzemiosła, za co ich nie lubiła coraz bardziej podupadająca szlachta, która en masse wszelką pracą gardziła? – Cóż, meander nieprostej polsko-żydowskiej historii. Żydowskiego pochodzenia twórcy (Tuwim, Leśmian i inni, pomniejsi) podnieśli nasz język na niedościgłe wyżyny filozoficznej precyzji i poetyckiego piękna – meander kolejny, dla naszego języka nader szczęśliwy. Głośny ostatnio ksiądz Lemański, zgnojony przez własnego biskupa, zapewne i za to, że Żyda swoim parafianom oddemonizował i uczłowieczył – meandruje ta mroczna rzeka zawzięcie i ma się dobrze, choć internety, kwanty i geny wokół nas.

Zdj. Marcin Obara

Zdj. Marcin Obara

Znam to i z mojej własnej historii rodzinnej: mój dziadek Aaron, prowincjonalny adwokat z Biłogoraja, zajął dobre miejsce w konkursie literackim ogłoszonym z okazji dziesięciolecia odzyskania niepodległości i otrzymał za to od SAMEGO Naczelnika obraz SAMEGO Kossaka. Ale meandruje ta rzeka polsko-żydowska zawzięcie: kilka lat później fala antysemityzmu dotarła do Biłgoraja i zabrała dziadkowi Aaronowi praktykę adwokacką. A za niedalekim horyzontem zakręt kolejny: biłgorajscy antysemici-prawdziwipolacy, narobiwszy najzwyklejszych przekrętów gospodarczych, po pomoc zwracali się… zgadliście, Czytelnicy, do mojego dziadka Aarona. Gdy ten, z owym niepowtarzalnym żydowskim śmiechem przez łzy, informował, że nie może ich bronić w polskim sądzie, bo mu sami proszący taką możliwość odebrali, bo on „element obcy” – błagali, żeby choć napisał pisma sądowe anonimowo, bo prawdziwiepolski adwokat z Biłgoraja żydowskiej konkurencji pozbył się sprawnie, ale z jego inteligencją, umiejętnościami i siłą przekonywania sądu jest, jakby to powiedzieć, kiepsko. I ostatni już, tragiczny akcent tej powikłanej historii: rozegrał się on w syberyjskiej osadzie, do której sowieci wywieźli bez różnicy i Polaków, i Żydów. Mróz trzaskający, ludzie mrą jak muchy, kawałek gliniastego chleba robi za niewyobrażalne bogactwo, wydawałoby się pełna wspólnota nielekkiego losu – a w tejże osadzie, pod czujnym okiem enkawudzistów, sąsiad mojego dziadka Aarona, jakiś prawdziwiepolski hrabia francowaty… zabrania swoim prawdziwiepolskim dzieciom bawić się z żydowską zarazą! A że życie przerasta kabaret… hrabia nazywał się Żydek. Dalsze losy hrabiego nie są mi znane; z opowieści rodzinnych i odnalezionych dokumentów wiem natomiast, że mój dziadek Aaron został przez NKWD zakatowany na śmierć po tym, jak odmówił przyjęcia rosyjskiego obywatelstwa, w jego domu znaleziono kolportowaną po umowie Sikorski-Majski „Wolną Polskę” i odkryto, że dzieci z osady (oprócz oczywiście dzieci hr. Żydka) uczył polskiej literatury i polskiej historii. Ciekawość, czy hr. Żydek odprawił z okazji śmierci mojego dziadka Aarona mszę dziękczynną? A że życie przerasta kabaret… dziadek nosił nazwisko Berman. Tak jest, to samo, które kilka lat później splugawił Jakub Berman, osławiony stalinowski oprawca.

Niełaskawa ta Historia, niejednoznaczna. Ironią po łbie wali równo i patriotów-idiotów, i zbrodniarzy-internacjonałów. A przecież – przez niemal tysiąc lat ci ludzie tu byli. Obok, a często nieznani. A że nieznani, przeto w bezmyślnych tłumach lęk budzący.
No i stąd moja, może na wyrost, może naiwna, ale szczera radość z tego muzeum. Na pohybel dzisiejszym hrabim Żydkom, co hejty po fejsbukach, tłiterach i na murach wypisują. I na chwałę tytułowej Judo-Sławii – jak nazwałem sobie na własny użytek wspólnotę stworzoną ze mnie i moich polskich Przyjaciół. Przyjaciele to w najlepszym tego słowa znaczeniu polscy: gościnni, serdeczni, mądrzy, i z sarmackim temperamentem pokonujący trudy codzienności. Moja odmienność (częściowa, bo religijny-ortodoksyjny nigdy nie byłem, żydowska moja część to raczej typowa dla tej kultury wyobraźnia metafizyczna) nie przeraża ich, a ciekawi. Mnie ich odmienność (typowa dla wciąż żywego sarmatyzmu, czy też post-sarmatyzmu mieszanka praktyczności i konserwatyzmu) też nie przeraża, a ciekawi i często – z pożytkiem! – sprowadza z moich metafizycznych obłoków na ziemię. A wszystko to w atmosferze największej znanej mi radości – radości bycia razem.

Czy dzięki istnieniu Muzeum Żydów Polskich, poznawszy się lepiej wzajemnie, będziemy potrafili żyć w Judo-Sławii, czyli Radości-Bycia-Razem?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 3 listopada 2014 by in Co piszą inni... and tagged .

Zasady kopiowania z witryny FWiP

Wszelkie materiały publikowane w Centrum Informacji FWiP publikowane są na zasadach licencji Creative Commons 3.0 BY-NC (Uznanie Autorstwa - Użycie Niekomercyjne) chyba, że jest zaznaczone inaczej.

Odpowiedzialność za treść artykułów

Artykuły są wyrazem poglądów ich Autorów. Za treść przedruków, ogłoszeń itp., jeśli nie jest zaznaczone inaczej, odpowiada redaktor odpowiedzialny. Dokumenty i stanowisko Fundacji Wolność i Pokój muszą być sygnowane przez władze Fundacji zgodnie z jej Statutem

Kontakt z redakcją witryny FWiP

%d blogerów lubi to: