Fundacja Wolność i Pokój

Centrum Informacji

Polska paranoja papierkowa w UK

Katarzyna Dragun
Źródło:Spółki miejskie
Poleca: Wiesław Cupała

Londyn Ambasada Polska

Londyn Ambasada Polska

Do Wielkiej Brytanii przybyło wielu Polaków z wielu powodów. Jedni uciekli przed bezrobociem, drudzy przed wyrokami sądowymi, trzeci przed prześladowaniami ze strony członków rodziny, jeszcze inni przed nudą, kieratem, czy brakiem perspektyw dalszego rozwoju. Ilu Polaków na ziemiach Albionu, tyle powodów ich ucieczki z kraju Lecha.

Pomimo różnic poglądów, wychowania, wykształcenia i celów życiowych, wszyscy prawdopodobnie zauważyliśmy to samo na angielskiej ziemi – jak szybko, łatwo i przyjemnie załatwia się przeróżne sprawy w brytyjskich urzędach. Przyzwyczajeni do kolejek, mas formularzy, odsyłania od urzędu do urzędu, a przede wszystkim do opryskliwości polskich urzędników, przeciętny polski petent przeżywa szok kulturowy na wyspach. Oczekuje bowiem trudności wszelkiego rodzaju, począwszy od bariery językowej, na biurokracji i konfrontacji z urzędnikami kończąc. Nic takiego tu jednak nie ma miejsca, albowiem banki, urzędy pracy, przychodnie i szpitale oferują pomoc obcokrajowcom zatrudniając tłumaczy, większość spraw można załatwić wypełniając jeden formularz w jednym miejscu, a każdy urzędnik wita nas z szacunkiem i uśmiechem na twarzy. Można się łatwo zachłysnąć tym urzędniczym pozytywizmem, początkowo przyjmowany przez nasz narodowy pesymizm z pewną dozą podejrzliwości. A przecież nic pod tą uprzejmością się nie kryje, bo tu nawet ekspedientki w supermarketach są szczerze miłe, pomocne i uśmiechnięte. Przeciętny polski petent szybko zatem przywyka do tej brytyjskiej urzędniczej uprzejmości. A im dłużej tu mieszka, tym bardziej wydaje mu się to normalne i naturalne.

Niemniej jednak siła rażenia polskiej biurokracji sięgnąć może każdego, nawet na obczyźnie, powalając przeciętnego polskiego petenta z nóg niczym wprawny bokser prawym sierpowym. Przytoczę tu przykład koleżanki, która na wyspach osiedliła się dziewięć lat temu, uciekając z Polski z jednego z wyżej wymienionych powodów: przed prześladowaniami rodziny, a w szczególności przed byłym mężem.

Po latach poniżania i bicia, nie mając oparcia w skorumpowanej, zatroskanej bardziej śmiercią papieża, niż problemami obywateli policji, Anna spakowała siebie i niespełna ośmioletnią córkę Zuzię i czmychnęła pierwszym samolotem do Londynu. Cieszyła się wolnością w całym znaczeniu tego słowa – widywała się z nowymi znajomymi, nie musząc się ani przed nikim ukrywać, ani obawiać się ataku byłego współmałżonka. Przede wszystkim zaś nie musiała się borykać z nieuprzejmością urzędników, utrudniających jej i tak dosyć trudne życie. Wręcz przeciwnie, życie jej jakby stało się prostsze, wszystko szło jak po maśle. Bez trudu załatwiła sobie konto w banku, znalazła pracę i szkołę dla Zuzi. Brytyjski pozytywizm spowodował nawet złagodzenie, jeśli nie całkowite uleczenie astmy u jej córki. Anna pławiła się w tym optymizmie całym sercem i duszą. Do czasu, gdy jej i Zuzanny paszporty zbliżały się do daty utraty ważności.

urzedniczka

Anna, nie tracąc werwy i pewności siebie, nabranej przez osiem lat mieszkania na wyspach, umówiła się na wizytę w sprawie odnowienia paszportów w polskiej ambasadzie w Londynie. Z wrodzonej zaradności i przezorności zabrała ze sobą akt rozwodowy, na którym widniała informacja, że ojciec Zuzi ma ograniczone prawa rodzicielskie do współdecydowania o Zuzi – cytuję – „najistotniejszych sprawach (…) związanych ze zdrowiem, nauką, wyborem zawodu, miejscem zamieszkania, wypoczynku(…)”. Z pewnym atutem w ręku stanęła Anna oko w oko z zapomnianym przed laty polskim urzędnikiem. I poczuła cios urzędniczej rękawicy bokserskiej na swojej twarzy po tym, jak usłyszała, że aby odnowić paszport piętnastoletniej Zuzi, potrzebny jest podpis jej ojca. I nie chodzi tu o pisemną zgodę przysłaną z Polski, czy wysłanie rzeczonego formularza do Polski celem umieszczenia na nim łaskawego podpisu beztroskiego tatusia, ale o osobiste stawienie się owego osobnika w polskiej ambasadzie, aby pod czujnym okiem urzędnika podpis ten mógł złożyć po uprzednim wylegitymowaniu się. Na nic pomogło przedstawienie aktu rozwodowego i czytanie niechętnym do lektury paniom wyżej wymienionego cytatu, Anna została odesłana z kwitkiem do domu, nie uzyskując dalszej porady.

Determinacja nie opuściła jednak matki, pragnącej przede wszystkim dobra swego dziecka. Zadzwoniła więc do ambasady, prosząc uprzejmie i pokornie o pomoc. Wspaniałomyślnie została umówiona na rozmowę z radcą prawnym w tejże ambasadzie, czekając na nią kilka tygodni. Widocznie znudzona pani radczyni nie raczyła spojrzeć na akt rozwodowy, ani dokładnie wysłuchać wyjaśnień sprawy, każde próby dotarcia do jej intelektu ucinała pseudo-uprzejmym zdaniem „Proszę się zwrócić do sądu rodzinnego w Anglii o przyznanie pani pełni praw rodzicielskich nad dzieckiem”. Na pocieszenie dodała, że „to chyba nawet jest za darmo”.

Anna postanowiła jednak spróbować z innej, bardziej przychylnej strony, a mianowicie brytyjskiej. Biorąc pod uwagę staż jej córki w angielskich szkołach, mogłaby się ona na tej podstawie ubiegać o paszport brytyjski. Jedyną przeszkodą był brak dokumentu tożsamości, jaki trzeba by było wysłać z formularzem. Ale i to gotowa na wszystko matka starała się obejść, aplikując o stałą rezydenturę dla siebie i Zuzanny, jako swej podopiecznej, jako że jedyny dokument dziecka, jaki musiałaby załączyć, był Zuzi akt urodzenia. Z bijącym sercem wyczekiwała codziennie listonosza, aby ciężar spadł z jej serca. Ciężar jednak nie spadł, a przytłoczył jeszcze bardziej, gdy przyszedł list z Home Office. Zuzanna bowiem, której w przeciągu tych paru tygodni stuknęła szesnasta wiosna, była w świetle prawa angielskiego osobą dorosłą, a zatem nie mogła się ubiegać o rezydenturę jako dziecko. Musiała dostarczyć jakiś dokument tożsamości, najlepiej paszport (sic!), gdyż w innym przypadku nie miałaby prawa do przebywania w Wielkiej Brytanii. Home Office informował o możliwości odwoływania się od decyzji, w przypadku gdyby toczyły się jakieś sprawy prawne z tym związane.

Nie było innej rady, trzeba było pójść do sądu. Anna umówiła się na wstępną rozmowę z prawnikiem, gdzie ten sam argument powalił ją z nóg: żaden sąd angielski nie przyzna jej pełnej opieki nad prawnie dorosłą już córką. Na nowo zaczęły się telefony do ambasady, ale tym razem trafiła kosa na kamień: Anna zrezygnowała z miłego i pokornego tonu nic niewiedzącej petentki i przeistoczyła się w zażartą i równie nieuprzejmą kobietę, co przeciętna polska urzędniczka. Kolejne osoby, z którymi rozmawiała przez telefon, a które nie potrafiły poradzić sobie z ogniem matczynej wściekłości, przełączały niespotykanie trudną rozmówczynię do innych kolegów. Anna z cierpliwością głodnej lwicy wysłuchiwała te same oklepane argumenty o sądach rodzinnych i uświadamiała wszechwiedzących przedstawicieli inteligencji o panujących przepisach w Wielkiej Brytanii, cytując paragrafy. Jedna z pań w słuchawce, wykazując szczodrzejsze od innych zainteresowanie sprawą, stwierdziła, że akt rozwodowy Anny i tak jest już nieprawomocny (?!) i trzeba by było go odnowić. Próba zmylenia przeciwnika rodem z „Misia” lub „Alternatyw 4” , która miała na celu wytrącić Annę z równowagi zastanawianiem się, czy rozwód to wybory prezydenckie, odbywane co pięć lat, zakończyły się fiaskiem, gdy Anna poprosiła o rozmowę z kimś, kto ma wykształcenie prawnicze.

paszporty

Dostojeństwo erudycji dało się słyszeć w głosie następnej rozmówczyni. Kobieta nie starała się przerywać Annie utartymi frazesami, a wręcz słuchała jej wywodów z wyczuwalnym zrozumieniem i wydawało się, że nawet zastanawiała się nad rozwiązaniem sprawy. Do Anny powoli powracała wiara w człowieka, a w sercu zatliła się iskierka nadziei. Szanowna Rozmówczyni jako pierwsza poprosiła o przesłanie jej aktu rozwodowego obiecując, że niedługo odpisze przejętej petentce wyjaśniając, co można z tym problemem zrobić. Po kilku dniach przyszła oczekiwana wiadomość pocztą elektroniczną. Szanowna Rozmówczyni okazała się wice-konsulem i poza krótką wiadomością, w której pisała, że podpis ojca jest jednak niezbędny, przesyłała kilka załączników, w tym jeden był formularzem do sądu rodzinnego… Inny załącznik zawierał list od pani wice-konsul, mający najprawdopodobniej na celu wyjaśnienie sądowi angielskiemu w skrócie prawa rodzinnego obowiązującego w Polsce, według którego podpis obojga rodziców jest wymagany do wydania zgody na paszport małoletniego dziecka (nie zaznaczając, że w Polsce pełnoletniość zaczyna się od osiemnastego roku życia), chyba że – i tu cytuję – „one of the parents has been deprived of parents authority or his rights has been limited(…)”, co w tłumaczeniu na polski oznacza „jeden z rodziców został pozbawiony praw rodzicielskich lub jego prawa zostały ograniczone(…)”. Anna znów poczuła się jak na planie filmowym „Alternatyw 4”.

Anna nie namyślając się, znalazła polskiego adwokata zajmującego się problemami prawnymi na wyspach, opisując całą sytuację od nowa. Prawniczka stwierdziła, że w tym przypadku można napisać zażalenie na polską ambasadę o udzielanie błędnych informacji i o utrudnianie wydania paszportu niepełnoletniej wedle polskiego prawa Zuzi. Oznajmiła też, że Annie nie jest potrzebne przyznanie pełni władz rodzicielskich, co w tym kraju i tak mija się z celem, a zgoda na wydanie paszportu. Rzeczowość, inteligencja i uprzejmość pani adwokat ujęła Annę. Czyżby działo się tak dlatego, że za tą poradę Anna tym razem zapłaci?

Miejmy nadzieję, że tocząca się od prawie dwóch lat sprawa skończy się pomyślnie, i że Zuzia nie będzie musiała czekać 10 miesięcy na swą polską pełnoletniość, aby nie musieć być zależną od podpisu ojca i uzyskać jakikolwiek dokument tożsamości, który uchroni ją przed deportacją z kraju, gdzie spędziła większość życia. Pozostaje pytanie: czy w taki to sposób ambasada pomaga Polakom na obczyźnie i ma na względzie interes i dobro polskich dzieci?

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 30 maja 2014 by in Biurokracja, Co piszą inni..., Patriotyzm and tagged .

Zasady kopiowania z witryny FWiP

Wszelkie materiały publikowane w Centrum Informacji FWiP publikowane są na zasadach licencji Creative Commons 3.0 BY-NC (Uznanie Autorstwa - Użycie Niekomercyjne) chyba, że jest zaznaczone inaczej.

Odpowiedzialność za treść artykułów

Artykuły są wyrazem poglądów ich Autorów. Za treść przedruków, ogłoszeń itp., jeśli nie jest zaznaczone inaczej, odpowiada redaktor odpowiedzialny. Dokumenty i stanowisko Fundacji Wolność i Pokój muszą być sygnowane przez władze Fundacji zgodnie z jej Statutem

Kontakt z redakcją witryny FWiP

%d bloggers like this: